wtorek, 25 lutego 2014

Zorkownia – Agnieszka Kaluga



Tytuł: Zorkownia
Autor: Agnieszka Kaluga
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-2882-5
Ilość stron:
288
Cena:
32,90 zł





W telefonie jednak wciąż mam Twój numer – forma mikrobuntu, zasuszony liść z drzewa, po którym zostały korzenie

Ksiązka, która sprawia, że czytelnik przewraca strony z coraz bardziej ściśniętym gardłem. Książka, która z blogu powstała i w blogu ma kontynuację.
Książka, stanowiąca memento.
Książka, którą każdy powinien przeczytać i wycisnąć dla siebie jak najwięcej.
Książka-świadectwo.
Zorkownia.

Agnieszka Kaluga bardzo wcześnie straciła córeczkę, której obiecała, że może odejść, bo da sobie radę. Doświadczenie to wyzwoliło w niej pokłady ogromnej empatii i chęci niesienia pomocy innym – tym, którzy znaleźli się na ostatniej stacji swojego życia.
Autorka sens znalazła tam, gdzie śmierć zagląda ludziom w oczy i gdzie podkreśla swoją demokratyczność i uniwersalność. Od 2010 roku Kaluga jest wolontariuszką w hospicjum. Trzeba dodać – wolontariuszką z powołania i z potrzeby serca, co nie zawsze jest jednoznaczne.
Codziennie spotyka ludzi – młodych i starych – znajdujących się w miejscu, w którym albo stają do ostatniej heroicznej walki, albo w zgodzie ze sobą i ze światem, świadomi nieodwracalności, w pełni przeżywają ostatnie dni swojej ziemskiej wędrówki. Ona jest dla nich oparciem, „krzesłem”, pomocą, pociechą i współtowarzyszką cierpień.

Wydaje się, że ludzi dotyka coraz większa znieczulica. Gdy jednak wejdziemy w cztery ściany hospicjum, ujrzymy coś zupełnie innego: mimo ogromu cierpienia, widoku wciąż tych samych przypadłości, kończonych zawsze w identyczny sposób, jego pracownicy nadal pozostają otwarci na drugiego: z nim współcierpią, przeżywają żałobę po utraconym zdrowiu, a później – życiu.
Kaluga cierpienia i odejścia swoich podopiecznych przeżywa niezwykle intensywnie. Mocą swojego współodczuwania promieniuje na czytelnika (mnie), dzieląc się z nim emocjami i doznaniami: przytłaczającymi, bolesnymi.

Ludzie w hospicjum zmieniają się jak w kalejdoskopie: jeszcze wczoraj na tym samym miejscu spał Henio, dziś jest Stefan. I choć wolontariusze otaczają ich ogromem ciepła, serdeczności i dobroci, zdarzają się także pracownicy bezduszni, którzy albo nie pozwalają sobie na emocjonalne zaangażowanie, by się nie złamać, albo zupełnie beznadziejnie zainwestowali czas poświęcony na pracę.

Książka ta nie dość, że chwyciła mnie za serce w sposób nie do opisania ze względu na wspólnotę doświadczeń z bohaterami, to jeszcze wywołała morze łez, ciurkiem spływających po policzku. Przywróciła widok umierającego na raka człowieka, który ostatkiem sił chwyta się życia, przypomniała cierpienie, głębokie rany, zwierzęce krzyki spowodowane bólem, którego nie ułagodzi żadna dawka morfiny.


Moje własne bolesne miejsca otwarły się na oścież.

Zdaje się, że okładka ma przeciwdziałać tak silnym emocjom: jej radość, nadzieja, optymizm, energia, stanowią idealną przeciwwagę dla treści. Treści, która nie jest jedynie świadectwem pracy w hospicjum, ale też tym, co mieści się w sensie ukrytym. Ona woła: doceń życie, ciesz się zdrowiem, nigdy nie przekładaj badań, celebruj każdy kolejny dzień, nie trwoń czasu.
Może (i w moim wypadku – robi to) notorycznie przypominać o śmierci, uświadamiać, że może nadejść niespodziewanie, w każdym wieku, często bezobjawowo: za sprawą tego memento człowiek budzi się z letargu, porzuca zbędne, bzdurne myśli zaprzątające mu głowę i zaczyna… żyć.


Mam obowiązek WIDZIEĆ rzeczy, smakować rzeczy, cieszyć się nimi.
Bo jestem.
Póki jestem.
Fenomenalna ksiązka, która nie jest skończona – wciąż pisze ją życie, a efekty tego procesu możemy śledzić na blogu zorkownia.blogspot.com .


Dokąd tak pędzisz?
Zwolnij trochę...
Po drodze coś ważnego zrób
Dokąd tak pędzisz?
Zwolnij trochę
I kochaj albo chociaż lub...
[Artur Andrus, Na każdym liściu komunikat]