wtorek, 17 lutego 2015

Lepsza Rowling czy Galbraith? Bombyx mori, czyli "Jedwabnik".


Tytuł: Jedwabnik
Autor: Robert Galbraith
Wydawnictwo: Dolnośląskie
ISBN: 9788327152121
Ilość stron: 480
Cena: 39,90 zł



Jedwabnik, to już drugi kryminał J.K. Rowling napisany pod pseudonimem. O ile początkowo poddawałam w  wątpliwość sensowność pseudonimowania się w  XXI wieku, teraz mogę śmiało powiedzieć, że był to przemyślany krok autorki Harry’ego Pottera. Nazwisko twórcy ma wielką moc – i, co przedziwne, zupełnie inaczej czyta się kryminał, nad którym unosi się duch Roberta Galbraitha, niż gdyby w  to samo miejsce okładki wpisać J.K. Rowling. Kilkakrotnie podczas lektury Jedwabnika próbowałam to zrobić i zawsze – chcąc, nie chcąc – przed moimi oczami stawał Daniel Radcliffe i Hermiona Granger. Nieciekawa perspektywa, gdy przed sobą ma się sprawę trupa pozbawionego wnętrzności, którą ma się zajmować weteran wojenny, a nie pojawiający się w  głowie dorastający chłopak z  blizną na czole. Niestety nić łącząca autorkę z tymi nazwiskami jest tak silna, jak trwała może być tylko nić jedwabnika. Dziękuję zatem za pseudonim, który pozwala na chwilowe oderwanie się od utrwalonych w  popkulturze wizerunków.
Ad rem.
Cormoran Strike staje przed kolejną sprawą mogącą albo go pogrążyć, albo znów wynieść na piedestał. Oto do jego biura przychodzi zdenerwowana żona Owena Quina, sądząca, że jej mąż zaginął na parę dni. Jako że nie byłby pierwszy raz, gdy kobieta zgłaszałaby podobną sprawę na policję, tym razem zdecydowała się na pomoc prywatnego detektywa. Zależało jej na czasie, bowiem od czasu jego zniknięcia, coraz trudniej podołać jej obowiązkom związanym z  opóźnioną w  rozwoju córką, Orlando.
Detektyw bardzo szybko odnajduje pisarza, niestety – martwego, zabitego według scenariusza pochodzącego z  jego osławionej, niewydanej dotąd książki – tytułowego Bombyx mori – będącego paszkwilem na wielu znajomych i liczących się w  opinii publicznej pisarzy.
Nie uczynił tego wprost – odwołał się natomiast do szeregu znanych z  kultury postaci i wzorców, nadając książce znaczenia symbolicznego. W  niej to – mówiąc najoględniej – Quine obsmarował wszystkie osoby, mające co nieco za skórą. Wspominał o sprawach, które mogłyby je całkowicie zrujnować, obracając wniwecz dotychczasowe zasługi.
W  świetle tych rewelacji, podejrzanych w  sprawie popełnionej zbrodni rodzi się spora ilość – poczynając od żony zgłaszającej zaginięcie, przed wydawców, współpracowników, aż do kochanek.
Strike, na przekór prośbom i działaniom policji, z  pomocą asystentki Robin, próbuje rozwikłać tę niecodzienną sprawę brutalnego morderstwa, ujawniając przy okazji kolejne skrywane w  zaangażowane w  sprawę osoby sekrety…

Do książki tej trzeba mieć cierpliwość – Galbraith utkał(a) gęstą od wydarzeń i przewijających się przez kolejne stronice postaci całość, przez którą dość mozolnie brnie się do przodu. Na szczęście jednak, ten dość ślamazarny proces nagradza świetna konstrukcja i pomysł na rozwinięcie akcji. W  mojej opinii i czysto subiektywnym odczuciu, Jedwabnik przewyższa jakością Wołanie kukułki. Autor(ka) wierny pozostał rozpoczynaniu kolejnych rozdziałów mottami zapowiadającymi, przyjął podobną strategię pisarską, a jednak – co było dla mnie odczuwalne – poszedł dalej, skupiając się nade wszystko na bogatej w  szczegóły opowieści, nadającej historii wyjątkowy, nieco senny rytm.
Nie jest to opowieść, którą pochłania się w  dwie godzinki – obfitość faktów często każe od niej odpocząć, odłożyć na chwilę. To jednak właśnie ta – nawiasem mówiąc nietypowa dla kryminałów – niespieszność lektury stanowi mocny punkt książki.
Jeśli jeszcze nie znacie Galbraitha – spróbujcie, zakosztujcie. A nuż Wam zasmakuje, podobnie jak mi.