niedziela, 3 maja 2020

Przemowy niezapomniane - Shaun Usher



Shaun Usher dał się poznać jako autor bestsellerowych dwu tomów Listów niezapomnianych, będących świadectwem odchodzącej powoli w zapomnienie epistolografii.
Dziś mam dla Was kolejną jego publikację, stanowiącą zbiór przemów, które zmieniły świat. Tom wzbogacony został o liczne fotografie i kilka przedruków, podkreślających autentyczność zgromadzonych tu wypowiedzi. Te zaś są warte uwagi każdego.

Tom zbiera w sobie zarówno przemowy najsłynniejsze, te, które cytowane są po dziś dzień, te, które zmieniły bieg historii, odmieniły myślenie wielu, jak i te znane nieco mniej - a może już po prostu powoli zapominane. Dzięki wielkiej pracy Ushera dziś możemy znaleźć je w jednym miejscu i za sprawą lektury nie tylko ocalić od zapomnienia, ale też tchnąć w nie nowe życie.

Na ponad 400 stronach spotkają się ze sobą Virginia Woolf, Sokrates, Kermit Żaba i Nelson Mandela - sami widzicie, jak wyjątkowa to mieszanka mówców, poglądów i czasów w jakich żyli. Całość stanowi nie tylko bogactwo treści, ale też świadectwo historii. Gdzie indziej Victor Hugo stanie koło Meghan Markle, a Ursula le Guin obok Marii Skłodowskiej-Curie czy Nicka Cave'a?

Śledzenie wypowiedzi tak różnych postaci to prawdziwa uczta. Wspaniałe jest to, że z tą książką nie trzeba się nigdzie spieszyć - ona wciąż będzie tak samo aktualna i tak samo gotowa przekazać nam ponadczasową naukę. Nie musimy, ba! nie powinniśmy czytać jej na raz, to lektura zapewniająca refleksję, którą należy dozować i trawić, a nie zachłannie połykać. Z całą pewnością jest to publikacja dla smakoszy, dla wybrednych i lubujących się w tekstach, które zapadają w pamięć i w nas pracują. 

Liczę, że brak niektórych przemówień, które nasuwają się same, jest jedynie zapowiedzią tomu kolejnego... :)

Polecam tę inspirującą lekturę. 





sobota, 2 maja 2020

Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku - Mikołaj Marcela



Przedziwne i niespodziewane czasy nastały dla polskiej edukacji. Tym lepszy to moment, by sięgnąć po książkę Mikołaja Marceli, który niezwykle celnie diagnozuje szkolnictwo i proponuje zmiany, które warto wprowadzić, by edukacja miała sens, a nie była jedynie sztuką dla sztuki.

Jako nauczyciel (co prawda młody i niedoświadczony, ale jednak) przyglądam się omawianym zagadnieniom od środka, nie jako rodzic, lecz jako część systemu.
Odkąd zaczęłam pracę, najważniejsze było dla mnie dobro uczniów, które często przedkładałam nad własne wygody, rezygnując z czasu dla siebie po to tylko, by uatrakcyjnić lekcje i zrobić coś dobrego dla młodych ludzi, którzy z różnymi historiami trafiają w mury szkoły.

Na swojej drodze spotkałam wielu zapaleńców, którzy podobnie spalają się w swojej pracy i robią wszystko, by - jak chce tego Marcela - edukacja miała sens. Z tego powodu w kilku miejscach książki nie spodobało mi się generalizowanie (np. nikogo nie obchodzi, czy dzieci rozumieją to, czego się uczą - nieprawda! Mnie obchodzi), które parę rozdziałów później zostaje niejako przekreślone poprzez przytaczanie przykładów nauczycieli zaangażowanych. Uważam, że choć intencje były słuszne, jest ono krzywdzące i deprymujące dla tych, którzy właśnie poza schemat wychodzą.  Marcela pyta w pewnym momencie ile razy ktoś w szkole lub na studiach zapytał nas jak się czujemy albo jak się mamy. OK, nie pamiętam, żeby mnie ktoś o coś pytał, ale czasy były inne, a pewne rzeczy można zweryfikować bez pytania.
Ja zaś nie wyobrażam sobie dnia w szkole, by uczniów o ich samopoczucie nie zapytać i na tej podstawie nie budować lekcji. Ale wcale nie musiałabym pytać, bo na twarzach młodych ludzi naprawdę niemalże wszystko jest wymalowane. Dlaczego więc to robię? By dać im poczucie, że mi na nich zależy. Wiem, że o to właśnie Marceli chodzi, ale mówienie, że nikt nigdy tego nie robi, jest naprawdę krzywdzące, bo sama znam mnóstwo osób (a w Internecie znajdziecie ich jeszcze więcej), która na tym buduje relację z uczniami. 

Rzecz jasna, nie jest moją intencją wybielanie rzeczywistości, bo nauczyciel też człowiek i jak wszędzie - spotkamy różne temperamenty, osobowości i wizje nauczania. Lepsze i gorsze.  Najczęściej zależy to od perspektywy oceniającego. I co tu dużo kryć - wielu rzeczy po prostu nie da się przeskoczyć, bo nad człowiekiem są jeszcze zasady, które można nagiąć tylko do pewnego momentu.  Sama spotkałam na swej drodze wiele osób, które ewidentnie nie miały serca do nauczania, ale wierzę, że ze wszystkiego można wyciągnąć dobro i takie spotkania teś były mi potrzebne. 


Nie myślcie, że ta książka mi się nie podoba - szalenie mi się podoba, bo pokazuje dokładnie to, w co sama wierzę. Że edukacja jest łatwiejsza, gdy wejdzie się w relację, że wyniki egzaminów nie świadczą o wartości człowieka, że oceny to tylko wypadkowa wiedzy, kondycji i nierzadko szczęścia, że współczesny nauczyciel musi dostosować się do współczesnego ucznia. 
Zarówno rodzice, jak i nauczyciele znajdą tu wiele cennych porad i wskazówek, które są naprawdę wielkim prezentem autora dla czytelników. Przyczepiłam się do kilu zdań, bo mam inne obserwacje, ale nie oznacza to, że neguję wartość całej publikacji, bo ta jest ogromna!

Jeśli edukacja Waszego dziecka leży Wam na sercu, sięgnijcie po tę książkę. Nie pożałujecie, a na pewno spojrzycie na swoje dziecko inaczej, dając mu należyte wsparcie i zrozumienie.


piątek, 1 maja 2020

Mroczna baśń. Potęga magii - Liz Braswell



Wraz z kinową premierą nowej wersji Aladyna, w księgarniach pojawił się kolejny tom z cyklu Mroczna baśń, tym razem opisujący losy właśnie owego złodziejaszka. Co by się stało, gdyby tytułowy bohater nie zdobył czarodziejskiej lampy, lecz wpadłaby ona w niepowołane ręce? Jak wyglądał by świat Agrabahu?

Zapraszam do wejścia w ów mroczny świat, w którym nic nie jest takie, jakim go pamiętamy. No może za wyjątkiem władzy - zyskuje ona jednak zupełnie inne oblicze...

Na skutek bardzo niefortunnego splotu wydarzeń, rękę po tron wyciąga Dżafar - zaufany, a przy tym zadufany doradca dotychczasowego sułtana. Omamiony żądzą władzy zdobywa w końcu to, na czym najbardziej mu zależy, a losy Agrabahu ulegają drastycznej przemianie.
Początkowo lud jest bardzo zadowolony, bo pieniądze wręcz leją się z nieba, zapewniając wszystkim dobrobyt i szczęście, a jemu samemu przychylność ludu. Każda magia ma jednak swoją cenę, a życie w takim dostatku szybko może zacząć prowadzić do zamieszek... z nudów. Dżafar powołuje więc specjalną straż pilnującą bezwzględnego porządku i wierności zasadom, sam zaś skupia się na próbach złamania praw magii - jego pragnieniem jest zdobycie władzy nad miłością i śmiercią, które jako jedyne wciąż mu się wymykają...

Jaka będzie w tym wszystkim rola Aladyna i księżniczki Dżasminy? Nie mogę zdradzić Wam szczegółów, by nie odebrać Wam przyjemności czytania, ale uprzedzę, że nie będzie to pokojowa wyprawa...:)

Mroczna baśń jest już dla mnie symbolem dobrze zainwestowanego czasu dla każdego z fanów Disneya. Jako osoba, która wyrosła na bajkach, czerpię niewysłowioną przyjemność z odkrywania innych wersji, nie tak słodkich i uroczych jak te, które znam z dzieciństwa. Nie raz i nie dwa pytałam siebie "co by było gdyby", a dzięki retellingom Braswell mam szansę skonfrontować swoje wyobrażenia z jej imaginacją. Doświadczenie to daje niesamowitą satysfakcję i jeśli jeszcze nie znacie tego cyklu, to koniecznie musicie nadrobić braki.

