środa, 1 lipca 2015

Okularnik – Katarzyna Bonda



Znacznie lepsza niż Pochłaniacz. Jeszcze mocniej osadzona w historii, którą czytelnik śledzić może nie tylko za sprawą sporadycznie podsuwanych przez śledczych tropów, ale przede wszystkim dzięki dwutorowo prowadzonej narracji, w której wydarzenia obecne przeplatają się z przeszłymi, mającymi niebagatelny wpływ na to, co dzieje się współcześnie – tutaj zaginięcie dziewczyny łączy się z  historią pogromu we wsi prawosławnej, a oba wątki niebezpiecznie się splatają, pokazując, że wojna nie zawsze kończy się wówczas, gdy następuje oficjalne zawieszenie broni, a zemsta jest cierpliwa.

Sasza Załuska po ostatecznej decyzji o stałym powrocie do policji postanawia jeszcze na krótko wyjechać do podlaskiej Hajnówki, by uporządkować życie osobiste i rozwiązać sprawy dotąd nieukończone. Bohaterka ma jednak coś z Poirota Christie – wszędzie gdzie się pojawia, dochodzi do sytuacji obciążających. Gdy kobieta uczestnicy w  tradycyjnym białoruskim weselu, nieumyślnie staje się świadkiem uprowadzenia panny młodej, która to – jako kolejna powiązana z  lokalnym przedsiębiorcą zatrudniającym niemalże całą miejscowość – znika bez śladu. W  okolicy raz po raz znajdowane są w tym czasie ludzkie szczątki, a wszystkie sprawy łączy pojawiające się wciąż auto, jakim jest tytułowy mercedes zwany okularnikiem. Załuska bardzo szybko zauważa powiązanie zaginięcia ze sprawami czasów krótko po II wojnie światowej, kiedy to na terenach Podlasia oddział jednego z „żołnierzy wyklętych” dokonał pogromu wsi prawosławnych, która to sprawa wciąż ciąży nad bohaterami. Niestety, zaangażowanie Załuskiej w dochodzenie dla lokalnej policji wydaje się mocno podejrzane – tym bardziej, że kobieta pada ofiarą napastnika, a znaleziona przy niej broń nie jest zarejestrowana. Wydaje się, że profilerka zamiast rozwiązać kwestie osobiste, nawarzyła sobie piwa.

Po raz kolejny w powieści – poza oczywistymi wątkami fabularnymi – na plan pierwszy wysuwa się profesjonalizm autorki – w  komponowaniu całości, precyzyjnym rekonstruowaniu metod pracy śledczej, takim dawkowaniu kolejnych elementów układanki składającej się na portrety psychologiczne bohaterów, by całość nie sprawiała wrażenia przytłaczającej historii.

Książka ta obfita jest w wielość wątków, historii, koligacji, postaci pierwszo-, drugo-, jak i trzecioplanowych, do której trzeba mieć dużo cierpliwości i przede wszystkim, którą należy czytać wtedy, gdy możemy pozwolić sobie na pełną koncentrację. Oprócz oczywistych motywów kryminalnych, zdecydowanie istotniejsza wydaje się tu obudowa społeczno-obyczajowa i głośne mówienie o pewnych przedawnionych i być może już zapomnianych faktach, takich jak polsko-białoruskie antagonizmy. Tym bardziej, że profilerka, tak naprawdę swoim fachem w tym tomie popisać się nie może. Bardziej niż śledczą, staje się ona podejrzaną.


PR Bondy nie zawodzi – autorka niewątpliwie przeżywa swoje pisarskie pięć minut i wyciska z niego tyle, ile się da – z wielką korzyścią dla miłośników jej twórczości. Z  zaciekawieniem oczekiwać będę kolejnych tomów tetralogii, mając jednak nadzieję, że żaden nie przekroczy 1000 stron. Zdaję sobie sprawę z  konieczności skrupulatnego zarysowania niektórych wątków, by nie zostawiać czytelnika samopas z siatką domysłów, wydaje się jednak, że na dłuższą metę ta nadobfitość może okazać się męcząca. W Okularniku jest motywowana koniecznością – i wcale to wartości książki nie przekreśla, a wręcz ją podnosi. Łatwo jednak popaść w  przyzwyczajenie do snucia narracji rozwlekłych zupełnie niepotrzebnie – mam szczerą nadzieję i głęboko wierzę, że Bondzie to jednak nie grozi.

Polecam, nawet jeśli Pochłaniacz troszkę Was rozczarował. Tutaj jest znacznie lepiej. Poprzeczka ustawiona została bardzo wysoko.