środa, 10 lutego 2016

Ani żadnej rzeczy – S. M. Borowiecky


Gdy na dachu Bazyliki Świętego Piotra ukrzyżowana zostaje kobieta, wydaje się, że historia się dopełniła. Tym bardziej, że słowa, które padają z ust to nic innego jak pozdrowienie hitlerowskie.

Zanim doszło jednak do tak okropnej zbrodni, życiem głównej bohaterki – Zoi, wstrząsnęło znacznie więcej wydarzeń. Kobieta ma 28 lat i na co dzień mieszka w Nowym Jorku, do którego uciekła, by zacząć nowe życie. Sprzedaje tam luksusowe rezydencje i prowadzi spokojną egzystencję, którą zaburza śmierć jej babki. Wezwana zostaje do Polski, by zidentyfikować jej ciało i podpisać konieczne dokumenty. Na miejscu okazuje się, że jest to jedynie wierzchołek góry lodowej, a dochodzenie w  sprawie śmierci jej babci doprowadzi nie tylko do Watykanu, ale także do czasów hitlerowskich Niemiec, których prawdziwa historia wcale nie musi być tą, którą znamy oraz dalej – do początków chrześcijaństwa i powstania tajemniczego Bractwa Chryzmonu.

Powieść ta utrzymana jest w dobrze znanej konwencji – opowieści, które mają znacząco wpłynąć nasze postrzeganie historii czy służyć ukazaniu niechlubnej prawdy o Kościele, to nie żadna nowość. Pomysł ten eksploatowany jest nad wyraz często, znajdując raz po raz grupę zainteresowanych nim odbiorców. Nie sposób ukryć, że bez względu na przekonania, tego typu beletrystykę czyta się nad wyraz sprawnie – ciekawy pomysł, chwytliwy, kontrowersyjny temat, garść umiejętności pisarskich i warsztatu – i książka mogąca znaleźć sporą grupę odbiorczą gotowa.

Nieco inaczej stało się w przypadku tejże, o której zaistnienie na rynku autorka musiała długo i ciężko walczyć. Doceniam determinację i pragnienie udowodnienia wartości swojej pracy, a także uparte dążenie do celu. Doskonale wróży to na przyszłość, tym bardziej, że takiego dobra z krytyki nie wyciąga zbyt wielu twórców – większość obraża się i milknie. S.M. Borowiecky ze swoich słabości uczyniła atut – i chwała jej za to. Nauka płynąca z porażek jest bezcenna, a utarcie nosa przeciwnikom i niedowiarkom budujące – zarówno dla twórcy, jak i późniejszych czytelników.

Jednym z nielicznych, za to wielkim minusem publikacji jest niewątpliwie korekta i redakcja, które poza nagminnym błędnym (nie)odmienianiem imienia Bruno, mniej więcej w połowie książki przysnęły na kilkanaście stron, pozwalając błędom szaleć i wariować po całej linii. Formy takie jak chrześcijanizm – hybryda ‘chrystianizmu’ i ‘chrześcijaństwa’ o, parafrazując wypowiedź, którą na stronie Poradni językowej zamieścił profesor Bańko, znikomym użyciu i niejasnej funkcji[1] czy całkowicie dowolna i swawolna pisownia słowa Kościół w odniesieniu nie do budynku, to jedynie przykłady językowej hulanki. O ile ‘chrześcijanizm’ ostatecznie mogłabym wybaczyć, wszak ścisłym błędem nie jest, o tyle braku odmian – nigdy. Utrudniało mi to znacznie lekturę i wybijało z  rytmu, który narzuciła autorka. Choć i tutaj nie obyło się bez wpadek – są miejsca, w które wkrada się chaos, w których dzieje się za dużo, za szybko, a pewne istotne dla zrozumienia toku myślenia bohaterów kwestie nie są wyjaśnione na początku, lecz dopiero znacznie później. Wszystko to jest jednak do nadrobienia, zwłaszcza, że mimo usterek powieść tę czyta się lekko i z zainteresowaniem.

Uważam, że złe opinie krążące w Internecie są mocno krzywdzące – książka nie zasługuje na tak ostrą krytykę, jakiej jest poddawana, choć faktycznie do bestsellera wiele jej brakuje. Wszystko to jest jednak do nadrobienia, szczególnie, że determinacja autorki jest naprawdę godna podziwu.

Zatem jeśli określenie, choć trochę na wyrost, to właściwie oddające intencję –  polski(a) Dan Brown – Was nie zniechęca, a wręcz przeciwnie – budzi zainteresowanie i frapuje, sięgnijcie po tę pozycję. 
Co prawda nie odmieniła ona mojego spojrzenia na historię i to, jak wpłynęła na dzisiejsze wydarzenia, co sugerował opis znajdujący się na okładce, lecz na pewno uprzyjemniła mi wieczór.