Do tej pory na blogu opowiadałam Wam o książkach: Świat obok świata (retelling Małej Syrenki) i Dawno, dawno temu we śnie (Śpiąca Królewna). Polecam każdą:)



czwartek, 30 kwietnia 2020

Widziałem pięknego dzięcioła - Michał Skibiński





Kolejny dzień, kolejna książka Wydawnictwa Dwie Siostry, kolejna publikacja wojenna.

Rok 1939. Ośmioletni Michał otrzymuje wakacyjne zadanie domowe - codziennie ma zapisywać w specjalnie do tego przeznaczonym zeszycie jedno zdanie. Wypowiedzenie, które byłoby śladem jego doświadczeń i przeżyć, a dodatkowo treningiem pisania, który był warunkiem jego przejścia do drugiej klasy. Zeszyt, który miał być tylko formą ćwiczenia, stał się świadectwem historycznym. Tym ważniejszym, że dziecięcym, nieskażonym, niewinnym.

Wraz z bohaterem śledzimy jego wędrówki nad jezioro, wizyty w kościele, spacery po lesie, czas spędzony z rodzicami i babcią, obserwacje przyrody, oczekiwania na dworcu i wiele innych przyziemnych, niespiesznie wykonywanych czynności.


My - z perspektywy czasowej, z perspektywy ludzi przyszłości - wiemy, co czeka nas na końcu tej wędrówki. Chłopiec jeszcze nie.

Widuje jakieś przelatujące samoloty, jednak tym co istotniejsze są wakacyjne zabawy, zjedzone lody, wygrane mecze i spotkane osoby.

I wreszcie - jak grom z jasnego nieba - obok zdań upamiętniających te okruchy codzienności, pojawia się to jedno. Najważniejsze. Zmieniające wszystko. Rozpoczęła się wojna.

Od tej chwili nie ma już niewinnych zabaw, jest za to chowanie się przed samolotami - a przecież niedawno można było je podziwiać! - jest przyjazd cioci i wujka - ale nie ma on nic wspólnego z wizytą towarzyską - jest rzucanie bomb - ale już nie w grze, lecz realnie, tuż obok domu - słychać strzały - ale to nie fajerwerki, lecz armaty.

To właśnie to zderzenie normalności z czasami wojny - nagłymi, nieoczekiwanymi - stanowi moc tej książki. Kolorystyka ilustracji oddaje tę zmianę - od pięknej, soczystej zieleni i błękitu do szarości, ciemności i mroku. 

Książka poraża od samego początku, bo wiemy, czym się skończy. Mamy tylko nadzieję, że nie pojawią się tragiczniejsze wspomnienia, że dziecko choć trochę będzie mogło pozostać dzieckiem. Czy jednak widok bomb spadających tuż koło nas nie sprawia, że dojrzewamy natychmiast, że inicjacja przychodzi automatycznie, bez pytań, bez ostrzeżenia?

To kolejna książka, która właśnie dlatego, że utkana z prawdy, porusza niesamowicie. To nie literacka próba opowiedzenia o tym, co minione, lecz starannie wydane wspomnienia tego, co naprawdę miało miejsce. Językiem dziecka, oczami dziecka, które dopiero uczy się pisać - krótko, lakonicznie, jak bomba, jak wystrzał. Był dzięcioł i spacery, jest pożoga. 

Polecam. Kapitalne wyjście do rozmów o czasach wojny. 

środa, 29 kwietnia 2020

Mama zawsze wraca - Agata Tuszyńska, Iwona Chmielewska


Literatura wojenna zawsze robi piorunujące wrażenie, a obraz wojny widziany oczyma dziecka poraża ze zwielokrotnioną siłą.

Agata Tuszyńska, czarodziejka języka, wraz z Iwoną Chmielewską, czarodziejką obrazu, oddają w ręce czytelnika książkę tak kruchą, jak krucha może być dusza dziecka poranionego niezrozumiałym doświadczeniem wojny.

Zosia Zajczyk to mała dziewczynka, która po tym, jak z wszystkich bliskich osób została jej tylko mama, musi ukrywać się w jednej z piwnic warszawskiego getta. Mama zostawia ją tam z lalką, zapasami jedzenia, wyobraźnią i dyspozycjami, sama zaś wychodzi, by pomagać innym. Mała bohaterka czeka, bo wie, że mama zawsze wraca, ma też świadomość, że na zewnątrz jest bardzo niebezpiecznie, choć jej percepcja wojny z całą pewnością jest dla nas niepojęta. Dziewczynka niesiona wyobraźnią i prezentami mamy - baziami, listkami, gałązkami - daleka jest od rozpaczy. Wszędzie widzi piękno, przyroda ją zachwyca. 



To nie kolejna książka opisująca wojenne traumy, lecz literacki przykład dziecięcej ufności i bezgranicznej miłości do Mamy - tej, której słowo jest święte, tej, która nigdy nie zawodzi, wreszcie tej, która robi to, co robić należy. Relacja ta widziana oczami dziecka, dziś już starszej Pani mieszkającej w Izraelu, to świadectwo niezwykle wzruszające. Choć książeczka ta jest właściwie broszurką, mała ilość słów przelewa się na ogrom treści. Lakoniczność wypowiedzi - tak typowa dla czasów wojny - ta charakterystyczna poetyka ściśniętego gardła widoczna jest także tutaj - w opowieści nie-dziecka, które wciąż językiem dziecka operuje. Charakterystyczna kreska Chmielewskiej pasuje doskonale - oddaje mrok wojny i światło miłości przedzierające się przez wszelkie możliwe szczeliny. Jest coś poetyckiego - zarówno w tekście, jak i w ilustracjach, co potęguje wrażenie metafory. To książka niby o wojnie, ale bardziej o miłości. Niby o czasach nienawiści, ale jakby intensywniej o wierze w człowieka. Niby o śmierci, a jednak o odrodzeniu.


Poruszająca, refleksyjna i piękna. Tak po prostu. Zniewala swoją prostotą.




wtorek, 28 kwietnia 2020

Przez - Zośka Papużanka


Przez to literatura, w której trzeba się rozsmakować. Zośka Papużanka robi językiem i formą coś takiego, że momentami (no dobrze, stale) miałam wrażenie nurzania się w strumieniu świadomości bohatera.

Oto mężczyzna, który pięć lat temu rozstał się ze swoją żoną, postanawia na jakiś czas wprowadzić się do wynajętego mieszkania naprzeciwko bloku, który wspólnie zamieszkiwali, po to tylko, by ukradkiem, dzień po dniu, fotografować  kobietę. Po co? Tego do końca nie wiemy.

Być może chce do niej wrócić, być może udowodnić sobie, że decyzja o odejściu była słuszna, a być może to jego sposób na radzenie sobie z rozstaniem, które mimo upływu lat wciąż nie daje mu spokoju. Pewne jest jedno: do misji przygotował się (w swojej opinii) bardzo dobrze. Odpowiedni sprzęt i staranne pilnowanie tego, by nikt nie dostrzegł (a więc brak wychodzenia z domu, jedzenie tylko z dostawą pod drzwi, unikanie kontaktów z sąsiadami i in.) miały zapewnić mu anonimowość. Czy to jednak możliwe? Czy jego zachowanie nie zakrawa na zabawę w stalkera? Czy nie można uznać go za prześladowcę, a być może osobę chorobą psychicznie, wykazującą objawy obsesji? Kto bowiem, będąc przy zdrowych zmysłach, po takim czasie od rozstania tak pieczołowicie planuje podglądanie niegdyś bliskiej mu osoby? Czemu miałoby to służyć?

Proza Papużanki wyczulona jest na szczegół. Drobiazgowość opisów jest uderzająca, autorka krok po kroku prowadzi nas śladem czynności wykonywanych przez jej bohatera, potęgując wrażenie tego, jakoby to nie on był podglądaczem (sic!), lecz my. Ów voyeryzm osiąga tu drugie dno, nie do końca wiadomo już kto kogo i dlaczego monitoruje, kto za kim podąża i jaka tak naprawdę jest jego motywacja.

Papużanka pisze tak, że nie sposób nie wsiąknąć - jej pisarstwo uzależnia, pochłania czytelnika i nie chce wypuścić z rąk. Mimo jednak że pozornie tematyka wydawać się może błaha - ot, opowiastka o obsesyjnym mężu, który podgląda byłą żonę, nie takie rzeczy się słyszało - czytać trzeba uważnie, inaczej ów strumień myśli może stać się dla nas bełkotem, niezrozumiałym opisywaniem czynności pozbawionych sensu. Tutaj zaś sens ma wszystko, nie wolno nam go jednak swym rozproszeniem utracić.

Językowo bezbłędna. Do polecania i zaczytania.