środa, 27 stycznia 2016

Pan Przypadek i fioletowoskórzy – Jacek Getner





Przed Jackiem Przypadkiem kolejna sprawa do rozwikłania. Tym razem jego kroki skierują się w stronę bezdomnych. To pośród nich zaginęła kobieta jego znajomego Winetu – Old Spejs – którą teraz wspólnymi siłami chcą odszukać. Bohaterka zniknęła w dość dziwnych okolicznościach, a ślady prowadzą zarówno do miejscowej czarownicy jak i do lekarza bezdomnych, podejrzewanego o handel organami.

Nie jest to jednak jedyna zagadka stawiana przed Przypadkiem – z każdą kolejną wydaje się robić coraz dziwniej. Detektyw musi rozwiązać sprawę napadu i pobicia. Jest ona jednak o tyle skomplikowana, że do czynu przyznaje się cały tabun zdeterminowanych ludzi. Dlaczego, po co, jak?
Tego Przypadek musi się dowiedzieć, wskazując prawdziwego sprawcę.

Ostatnia zagwozdka to kwestia rozwiązania trudności ze stawianiem nowego osiedla mieszkaniowego – okazuje się, że na terenie budowy ekolodzy odnaleźli ślad podfruwajki brązowonosej, która to ma stać się przyczyną zaprzestania dalszych inwestycji w tym miejscu. Straty pieniężne mogą być okrutnie dotkliwe, ekofanatycy nie chcą ustąpić, właściciel skupu złomu mieszczącego się na tym terenie ma swoją teorię, a pomocą w rozwiązaniu sprawy mają służyć Przypadkowi… fioletowoskórzy, bezdomni, od których wszystko się zaczęło.

Książka ta – nawet gdyby bohaterowie mieli imiona obcojęzyczne – ma w sobie klasyczny rys polskości i swojskości. Czytając jednocześnie dwa kryminały pod rząd, z łatwością można wskazać ten rodzimy – dla jednych będzie to zaletą, dla innych wadą.

Mnie taka swojskość nie przeszkadza jedynie w powieściach obyczajowych – tutaj nieco raziła. Zbyt prosto, banalnie językowo. Trudno nazwać to towarzyszące lekturze odczucie przynależności książki. Ma ona jakiś podskórny rys lokujący ją w konkretnej przestrzeni – i rzecz wcale nie w opisywanych miejscach czy osobach, lecz raczej w sposobie ich wprowadzania na scenę.

Język zresztą jest u Getnera sprawą jak się zdaje – paradoksalnie istotną, bo traktowaną z niezwykłym luzem. Obok fachowego słownictwa pojawiają się kolokwializmy i wykwity mowy potocznej, blisko błyskotliwych wypowiedzi, płytkie sformułowania. Zdaje się, że autor poniekąd kpi sobie z formy, nie uznaje jej za obligującą do czegokolwiek. Pisze, jak chce, wychyla się z tekstu, kilkakrotnie jako narzędzie narracji wykorzystuje parabazę, sugerując, że może zrobić co chce i kiedy chce. Na luzie, bez spiny.

Czyta się jednak tę pozycję bardzo sprawnie – a jej wielkim plusem jest także okładka – przyciągająca uwagę i budząca skojarzenia z Sherlockiem Holmesem. Najlepsza jak dotąd spośród wszystkich książek Getnera – naprawdę zapada w pamięć.


Jeśli przygody tego rodzimego detektywa nie są Wam jeszcze znane, a lubujecie się we współczesnej literaturze polskiej – klasycznej, nie postmodernistycznej – sięgnijcie dla rozluźnienia. Jeśli Przypadek Was zawojuje, do kolejnych tomów cyklu nie będzie trzeba długo namawiać. 

Recenzje innych książek Autora: