środa, 3 sierpnia 2016

Rzeka podziemna - Tomasz Jastrun



Nieba prawie nie widać, czeluść chłodna i ciemna,Niech się sypią lawiny kamieni!I niech łączą się zbocza bezlitosnych wąwozów,Bo cóż drąży kształt przyszłych przestrzeniJak nie rzeka podziemna? [1]


Rzeka podziemna okazała się książką niezwykle mi bliską. Za sprawą wspólnoty doświadczeń z bohaterem, przeżyłam ją intensywniej, a towarzyszące mi podczas lektury zostały zwielokrotnione.
Szczera, prawdziwa i gorzka to lektura. Jako żywo opisująca życie człowieka mierzącego się z depresją, nerwicą hipochondryczną, inteligentnego i ze zbyt dużą świadomością siebie, by dać sobie pomóc. Wie, że choruje, ale nie daje się też oszukać, mimo że z rozpaczy sięga po najbardziej szalone formy radzenia sobie z depresją – na kilku psychoterapeutach poczynając, na przeganiaczach kończąc. Xanax jest tutaj wcinany jak pyszne landrynki, a na szczęście i radość nie ma miejsca, poza chwilami ułudy, kiedy postać myśli, że wszystko wróciło do normy.

By zapomnieć o bólu oddaje się uciechom cielesnym, do czasu jednak, gdy nie dopada go to, co nazywa męskim klimakterium, a co może być jedynie skutkiem przyjmowania niesłychanej ilości leków mających sprawić, że świat stanie się przestrzenią bezpieczną i na powrót kolorową.
Oprócz tego, że powieść ta jest krzykiem osoby chorej, jest także świadectwem trudnego współżycia z  takimi osobami – umierającymi kilka razy do roku, cierpiącymi katusze, co rusz wynajdującymi nowe choroby, których objawy realnie ich dotykają. Prawdziwa męka, z której wielu sobie drwi, i z której się podśmiechuje tutaj została obnażona i zdemaskowana.

Depresja bohatera zlewa się z czasami stanu wojennego, transformacji ustrojowej, Solidarności, które zdają się chorobę potęgować – raka duszy, jak określa ją Jastrun, doskonale oddając jej sedno. Podczas gdy świat pędzi, człowiek nie nadążą. Popada w konsumpcjonizm, zdobywa, kupuje więcej, by czuć się potrzebnym i na czasie. W imię pogoni za pieniądzem (czy raczej – za swoimi czasami) traci siebie, która to utrata, powodując wyrwę w duszy, zrzuca go z klifu wprost w ramiona bezlitosnej i wciąż niezrozumiałej choroby. Tam, gdzie brakuje mu wsparcia najbliższych, kumuluje się strach – o siebie, o swoje zdrowie, o zdrowie najbliższych. Strach paniczny, paraliżujący, którego ma świadomość, ale któremu nie potrafi zapobiec. Bohater doskonale wie, że jest chory, przerażają go własne nieprzystające do rzeczywistości reakcje, ale boi się tak bardzo, że nie potrafi ich powstrzymać.

Intensywna, kapitalna opowieść o takim stanie duszy, którego samemu nie sposób już zmienić, pokazana na tle codzienności, na tle społecznym i kreślona latami – wraz z bohaterem grzęźniemy w jego codzienności, z mozołem posuwając się naprzód, dokładnie tak, jak on brnie przez życie.

Ogromnie polecam – szczególnie ku zrozumieniu.



[1] Jacek Kaczmarski, Źródło