piątek, 29 lipca 2016

Kupiec wenecki. Shylock się nazywam - Howard Jacobson



Shylock, który w dramacie Szekspira dał się poznać jako ten gotów do wykrojenia kawałka ciała swojemu dłużnikowi powraca, zyskując jednocześnie na znaczeniu. Tym razem nie do końca będzie chodziło jednak o dług, lecz konflikt między Żydem a chrześcijaninem, w który uwikłana jest córka tytułowego bohatera.

Shylock niespodziewanie znajduje dobrego rozmówcę w Simonie Strulovitchu – mężczyźnie rozpaczliwie poszukującym kogoś, z kim mógłby porozmawiać o trudach dnia codziennego – żonie, którą po udarze musi się opiekować ze szczególną troską, o córce nieustannie sprawiającej kłopoty i o całej reszcie – życiu Żyda, ot. Bohaterowie spotykają się na cmentarzu, a widmo tej niecodzienności cały czas się za nimi ciągnie.

Chciałoby się rzecz, że mężczyźni odnajdują się w najlepszym z możliwych momentów – Shylock swą córkę już utracił, Strulovitch zaś musi zrobić wszystko, by swojej z oczu nie spuścić w czym pomocny może być nie kto inny jak nowo poznany znajomy, zawsze służący dobrą radą i pomysłem.
Choć Shylock się nazywam częściowo koncentruje się na miłości – szczególnie ojcowskiej – i nieposłuszeństwie oraz buncie, jej motywem przewodnim jest nieustępujący i wciąż podsycany antysemityzm, widziany oczyma współczesnego żyda i chrześcijanina.

Oprócz niewątpliwie istotnego odświeżania dzieł Szekspira, jakie dokonuje się za sprawą projektu, całość ma jeszcze jedną, bardzo znaczącą wartość – pozwala na odkrywanie autorów, po których w  innych okolicznościach byśmy nie sięgnęli. Zatem odkrycia, odkrycia, odkrycia – tak najlepiej oddać ideę serii.


Lekturę oczywiście polecam, szczególnie dla konfrontacji z oryginałem i ku zaskoczeniu jak sprawnie można go wykorzystać. 


Poprzednia część cyklu: