czwartek, 21 lipca 2016

Wróżenie z wnętrzności - Wit Szostak


Z recenzją tej książki zwlekam już od ponad miesiąca – nie sposób ubrać w myśli tego, co towarzyszyło mojemu doświadczeniu lektury, skądinąd BARDZO dobremu. 

Wit Szostak, którego mogliście wcześniej poznać dzięki książkom takim jak Sto dni bez słońca, Oberki do końca świata czy Dumanowski tym razem rozprawia przede wszystkim o samotności i robi to – jak na niego przystało – w pięknie filozoficzny i jednocześnie poetycki sposób, niewolny od metafzyki. Przez piękno to przeziera wiele smutku i melancholii – wszystko to jednak ubrane jest w tak piękne zdania, że przez książkę płynie się, mając wrażenie wielkiego ukojenia, pomimo że tematyka przyjemna i kojąca bynajmniej nie jest. Oniryzm wciąż utrzymuje w nas wrażenie bycia poza narracją, a jednocześnie bardzo głębokiego w niej zanurzenia. W narracji i we wszechobecnym, podskórnym, a także tym widocznym smutkiem.

Wnętrzności nie są czymś nad czym się zastanawiamy. Przypominają o człowieczym brudzie, brzydocie, konotują raczej negatywne skojarzenia. Siatka unerwień, żył, tętnic, kości, rozkładającego się wewnątrz pokarmu, nie są przedmiotami codziennych rozmyślań, zbyt silnie przypominają bowiem o przemijaniu i dalej - rozkładzie. Bohater książki Szostaka, Mateusz, z narządów tak naprawdę żyje. Specjalizuje się bowiem w rzeźbie, której są one przedmiotem. To co jednych zabija, jemu zapewnia byt. 

Jednocześnie jednak, brat mężczyzny, Błażej, jest tym głupszym z braci, tym, który niespodziewanie utracił intelekt, zamknął się w swoim świecie, w swoich wnętrznościach, zamilkł i niczym dziecko snuje swoją opowieść – z typową dla najmłodszych prostotą oraz niespodziewaną przenikliwością. Widząc mniej, widzi więcej. Rezygnuje przy tym z uczestnictwa w świecie zewnętrznym. Ich „wnętrzności” symbolizują pewien dualizm, rozdwojenie, dwa skrajnie różne podejścia do tematu.

Mateusz wraz z żoną Martą żyje w Poświatowie, na terenie dworca, który zdaje się prowadzić donikąd. Ich wędrówka życia znacząco odbiega od tego, jakie przeżywanie codzienności wybrał Błażej. Dokądś jednak zmierzają, coś ich bezpieczna przystań symbolizuje. Mateusz oddaje się sztuce, jego wytwory są jednak wyrazem turpizmu, odzierają człowieczeństwo z piękna, ograniczając się do wykrzywienia pewnych form. Dlaczego?

Rzadko mi się to zdarza, ale… brakuje mi słów. Sięgnijcie, zrozumiecie. Znakomita lektura.