sobota, 25 czerwca 2011

Morrigan- Piotr Olszówka


Jak zdążył zauważyć sam Piotr Olszówka na swoim blogu – do pokolenia najmłodszych autorów nie należy. Niezaprzeczalnie jest jednak debiutantem Wydawnictwa Comm, które wzięło go pod swoje skrzydła i tak jak pozostałych podopiecznych – otacza go wielką troską, dba o reklamę i interesuje się opublikowanymi recenzjami.
Czym zajmował się „POL” przed wydawaniem książek?  Debiutami pisarskimi w innych miejscach – między innymi na łamach miesięcznika „Science Fiction”, w którym opublikował opowiadanie Morrigan, dające inspirację do tytułu ksiązki autora i będące jednocześnie pierwszą z krótkich form składających się na tę publikację. Co więcej, Pan Piotr jest także twórcą komiksów oraz ilustratorem.

Do miłośniczek fantasy, co wielokrotnie podkreślałam, nie należę i nigdy nie należałam. Co jakiś czas jednak próbuję przeczytać coś należącego do tej kategorii, z nadzieją, że mnie zainteresuje. Mimo, że na skutek słabej znajomości gatunku nie potrafię odnieść ksiązki Pana Piotra do innych tekstów, mogę czysto subiektywnie przedstawić myśli towarzyszące mi podczas lektury.

Zacząć należy od tego, że Morrigan, to zbiór czterech opowiadań [choć właściwie trzy z nich to opowiadana w pełnym tego słowa znaczeniu, czwarte można zakwalifikować już do grona mini-powieści], dla których klamrę stanowi rozpoczęcie i zakończenie historią tytułowej ‘bohaterki’. Po krótce o czym każde z nich:

Morrigan. Opowiada historię samotnej czarownicy Alutki, ubolewającej nad faktem stereotypowego traktowania wiedźm jako złych. Uważa ona, że to tacy jak ona o wiele bardziej pomagają ludziom niż sławieni i chwaleni rycerze, których głównym celem jest zabijanie. Wraz z dawnym przyjacielem wyrusza więc Alutka na poszukiwanie Morrigan, której ma zamiar odebrać magię. Kto tak naprawdę jest jednak uosobieniem celtyckiej bogini wojny i zniszczenia?
Imię ojca. Jej bohaterem jest Rhoud-an wyruszający w drogę w ucieczce przed nakazanymi przez przybranego ojca wyborami. Odnajdziemy tutaj wiele szczegółowych, dobrych scen batalistycznych.
Róża i miecz. Bohaterką staje się Dobromiła, która udowadnia, że rycerz to nie zawsze mężczyzna. Postanawia ona odszukać swoją podopieczną, jednak niefortunnie zapętla się w aferę niosącą ze sobą nic innego jak przykre konsekwencje.
Jeszcze raz Morrigan. Najkrótszy z wszystkich tekstów, w którym Leo i Michał wracają z wojny. Podczas wędrówki zostają napadnięci, a na skutek tego wydarzenia jeden z nich ginie, a drugi postanawia odnaleźć zabójcę swojego przyjaciele i jak to zwykle bywa – dokonać zemsty.

Cechą łączącą wszystkie opowiadania są zaskakujące zakończenia, czyli to co bardzo cenię i co często diametralnie zmienia moją opinię na temat publikacji. Piotr Olszówka w tej kwestii wykonał kawał dobrej roboty.
Z niecierpliwością czekam na więcej, bo po tym co dostałam w tymże debiucie, nie będę miała oporów przed sięgnięciem po kolejne części cyklu.
Zachęcam do lektury, znajdziecie tutaj raz po raz zmieniające się nastroje, tony kolejnych opowiadań, różne formalne i stylistyczne rozwiązania. Lekturze towarzyszyć będzie cała gama barwnych bohaterów, mniej lub bardziej sympatycznych, mniej lub bardziej kierujących się zasadami etyki. Wbrew pozorom, to lektura dla osób wymagających, lubujących się w łamaniu konwencji, mieszaniu różnego rodzaju spojrzenia na kultury.
Naprawdę dobry debiut.

