poniedziałek, 8 lutego 2016

Metro 2035 - Dmitry Glukhovsky


Na kontynuację bestsellerowej serii Metro fani uniwersum musieli bardzo długo czekać. Gdy wraz z rokiem 2015 do polskich księgarń trafiło Metro 2035, nic innego się nie liczyło.

Tym bardziej, że część tę można (według wydawcy) czytać całkowicie niezależnie, co zyskało jej nowych fanów, zaczynających swoją przygodę z postapokaliptyczną Rosją od tejże.

Z opinią dotyczącą jej niezależności nie do końca się zgadzam – autor po wielokroć odwołuje się do wydarzeń i postaci z poprzednich części, a brak ich znajomości może powodować zagubienie, z samej historii czyniąc chaotyczną pogoń nie wiadomo za czym i po co. Warto zatem najpierw przeczytać dwa poprzednie tomy, by z wiedzą na jej temat bez przeszkód oddać się lekturze najnowszego.

Po rewelacyjnym Metrze 2034 oczekiwania miałam wręcz ogromne. Niestety, wszystkie wzięły w  łeb, bo już od początku szło nie tak, jak miało. Do lektury zabierałam się dwukrotnie, każdorazowo wręcz przymuszając się, by powieści nie porzucać. Krótko mówiąc – wieje nudą, mimo że potencjał był wielki, a i sama historia zakończona została w sposób (nie)przewidywalny i zakręcony. Zdaje się, że lata dały się we znaki autorowi (tłumaczowi?), który nie potrafi już tak dobrze utrzymać uwagi i zainteresowania czytelnika.

Rzecz dzieje się rok po wydarzeniach części poprzedniej i skupia się wokół Artema – głównego bohatera Metra 2033, o którym dzięki Hunterowi już prawie udało się czytelnikowi zapomnieć.

Wraca on teraz – pokaleczony bohater, przez ludzi których uratował uznany za szaleńca i nie zważając na nic, raz po raz wychodzi na powierzchnię, by szukać kontaktu z innymi ocalonymi. Coraz bardziej napromieniowany zagraża ludziom żyjącym potulnie w metrze, zaatakowanym dodatkowo zgnilizną dziesiątkującą grzyby.

Gdy pewnego dnia na drodze Artema staje Homer, donosząc mu, że zna kogoś, komu udało się nawiązać kontakt z ocalonymi, w  bohatera wstępują nowe siły. Po raz kolejny ma cel, a w  jego serce wlana zostaje nadzieja. Pozostaje jedynie przedostać się na Teatralną, mimo że Hanza blokuje przejście.

Przyznacie, że idea przyświecająca książce nienajgorsza. Zdecydowanie gorzej jest już jednak z wykonaniem. Metro 2035 całkowicie straciło swój klimat – brak tu tej klaustrofobii, duszności, poczucia odcięcia od reszty świata, mroku, brak nawet typowego „życia” tuneli. Wszystko to rozpłynęło się jak kamfora, pozostawiając jedynie żal, pustkę i… nadmierne politykowanie. Momentami czytelnik ma poczucie, że wcale nie znajduje się w centrum powieści postapokaliptycznej, lecz zupełnie przypadkiem wszedł w miejsce obrad i ustalania jedynej słusznej ideologii.  Kiepsko rzutuje to na całość, mimo że owa polityka jest tu faktycznie ważkim elementem, co nie zmienia faktu, że zbyt wyeksponowanym.

Lekturę polecam oczywiście tym, którzy zostali wiernymi fanami uniwersum – z całą pewnością niedokończenie serii będzie spędzało im sen z powiek, nie ma zatem co z  niego rezygnować. Warto jednak mieć na uwadze ewentualne rozczarowanie, które może nastąpić podczas czytania.

Ciekawa jest grupa docelowa książki. Pierwszy raz spotkałam się z  zaznaczeniem na okładce wieku, po osiągnięciu którego, można po powieść sięgnąć. Wydawca jasno zaznacza, że to historia dla dorosłego czytelnika, a znaczek 18+ jedynie w  tym utwierdza. Bardzo trudno jednoznacznie powiedzieć dlaczego – wszak scen przemocy w  niektórych młodzieżowych lekturach jest znacznie więcej, nie mówiąc już o innych nieodpowiednich treściach. Z  całą pewnością jest to jednak zabieg pozytywny.




Książkę kupisz w atrakcyjnej cenie na: