poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Dziewczyna, która pływała z delfinami – Sabina Berman


Do tej pory Sabinę Berman mogliśmy poznać jako nominowaną do Oscara autorkę scenariuszy filmowych i teatralnych. Dziewczyna, która pływała z delfinami to jej literacki debiut, sprzedany do dwudziestu krajów. Jak na początek – naprawdę dobry wynik.
Jak dla mnie jednak, powieść ta okazała się rozczarowująca już od samego początku.

Okładka przywodzi mi na myśl czasopismo kobiece. Tytuł oraz pozostałe napisy na niej umieszczone stały się dla mnie odbiciem nagłówków spotykanych we wszelkiego rodzaju tygodnikach. Gdy jednak się ich pozbyć, zostajemy sam na sam z niezwykłą fotografią, którą w połączeniu z pierwszymi słowami opowieści „…morze… piaszczysta biała plaża…”[1]  odczytałam jako zapowiedź klimatycznej, odstresowującej, sielankowej historii. Kolejna pomyłka. Nikomu nie trzeba chyba mówić, że okładka w sposób jawny nawiązuje do plakatu filmowego Forrest Gumpa. Porównanie to znajdziemy również w zdaniu promującym „Opowieść na miarę bestsellerowego Forresta Gumpa”. Niestety, nie mogę się do tej opinii ustosunkować, gdyż lektura wspomnianej powieści jeszcze przede mną. Sprawiło to, że moje myślenie było wolne od wszelkiego rodzaju niepotrzebnych porównań, szukania podobieństw i różnic. Może to dobrze.

Sabina Berman zabiera nas w podróż w głąb umysłu i życia autystycznej dziewczyny, Karen, która od dzieciństwa przejawiała brak kontaktu z otoczeniem. Nie mówiła, nie czytała. Całą swoją uwagę poświęcała zwierzętom. Jej ciotka, Isabelle, postanowiła „zrobić z niej człowieka”, co przejawiało się w nauce podstawowych czynności, między innymi okazywania uczuć i emocji. Dziewczynie w rozmyślaniach towarzyszyło kartezjańskie „Cogito ergo sum”, które stało się jej podstawą do wytworzenia opinii o gatunku ludzkim.
Karen staje się współwłaścicielką firmy specjalizującej się w sprzedaży wysokiej jakości tuńczyków i to właśnie praca determinuje jej dalsze życie.

Autorka w swojej powieści demaskuje mechanizmy rządzące światem wielkich korporacji, ale co ważniejsze za sprawą swojej bohaterki, uczy wsłuchiwania się w siebie i podążania za głosem serca. Nawołuje do robienia tego, co wychodzi nam najlepiej i co sprawia nam największą radość, jednocześnie będąc w zgodzie ze swoimi przekonaniami. Uczy walki o swoje zdanie i poglądy, nie pozwala się poddawać i uginać pod naciskiem innych osób. Nade wszystko jednak pomaga zrozumieć i zaakceptować ludzi, którzy pod wieloma względami różnią się od nas.

W powieści tej znajdziemy również wiele ciekawostek, między innymi etymologię słowa „okej”[2]. Jednocześnie natkniemy się na kilka błędów rzeczowych, które ciężko uznać za zabieg specjalny, jednak do końca nie wiadomo czy nie miał nim być, gdyż jest nagminny również i w życiu codziennym [kwestia owocu z Edenu, często mylnie nazywanego jabłkiem, o czym Pismo Św. nie wspomina].[3] Są to jednak drobnostki nie ważące na ocenie końcowej.
Być może będzie ona taka, a nie inna, gdyż historia do mnie nie przemówiła. Jak dla mnie za dużo w niej opowieści o tuńczykach, które kompletnie do mnie nie docierały, a za mało opisów przeżyć Karen. Nie do końca mogłam wejść w jej sposób myślenia, nie poczułam, że mogę przeniknąć psychikę ludzi autystycznych nawet w najmniejszym stopniu. Co najgorsze – nie odczytałam innej nauki płynącej z tej powieści niż wymienione w poprzednim akapicie punkty.
Nie zniechęcam do czytania, bo to rzeczywiście lektura wolna od stresu. Czegoś jednak w niej zabrakło. Być może mojej dojrzałości. Sprawdźcie i oceńcie sami.

3,5/6

Za egzemplarz recenzyjny bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

[1] Sabina Berman, Dziewczyna, która pływała z delfinami, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011, s.5.
[2] Tamże, s. 106.
[3] Tamże, s. 116.