4,5/6



Format: 125 x 195 mm
Oprawa: miękka
Objętość: 448 stron
Cena detaliczna: 34,90 zł

Arabska córka- Tanya Valko

Tanya Valko. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego ukrywająca się pod pseudonimem. Swoją wiedzę na temat opisywanych przez siebie krajów zdobyła będąc nauczycielką w Szkole Polskiej w Libii oraz asystentką ambasadorów RP. Mieszka w Arabii Saudyjskiej. Choć jest autorką wielu książek, sławę przyniosła jej dopiero bestsellerowa Arabska żona, której kontynuacją jest najnowsza powieść Tanyi – Arabska Córka.  

Chciałoby się rzec  – znowu to samo. Jednak by odnieść się do samej fabuły, przypomnę o czym traktowała część pierwsza. Tytułową arabską żoną jest Dorota, która w szkole średniej poznaje Ahmeda i która zachodzi z nim w ciążę. Mimo złego nastawienia otoczenia do ich znajomości, Ahmed poślubia młodą dziewczynę. Razem wyjeżdżają do rodziny muzułmanina, gdzie pokazuje on swoją prawdziwą naturę. Dręczona Dorota po pewnym czasie przestaje wytrzymywać złe traktowanie.
Po wielu perypetiach i przedstawieniu obrazu stereotypowej arabskiej rodziny i sytuacji kobiet, docieramy do punktu, w którym swoją historię przedstawia córka Polki. – tu też zaczyna się Arabska Córka. Marysia [Miriam] w wieku sześciu lat zostaje oddzielona od matki. Przyczyną rozłąki jest ojciec – który pobitą matkę swoich dzieci wywozi w odludne miejsce, a pozostałych informuje o jej domniemanej śmierci. W spisku pomaga mu siostra.
Rozpoczyna się pełna dramatycznych rozstań i decyzji historia. Matka Ahmeda zabiera swoje wnuczki i ucieka do swojej drugiej córki. W międzyczasie Dorocie udaje się zbiec i podejmuje heroiczną próbę odzyskania córek, zwieńczoną jedynie połowicznym sukcesem.
Marysia rozpoczyna tułaczkę, znajduje przyjaźń i miłość, jednak jest narażona także na terror oraz zwolenników ortodoksyjnego islamu. Nie potrafi zaznać spokoju ani odzyskać matki…

Ksiązka pokazuje czytelnikowi tradycyjny obraz muzułmańskiej rodziny – rodziny stereotypowej, w której kobiety są poniżane, bite, często także mordowane, lecz w której znajduje się jednostka decydująca się na zmianę swojego losu i za wszelką cenę do niej dążąca. Niosąca nadzieję dla innych kobiet w podobnej sytuacji i uczulająca na tragiczne wydarzenia wciąż mające miejsce  w Arabii. Jest obrazem między innymi kultury ghańskiej, jemeńskiej, a także historią o miłości. Jest wreszcie kolejną pozycją otwierającą oczy – nam, kobietom europejskim. Nam, kobietom nie muszącym żyć w ciągłym strachu i bólu,  w przypadkach skrajnych mogących szukać pomocy w wielu miejscach, u wielu specjalistów.

Choć rynek przeżywa wysyp książek o tematyce kultury muzułmańskiej, warto po nie sięgać od czasu do czasu, by przypominać sobie, jak wielkie mamy szczęście żyjąc tu gdzie żyjemy i jak bardzo potrzeba pomocy ludziom żyjącym gdzie indziej.
Polecam do refleksji.


piątek, 24 czerwca 2011

Liczby Charona- Marek Krajewski


Przygodę z Markiem Krajewskim rozpoczęłam rok temu, kiedy to dotarło do mnie, że ktoś taki istnieje, ba! że jest znany, ceniony, a do tego tworzy bestsellerowe powieści kryminalne. Jako zdeklarowana miłośniczka tego typu literatury zaopatrzyłam się w całą serię z Eberhardem Mockiem w roli głównej i… rozczarowałam się.
Tak moi drodzy, właśnie tak. Uwielbiany przez Polaków pisarz w ogóle nie zrobił na mnie wrażenia. Fakt, jego książki są przemyślane, misternie skonstruowane, jednak żadna z nich mnie nie urzekła. Merytorycznie nie mogłam im niczego odmówić, zasługiwały na 4, i tak też zazwyczaj je oceniałam. Całą serię czytałam z lekkim znużeniem, średnio ciekawa zakończenia. Próbowałam cały czas, chciałam wszelkimi sposobami przekonać się do autora, jednak na nic zdawały się mój wysiłki. Do czasu.
Do czasu kiedy w zapowiedziach Wydawnictwa Znak ujrzałam Liczby Charona, będące kolejną z serii powieścią o Edwardzie Popielskim. Co teraz mogę powiedzieć? Wyłączając Erynie, której nie czytałam, najnowszy tekst jest według mnie najlepszą z dotychczasowych książek Pana Krajewskiego. Wciągający od pierwszych słów [już nawet nie stronic], intrygujący, fascynujący.
Choć Edward Popielski jest postacią wybitnie antypatyczną [wtrącenia  w postaci jego myśli zaświadczają o jego przemiłym charakterku], którą w prawdziwym życiu omijałabym szerokim łukiem, to na kartach powieści budził moje uznanie. Doskonale pasował do tła powieści,  jakim jest Lwów czasów powojennych.

Ksiązka przenosi nas do momentu, w którym komisarz po dyscyplinarnym zwolnieniu z pracy w policji, próbuje wiązać koniec z końcem udzielając korepetycji z matematyki i łaciny i pomieszkując z córką i siostrą. Jego sytuacja może ulec zmianie, gdy odwiedza go była uczennica Renata, proponując zajęcie się sprawą pewnego zaginięcia… Na dodatek we Lwowie zaczyna grasować morderca, a w jego ujęciu może pomóc jedynie znawca matematyki… Popielski otrzymuje od losu możliwość rehabilitacji w oczach przełożonych, a także szansę na nowe uczucie…

Czym autor zdobył moje serce? Choć matematyka mająca ogromne znaczenie dla treści zawsze należała do grona znienawidzonych przeze mnie przedmiotów, paradoksalnie jej zastosowanie w serialach typu Wzór czy właśnie najnowszej książce Pana Marka budzi we mnie wielkie zainteresowanie.  Połączenie jej z fascynującym językiem hebrajskim i wątkami religijnymi czy nawet sekciarskimi to mieszanka idealna. Do tego szczypta mitologii i literacka uczta gotowa. Krajewski zdobył mnie pomysłem na utwór i niezwykłą intrygą, której długo nie zapomnę i która każe mi nadrobić braki w lekturze Erynie.
Jedyną rzeczą, według mnie pozbawioną celowości i zbędną, w żadnej sposób nie wpływającą na akcję, jest quasi-rama jaką otoczona jest historia, a którą stanowi telewizyjny wywiad przeprowadzony w roku 1988 dla norweskiej telewizji. Jest to jedynak jedyne uchybienie, którego się dopatrzyłam, a które po pozytywnym zaskoczeniu lekturą nie ma dla mnie żadnego znaczenia.
Co do wydania - okładka z hebrajskimi literami bardzo mi się podoba. Jednak papier na jakim wydano powieść jest fatalnej jakości. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron starałam się jak najrzadziej go dotykać, bo robi bardzo niemiłe wrażenie i zdziera naskórek. 

Polecam zarówno miłośnikom gatunku, jak i czytelnikom szukającym nowości i kilku spędzonych w napięciu godzin.


Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.


Tytuł: Liczby Charona
 Autor: Krajewski Marek
Wydawca: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Numer wydania: I
Data premiery: 2011-05-18
Język wydania: polski
Język oryginału: polski

5/6



Arabska Pieśń - Leila Aboulela


Ostatnimi czasy, zwłaszcza po przeczytaniu książki Kwiat Pustyni, mój wzrok i uwagę przyciągają pozycje zawierające w tytule lub opisie słowo „arabski”.  Kultura ta, choć wciąż odległa, staje się dla mnie coraz bliższą. Interesuje mnie wszystko co jej dotyczy, bo nie lubię stać w miejscu i często wyruszam na poszukiwanie tego, co jeszcze dla mnie obce. A przyznajmy szczerze – jakakolwiek  byłaby ilość książek, filmów i innych publikacji na temat krajów muzułmańskich – nigdy nie będziemy o nich wiedzieć wystarczająco dużo. Tak samo sprawa ma się z pozostałymi kulturami. Mimo to, warto horyzonty poszerzać i szukać, drążyć, interesować się.
Dlatego też z wielką radością przyjęłam do recenzji książkę Arabska pieśń. Zwłaszcza, że nie była to kolejna publikacja o dręczonych kobietach – tych jest już dużo, a takich opisujących życie codzienne, relacjach rodzinnych i wyborach przed jakimi stawać muszą mieszkańcy krajów arabskich – niestety wciąż brakuje.

Autorka, Leila Aboulela, miała możliwość ukończenia studiów ekonomicznych a Chartumie i późniejszego zamieszkania w Aberdeen – szkockim mieście, w którym powstała większość jej tekstów.

Nakreśliła ona bogaty portret wpływowej, muzułmańskiej rodziny, dręczonej konfliktem pomiędzy dwoma żonami bohatera – młodą nowoczesną Egipcjanką Nabilah i starszą, trzymającą się tradycji Sudanką Wahibą. Problem starcia starego z nowym jest zauważalny w krajach arabskich po dziś dzień. Tam gdzie tradycja spotyka się z postępowością musi, prędzej czy później dojść do spięcia i walki o dominację jednego z dwu różnych, odległych od siebie sposobów życia i postrzegania świata. Leila Aboulela zabiera swoich czytelników w centrum takiego konfliktu dostarczając wielu emocji i wzruszeń. Zazdrość, miłość, próba charakterów, walka o szczęście – to tylko niektóre rzeczy, których doświadczą bohaterowie na kartach tej powieści, a które wraz  z nimi współodczuwać będzie czytelnik.

To powieść nie tylko dla osób interesujących się krajami arabskimi – to lektura dla wszystkich. Nie kreśli jedynie obrazu społeczności arabskiej, lecz staje się przepiękną i wciągającą historią o miłości i walce z własnymi uprzedzeniami. Uczy poświęcenia, wzrusza i zostaje w pamięci na długo. Wrażenia potęguje przepiękne tło jakimi stają się tereny Egiptu i Sudanu, a także bogaty język jakim posługuje się autorka.


Więcej informacji o autorce znajdziecie na stronie www.leila-aboulela.com  na którą serdecznie zapraszam!



czwartek, 23 czerwca 2011

Podmorska wyspa- Isabel Allende




Po raz kolejny okazałam się być ignorantką. Myślałam, że literatura to kategoria, w której to doświadczenie mi nie grozi, jak się jednak okazuje moje przypuszczenia były błędne.
Dlaczego? Otóż do tej pory nie miałam pojęcia o istnieniu chilijskiej pisarki Isabel Allende, która – nie zawaham się użyć tego sformułowania – tworzy literaturę na najwyższym poziomie. Przez moje ręce przechodzi wiele książek, lepszych lub gorszych, jednak zawsze z ubolewaniem stwierdzam, że zdecydowanie zbyt mało czasu poświęcam lekturze powieści z najwyższej półki. Na szczęście tym razem, po raz kolejny dzięki uprzejmości Wydawnictwa, miałam okazję nadrobić swoje zaniedbanie i poświęcić kilka obfitujących w doznania godzin na zapoznanie się z pisarstwem Allende.

Tańcz, tańcz, Zarité,
bo niewolnik, który tańczy,
jest wolny... dopóki tańczy[1]

Autorka, zabiera czytelnika w niezwykłą podróż. Podróż do osiemnastowiecznej koloni francuskiej Saint-Domingue [dzisiejsze Haiti], kiedy to na porządku dziennym stało niewolnictwo, a Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela dopiero miała wejść w życie. Wybuch Rewolucji Francuskiej dał szansę niewolnikom, który ujrzeli w niej możliwość wzniecenia buntu i walki w imię swojej przyszłej wolności i godności.

Bunt taki dotknął także Valmoraina i jego plantację trzciny cukrowej. Dzięki pomocy swojej niewolnicy i matki dziecka – Zarité oraz jej kochanka udaje mu się zbiec i uniknąć śmierci.
Ale od początku. Książka podzielona jest na dwie części- pierwsza z nich toczy się na Saint-Domingue, gdzie Zarité, zdrobniale nazywana Tété, jako mała dziewczynka trafia do niewoli,  druga z kolei w Luizjanie.
Początkowa partia opisuje czasy, kiedy to bohaterka za dnia służy psychicznie chorej żonie plantatora, a pod osłoną nocy zaspokaja jego nigdy niegasnące potrzeby.
Druga, rozpoczyna się w momencie zamieszkania zbiegłych Valmoraina i Tété z dziećmi w Nowym Orleanie.

Podmorska wyspa to nie tylko historia niewolnictwa przeniesiona na karty powieści. To nie tylko historia represji jakim poddawane były osoby o ciemnym kolorze skóry. To także, a może należałoby powiedzieć: przede wszystkim historia kobiety doświadczonej przez niesprawiedliwość, bezwzględność, surowość i cierpienie. Tété jednak nawet pośród ciężkich doświadczeń jakimi obdarowało ją życie potrafi znaleźć szczęście i spełnienie, a także zdobyć wolność.
Autorka kreśli bogaty portret psychologiczny bohaterki, który świetnie uzupełniony jest dzięki prowadzeniu podwójnej narracji: narrator wszechwiedzący opisuje wydarzenia, które przeplecione są fragmentami wyjętymi z umysłu Zarité.

Podmorska wyspa przesycona jest pamiętającymi odległe czasy wierzeniami. Występuje w niej wiele określeń pochodzących z języków plemiennych, które dokładnie zrozumiemy dzięki rzetelnemu słowniczkowi zamieszczonemu z tyłu książki.

Klimat powieści jest niezwykły i niezapomniany. Dzięki niemu nauka historii już nigdy nie wyda się taka straszna. Bowiem historia to jedna z cech, które tę pozycję wyróżniają – jest przedstawiona szczerze, nieraz brutalnie, jednak zachęcająco na tyle, że czuję potrzebę dalszego sięgania po książki traktujące o niewolnictwie i sytuacji na ziemiach francuskich osiemnastego wieku. Powieść wymagająca, jednak warta każdej poświęconej jej minuty.
Do tego okładka! Przepiękna, przyciągająca wzrok. Zanim przeczytałam opis, czułam, że w książce posiadającej taką obwolutę znajdę niesamowite wnętrze i głębię. Nie pomyliłam się. Do Allende będę wracać. Wam, nie znającym jeszcze pisarki, gorąco polecam nawiązanie z nią i jej książkami bliższej zażyłości.


Słowa miłości są nieme. Bardziej przejrzyste niż woda.

5/6


 Za  możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza SA.



tłum. Joanna Ostrowska, Grzegorz Ostrowski
ISBN 978-83-7495-971-1
format: 133 x 205 mm
oprawa: twarda
stron: 528
wydanie: maj 2011


[1]  Isabel Allende, Podmorska Wyspa, Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2011, s. 9.

środa, 22 czerwca 2011

Pan Tadeusz. Historia prawdziwa- Bartosz Wiśniewski


Gdy na stronie księgarni Wydawnictwa Novae Res zauważyłam książkę Pan Tadeusz. Historia prawdziwa wzbudziła ona moje szczere zainteresowanie. Jeszcze bardziej wzmogło się one, gdy opis zasugerował pewne formalne powiązania z XIII księgą przypisywaną autorstwu Aleksandra Fredry, a osiągnęło apogeum po przeczytaniu pochlebnej recenzji zaświadczającej o wielkiej humorystyce tej małej książeczki.

Jak zastrzega sam autor, jego książka nie jest próbą ośmieszenia Adama Mickiewicza czy jego dzieła, lecz satyrą. Czy dobrą – oceni czytelnik.

Przeczytałam, oceniłam. W moim odczuciu nie jest. Choć tekst cechuje synkretyzm gatunkowy, to do polskiej epopei mu daleko. Autor odbiega od mickiewiczowskiego trzynastozgłoskowca, stylem zmierzając bardziej ku przypisywanej Fredrze księdze, która jednak to metrum zachowywała. Choć ilość XII ksiąg została zachowana, ich objętość uległa dramatycznemu zmniejszeniu. Historia Tadeusza i Zosi została skondensowana do około 150 stron.  Autor zrezygnował z patosu na rzecz żartobliwego i prześmiewczego tonu. Zmianę tę sugerować może już sama dość karykaturalna i komiksowa okładka.

Bartosz Wiśniewski podjął próbę odświeżenia i kontynuacji pomysłu Fredry. Zachował liczne opisy przyrody, jednak zrezygnował z inwokacji, narratora zbiorowego, retardacji, a nawet ważnej roli wydarzenia historycznego. Skupił się raczej na życiu seksualnym bohaterów.
O ile jednak było to zachowanie stosowne, choć nadal dość ryzykowne dla poważanego komediopisarza Fredry [zwłaszcza, że przecież jego księga była księgą upamiętniającą noc poślubną, więc wątki erotyczne były jak najbardziej uzasadnione], o tyle początkującego autora odwaga chyba poniosła.  Tekst nie jest żartobliwy, jego komiczność kończy się po 5 stronach, kiedy to namnożenie wulgaryzmów staje się niesmaczna, a tekst wyuzdany i perwersyjny. Mnogość słownictwa potocznego oraz naturalistycznych opisów sprawia, że przestaje to być satyra, a zaczyna jawić się jako kpina i bardzo nieudana próba bycia kolejnym Fredrą. Autor stosuje wiele zdrobnień, które wskazują na lekceważenie pewnych zjawisk przez autora [patrz: wojenka, bitewka, polowanie na wiewiórkę (a nie jak w oryginale na niedźwiedzia) – s.8]. Umniejsza on i minimalizuje to, co dla Mickiewicza było ważne. Język stylizowany jest na dawny, jednak zawiera wiele wtrąceń współczesnych. Jakby autor nie mógł się zdecydować na jeden z nich. Niekonsekwencja objawia się z resztą nie tylko tutaj. Rymy są bardzo niedokładne, trywialne, częstochowskie. Bacząc na gatunek jaki reprezentuje książka jest to uzasadnione i ma swój urok, jednak w równej mierze może świadczyć o nieudolności i niedokładności autora, co o pewnej formie nowatorstwa. Nie wiadomo czym tak naprawdę jest.

Ksiązka do mnie nie przemówiła. Momentami czułam się, jakby trafiło mi do rąk tanie pisemko pornograficzne rodem z dziewiętnastego wieku, bowiem płytka erotyka, to jedyne co liczy się dla bohaterów. Telimena budziła we mnie skojarzenia z kurtyzaną, jedyna różnica polegała na jej „darmowości”.

Myślę, że autor wykazał się sporą odwagą, bo podejrzewam, że właśnie rzucił się krytykom na  pożarcie. Uważam, że aby „zadzierać” z Mickiewiczem, trzeba być cenionym, znaczącym artystą. W innym wypadku tego typu satyra może zostać źle odebrana. Jak na debiut, to jest to sprawa kontrowersyjna, choć mogąca przynieść upragnioną popularność. Choć się nie uśmiałam, o książce i autorze będę pamiętała, chociażby po to, by odradzać jej lekturę znajomym. Chwytliwy tytuł to nie wszystko, a jak widać i sam seks, nie zawsze działa. Jestem ciekawa czy doczekamy się innych publikacji Pana Wiśniewskiego i co tym razem zaprezentuje. Życzę mu powodzenia, jednak radzę pisać coś innego, zachowując umiar i wyważenie. Bo czy porównanie Polski do łona starej kobiety jest taktowne?
Książka powinna nieść ze sobą jakąkolwiek wartość, chociażby czysto rozrywkową. Tutaj tego nie znalazłam. Być może nie jestem odbiorcą idealnym i czytelnikiem, do którego ta pozycja była przeznaczona, zwłaszcza, że jak pisałam na wstępie – spotkałam się z opiniami pozytywnymi, jednak skoro już ją przeczytałam mogę rzec jedno – zaspokoiłam ciekawość. I tyle. Dwóję wręczam za odwagę, okładkę i heroiczną próbę podjętą przez autora.  W żadnej mierze nie za treść.


2/6  

 Za możliwość zaspokojenia ciekawości i zrecenzowania książki, serdecznie dziękuję Wydawnictwu Novae Res.