niedziela, 4 sierpnia 2019

Bez parabenów - Beatrice Mautino



Wchodząc do jakiegokolwiek sklepu oferującego kosmetyki, trudno dziś nie natknąć się na opakowania, które nie alarmowałyby wiadomościami o tym, czego zawierający się w nich produkt nie zawiera. Żyjemy w czasach, w których ważniejsze od tego co jest, stało się to, czego nie ma. Paradoks? Czym zatem są owe parabeny i barwniki, których pozbawiona zaczyna być większość kosmetyków? Czy to, co mieni się produktem anti-age naprawdę sprawi, że nasza skóra pozostanie wiecznie młoda, a kremy antycellulitowe na zawsze pozbawią nas koszmaru pomarańczowej skórki? 

Beatrice Mautino, absolwentka biotechnologii przemysłowej, doktor nauk neurologicznych i magister komunikacji naukowej, z iście naukowym zacięciem przygląda się temu, co oferują nam sklepowe półki i demaskuje oszustwa marketingowców, zdolnych do wspaniale brzmiącego pustosłowia, byle tylko pozyskać klienta.

Jej książka, choć stosunkowo krótka, może pomóc Ci stać się świadomym konsumentem i nie dać się więcej nabrać na wszystkie eko, organiczne i free produkty, które wykorzystują zmyślną sztukę manipulacji, by stać się atrakcyjnym i pożądanym. 

Publikacja została podzielona na dwie główne części: Informacje, wzniecanie paniki i złudna reklama, w której autorka rozprawia się z tym, jak próbują nas straszyć marketingowcy, dodając do opisów swych produktów wszelkie "wolne od...", "bez...", "nie zawiera...", sugerujące, że dotąd dawaliśmy się truć oraz Nasze zdrowie poświęcone ludzkiej różnorodności i produktów, które się do niej dostosowują, sugerując, że musimy mieć kosmetyki na każdą okoliczność, obrazujące jak koncern kosmetyczny wykorzystuje nasz strach przed cellulitem, zmarszczkami, a także niechcianym owłosieniem i wreszcie zawierające krótkie podsumowanie.

Szalenie ciekawa pozycja. Mimo że początkowo czułam się znudzona i nie mogłam się w nią wgryźć, po kilkudziesięciu stronach pochłonęła mnie ona całkowicie, sprawiając, że odtąd bardzo wnikliwie przyglądam się swoim kosmetykom, sprawdzając jak to dałam się nabrać (niby) lepszemu kremowi z wyższej półki i superdrogiej palecie cieni, mimo że ich producenci są dokładnie ci sami (o czym konsument nie ma możliwości się dowiedzieć, bo cały przemysł by runął), skład identyczny, a jedynie ceny inne, po to, by dotrzeć do każdego konsumenta. Nie ma więc co wierzyć, że tusz za 10 zł będzie gorszy niż ten za 100 zł. Prawdopodobnie mają one identyczny skład - płacimy wyłącznie za wrażenie luksusu. Pytanie jednak czy naprawdę warto?

Przeczytajcie.


0 komentarze:

Publikowanie komentarza