poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Grecy umierają w domu – Hubert Klimko-Dobrzaniecki


Grecy umierają w domu, to sentymentalna podróż do światów, w których człowiek musi zderzyć się z bolesnymi prawdami. Konsekwencją ich poznania jest chroniczne trwanie w udawanych miłościach, półprawdach, ale nade wszystko – próba przepracowania własnych traum, odbijających piętno na duszy człowieka.
To nostalgiczna wędrówka śladem Greków, którzy w Polsce, po latach, próbują zrekonstruować swój dom; historyczne peregrynacje za tym, co utracone, co już niebyłe. Powieść ta budzi tęsknotę, a kontrapunktem dla niej stają się elementy humorystyczne, które są humorem dość gorzkim, bo w bezpośredni sposób obnażający ową nostalgię: jedna z bohaterek z niczego próbowała uczynić substytuty greckich potraw, podczas gdy ktoś inny usilnie poszukiwał w Polce cykady, znajdując ją – w papudze, wydającej dźwięki przypominające melodie domu. Podobnych sytuacji tworzących mikroświat emigrantów, znajdziemy w powieści tej wiele – najbardziej rozczulające są zaś wspomnienia o ojcu, który zmarł, pozostawiając za sobą smugę cierpienia.
Ciężko znaleźć słowa na opisanie wpływu jaki wywiera ta opowieść na czytelnika. Mimo wielu trudnych tematów podejmowanych bądź co bądź z wielką delikatnością, ma ona działanie kojące, uspokajające, dzięki czemu poruszane wątki stają się swojskie, znane.
W powieści tej odczytuję tęsknotę wielu emigrantów, którzy dotkliwie jej doświadczają, przebywając na obczyźnie – nie tylko Greków. Rodzina, której losy śledzimy, jest jedynie symbolem wielu innych, znajdujących się w podobnej sytuacji. Ci konkretni przyjechali do Polski w latach 1944-49, w ucieczce przed represjami dotykającymi ich w związku zakończoną wojną domową. Zadomowili się głównie na Dolnym Śląsku, który pragnęli uczynić nową przestrzenią bezpieczeństwa. Wciąż jednak odczuwali dojmującą tęsknotę za utraconą ojczyzną, której dźwięków szukali raz po raz. Ich życie zdominowane zostało przez pielęgnowanie wspomnień, czających się w meandrach umysłu. Pielęgnowanych i – mam wrażenie – traktowanych z ogromnym pietyzmem, niczym szkatułki z bezcennymi skarbami i jedynymi reliktami przeszłości, której nie sposób przywrócić.
Niewątpliwym plusem powieści są bardzo wyraziste postaci, wciąż dążące do określenia własnej tożsamości, celebrujące nawet drobiazgi. Tym jednak co wyróżnia ją spośród wielu innych jest język: precyzyjny, płynny, podkreślający ową delikatność i takt w mówieniu o tym, co najbardziej kruche.
Klimko-Dobrzaniecki czaruje i zabiera w pełną łagodności i wyrozumiałości wędrówkę, w którą każdy z nas powinien odważyć się wyruszyć.

Zatem: w drogę!