piątek, 16 sierpnia 2013

Nowa Ziemia – Julianna Baggott




Do powieści postapokaliptycznych i antyutopii zawsze podchodzę jak do jeża, a perspektywa Nowego Edenu, tworzonego w fikcyjnej przestrzeni, nigdy nie budzi we mnie większych emocji. Daleka jestem od podniecania się wizjami świata po wybuchu, po końcu. Nowa Ziemia jednak stanowi książkę, o której głośno było we wszystkich możliwych mediach, które prezentowały ją jako niepomiernie wartą uwagi, a przy tym daleką od popadania w banał. Podobnego zdania byli znajomi, którzy co rusz na ów tytuł mnie namawiali. Nie dałam się przemóc, dopóki nie pojawił się tom drugi. Wówczas mój upór ustąpił miejsca ciekawości, która jednak wciąż mieszała się z pragnieniem, by książka ta nie wzbudziła we mnie tak zwanych mieszanych uczuć czytelniczych. Pragnęłam czegoś, co zadowoli mój coraz wybredniejszy gust, co pozwoli mi przekonać się do postapokalipsy prezentowanej w książkach. I po części tak się stało.
Nowa Ziemia otwiera trylogię Świat po Wybuchu, oddającą historię ludzkości po wielkich, zaplanowanych eksplozjach, mających na celu wprowadzić nowy ład, Nowy Eden, pozostawiając przy życiu jedynie najsilniejszych, schronionych w kopule i poddawanych modyfikacjom, mającym zapewnić wzmocnienie. Nazywa się ich Czystymi.
Pozostali, ci którym nie udało się dostać do Kopuły, ale też nie zginęli, zostali zmutowani. Złączyli się z tym, co było najbliżej nich w czasie wybuchu, generującego olbrzymią dawkę gorąca. Jedną z ocalałych jest Pressia, dorastająca dziewczyna, wychowywana przez dziadka. Kończąc szesnaście lat, stała się celem dla werbującej młodych ludzi organizacji militarnej. Postanawia więc uciekać. Podobną decyzję, w całkiem innym świecie – bo w sterylnej Kopule – podejmuje Partidge. W wyniku wybuchu stracił mamę i brata, pozostając pod opieką ojca tyrana, pragnącego zaprowadzić na zregenerowanej ziemi nowy ład. Póki co jednak, jako jedna z najważniejszych jednostek – sieje postrach.
Losy Pressi i Partridge’a splatają się na długo zanim ci spotkają się osobiście, jednak dopiero ich poznanie się zmieni losy zarówno Czystych, jak i Zmutowanych.
Zaskoczyło mnie zdumiewające rozwinięcie apokaliptycznej wizji, ów zwrot w stronę relacji syn-ojciec, matka-córka, badający wpływ środowiska rodzinnego na późniejsze zachowania człowieka i podejmowane przez niego decyzje. Julianna Baggott nie tylko kreuje świat po Armaggedonie, ale jeszcze wkrada się niczym złodziej do przestrzeni rodzinnej, badając stosunki w niej panujące. Oprócz wizji zagłady i życia po Wybuchu, serwuje bogato zastawiony stół relacji międzyludzkich, na którym podano miłość, przyjaźń, nienawiść i chęć zemsty w proporcjach bardzo dobrze wymierzonych.
Język powieści jest żywy, potoczysty, dialogi starannie dopracowane, a sieć relacji tak zmyślnie zbudowana, że nie sposób oprzeć się wrażeniu, jakoby całość stanowiła doskonałą układankę.
Baggott urzekła mnie tym, że nie zatraciła umiejętności budowania poruszających obrazów w zamian za pełną dramaturgii ucieczkę w realia świata po wybuchu. Zarysowana przez nią rzeczywistość idealnie łączy obie przestrzenie, niczego żadnej nie ujmując.

Nowa Ziemia jest urzekającym preludium do całej serii, zapowiadającym moc wrażeń. Autorka zdaje się konstruować trylogię na miarę czasów obezwładnionych pragnieniem zaprowadzania nowego porządku, siejącym zniszczenie i burzącym to, co znane. Baggott ma świadomość, że dziś liczy się silniejszy i sprytniejszy, a prawo do przeżycia oferowane jest jedynie nielicznym i doskonale tę wiedzę wykorzystuje, budując świat niebezpiecznie podobny do naszego: to swoista zapowiedź  tego, co może nas czekać, jeśli nie zaprzestaniemy pogoni za władzą i zmianami. Precyzyjne połączenie naszej rzeczywistości  z wizją postapokaliptyczną budzi z marazmu i ostrzega, że koniec znanego nam świata jest blisko, a postaci znane dotąd z filmów sci-fi stają się szaleńczo realne.