wtorek, 15 marca 2016

Ostatnia noc w Tremore Beach



Zżymam się na porównania zarówno do Stephena Kinga, jak i innych pisarzy. Toleruję informację o pisaniu w duchu twórczości jakiegoś autora, wszak często się tak zdarza i jest to wiadomość ważna dla czytającego, jednak tworzenie na siłę włoskich, polskich, niemieckich czy – jak w  tym przypadku – hiszpańskich odmian tegoż, mocno mnie mierzi.

Abstrahując jednak od porównań, warto po książkę sięgnąć, by zakosztować obiecywanego klimatu przerażenia i profetycznych, wywołujących lęk wizji.

Oto kompozytor od dawna cierpiący na niemoc twórczą z powodu osobistych perturbacji, Peter Harper, przenosi się na kompletne odludzie, by tam odnaleźć zagubione natchnienie i uporządkować swoje wnętrze, a także pogodzić się z trudnym rozwodem.
Jego wybór pada na Irlandię, Tremore Beach i dom znajdujący się na plaży, w pobliżu którego próżno szukać wielu sąsiadów. Tam ma nadzieję się wyciszyć i odpocząć, by z nową energią powrócić do porzuconej pracy.

Spokoju jednak nie odnajdzie. Gdy zapowiada się na wielką burzę, w jego głowie odzywa się głos zabraniający my wychodzenia z domu. Niepomny na ostrzeżenia mężczyzna wybiera się do znajomych, co kończy się dla niego tragicznie. Podczas drogi powrotnej uderza go piorun i tylko cudem bohaterowi udaje się przeżyć, na dodatek bez żadnych poważniejszych obrażeń. Po porażeniu nękają go jedynie ogromne bóle głowy niemające pochodzenia organicznego, które najczęściej kończą się przerażającymi wizjami, dotyczącymi ludzi z jego otoczenia – widzi brutalne śmierci, morderstwa, napady, prześladuje go grupa przestępców napadająca na jego najbliższych. Z  dnia na dzień problem się nasila, powodując u bohatera trudności z wydzieleniem granicy między jawą a snem. Nie pomagają nawet triki sugerowane przez przyjaciół. Peter czuje, że niebezpieczeństwo jest realne, a jego widzenia to nie jedynie senne koszmary, lecz nieuchronnie nadciągająca przyszłość.
Lekarze próżno szukają przyczyn. Okazuje się, że podłoże jego widzeń znajduje się nie tam, gdzie wszyscy szukają.

Mikel Santiago w założeniu chciał stworzyć powieść, której klimat miał przypominać klaustrofobiczne teksty Kinga. Podczas lektury w  mojej głowie wciąż kołatało się porównanie do Lśnienia, efekt zatem został w jakimś stopniu osiągnięty. Odludne miejsce, powoli opanowujące bohatera szaleństwo, przerażenie własnymi działaniami, zachowania mogące działać na zgubę bliskich, trudności w odróżnieniu jawy od rzeczywistości, wreszcie poczucie nieuchronnie zbliżającej się tragedii. W  jakimś stopniu autorowi udało się osiągnąć te linię skojarzeniową (w jakimś, bowiem wszystko odbywało się w warstwie  umysłowej, nie przełożyło się na emocje).

Santiago nie sili się na innowacyjność swojego konceptu czy próbę stworzenia opowieści dotąd nikomu nieznanej. Jego pióro wędruje raczej w stronę odtworzenia doskonale znanej melodii z kręgu pop – czytelnik ma uchwycić klimat, zachłysnąć się opowiedzianą historią i paradoksalnie – poczuć się bezpiecznie w świecie, który dobrze zna, a który mimo wszystko może go zaskoczyć. Budowanie nastroju to priorytet autora, któremu poświęcał uwagę od pierwszych chwil. Już początkowe rozdziały wprowadzić miały niepokój, narastający z  każdą kolejną przewracaną stronicą. Nawałnica i towarzyszące jej dźwięki, mieszkanie na odludnej plaży, niepokojące wizje bohatera, osamotnienie, balansowanie między jawą a sną, trudne do uchwycenia przejścia między nimi (nie tylko dla postaci, ale także dla czytelnika).

Choć brakowało mi emocji, które usilnie chciał wywołać autor, jego powieść czytałam z zaciekawieniem. Z zainteresowaniem śledziłam kolejne nawiązania do twórczości Kinga i z niepewnością oczekiwałam finału, który zapowiadany był niemalże od pierwszych zdań.


Jeśli macie ochotę na powieść autora sprawnie posługującego się piórem, konsekwentnie budującego nastrój, zapewniającego towarzyszący lekturze niepokój i niepewność – Santiago na pewno spełni Wasze oczekiwania. Dla fanów Kinga intertekstualna zabawa może być tym większa, a przyjemność płynąca z lektury pogłębiona. Zachęcam.