sobota, 9 listopada 2013

Sprzedawca papieru – Mateusz Kaptur


Tytuł: Sprzedawca papieru
Autor: Mateusz Kaptur
Wydawnictwo: Novae Res
ISBN: 978-83-7722-879-1
Ilość stron: 186
Cena: 24 zł


Sprzedawca papieru przyciągnął mnie swoim tytułem i intrygującym opisem – wszystko, co zawiera w sobie słowa „papier”, „książka” stanowi dla mnie wyraźnie perswazyjną funkcję. Nie potrafię oprzeć się tekstom, jak się zdaje, autotematycznym, biorącym pod lupę literaturę, pracę wydawców i tak dalej, i tym podobne.
Tym właśnie skusił mnie Mateusz Kaptur. I tym mnie trochę zwiódł, i trochę rozczarował.

Autor oddaje głos bohaterowi, który po zdanej maturze zastanawia się nad obraniem dalszej drogi życiowej. Staje niejako na rozwidleniu, na którym w dwu przeciwnych kierunkach prowadzą drogi dalszej edukacji i pracy. Tobiasz, zauważając w gazecie frapujące ogłoszenie, postanawia skręcić w uliczkę drugą. Odkąd bowiem pamięta za największą miłość uważa literaturę, a z nią to zdaje się związana praca w Wydawnictwie Paraliterackim, szukającym młodych i bystrych ludzi na stanowisko… sprzedawcy czy – jak odebrałam to ja – akwizytora. Określenie to nie od dziś kojarzy się bardzo negatywnie, stąd też przyszli pracodawcy bohatera nie godzą się na takie nazywanie swojej działalności. Ich spółka ma w założeniu robić coś zgoła innego – sprzedawać marzenia, pomagać ludziom, nieść im pokrzepienie.
Tobiasz, po krótkiej rozmowie kwalifikacyjnej, zostaje oddelegowany z Najlepszym Sprzedawcą w celu całodniowego przyjrzenia się sposobowi ich działania.
On to, puka do drzwi przeróżnych firm i organizacji w poszukiwaniu klienta idealnego – z problemami, takiego, którego bardzo łatwo można będzie zmanipulować. Jonasz ma bowiem jeden niekwestionowany dar – przemawia jak prawdziwy demagog, retorycznie odnosi największe sukcesy, czyniąc ze swojego zawodu prawdziwą sztukę.
Nagabując kolejne osoby, przedstawia im swoją ofertę wydawniczą w sposób niezwykle interesujący. Miałam wrażenie, że budowane przez niego zdania to kpina, satyra na sposób pisania i mówienia o literaturze, satyra na ludzi parających się tworzeniem opinii i obśmianie trywialnych, wyświechtanych sformułowań, co rusz wykorzystywanych przez krytyków i recenzentów. Czyni to Jonasz za pomocą gier językowych, zmienianiu nazw książek, ingerowania w nośne tytuły. Odnosiłam wrażenie, że sprzedając literatur(k)ę, Jonasz tak naprawdę ją obśmiewa.
Przyglądający się metodom działania (nie)akwizytora Tobiasz, jako kandydat na jego miejsce, wielokrotnie z drwiną i zdziwieniem obserwował i w myślach, do których czytelnik ma dostęp, komentował udane transakcje i doskonały sposób przemawiania sprzedawcy do potencjalnego klienta. Dostosowując sposób mówienia do indywidualnej osoby, Jonasz uzyskiwał najlepsze efekty. W książce tej ukazane są strategie marketingowe i metody manipulowania klientem. Słowna propaganda i sloganowe hasła ukazują naiwność ludzką, podatność człowieka na wpływy i słabe przygotowanie psychiczne na odparcie tego rodzaju ataków werbalnych. Część zdań w tej książce, to zestawienia niezrozumiałe, nielogicznie, stylistycznie naganne – za długie, niepozwalające na dostrzeżenie sensu.
Jonasz, przemawiając do swoich klientów odwodzi ich od sedna, tak bardzo nimi manipuluje, że tym zdaje się, iż oferowany przez niego produkt jest im w tej chwili niezbędny do życia. Znamy to, prawda?

Po lekturze tej książeczki mam jednak uczucia mieszane – mimo ważkości podejmowanej problematyki, w mojej głowie kotłuje się pytanie zadawane także przez Tobiasza – czy to pełnowartościowa literatura, czy właśnie – powtarzając za bohaterem – podrób wydawniczy zasłaniający się tematyką i w ten sposób kamuflujący niedoskonałości?
Jeśli chcesz spędzić jeden dzień ze sprzedawcą papieru – bo czegóż więcej? – i poznać metody manipulacji – zapraszam serdecznie do lektury. Dzięki tej książce zobaczysz jak zarabiać na cudzym nieszczęściu, łatwowierności i chęci poprawienia sobie jakości życia.
Czy jednak kupienie tej książki, nie jest właśnie takim krokiem naiwnego czytelnika?