Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Świat Książki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 maja 2017

Zapisane w wodzie - Paula Hawkins


Zapisane w wodzie, druga po Dziewczynie z pociągu powieść Pauli Hawkins mająca szansę zawładnąć listami bestsellerów, właśnie pojawiła się w księgarniach.

Oparta na podobnym zamyśle – schemacie niedopowiedzeń, niejasności, pomieszania z poplątaniem i pozornego chaosu, jest odpowiedzią na to, za co pokochali ją czytelnicy na całym świecie.

Rzecz dzieje się w okolicy Topieliska – miejsca, które przyciąga kobiety swoją historią i sprawia, że co rusz w nim giną - prawdopodobnie śmiercią samobójczą. Dla jednych to miejsce świadomego żegnania się ofiar z życiem, dla innych przestrzeń, w której łatwo pozbyć się niewygodnych mieszkanek miasta i to właściwie bez jakichkolwiek śladów, które można by zbadać. Prawda bowiem zapisana jest jedynie w wodzie.

Fascynację miejscem przeżywa między innymi Nel Abbott, od lat w trudnych stosunkach z siostrą, która kilka dni przed rozpoczęciem właściwej akcji, dzwoni do niej z prośbą o pomoc. Jules jednak, z  podobną zatwardziałością jak przez wszystkie minione lata, ignoruje telefon.

Gdy odnalezione zostaje ciało Nel, śledztwo prowadzi Sean, mężczyzna, jako dziecko będący świadkiem śmierci matki, dokładnie w tym samym, przeklętym już miejscu oraz Erin – kobieta z mało chwalebną przeszłością, która przeniesiona próbuje się zrehabilitować i jako jedyna nie jest obciążona historią miejsca będącego sceną dla kolejnej tragedii. Wydaje się, że wszyscy mieszkańcy miasteczka są uwikłani w jakąś straszną sprawę z przeszłości, każdy coś wie, podejrzewa, ale nikt nic nie mówi, oddając przebieg historii losowi i zgadzając się na wszystko, co ten dowiedzie. Mówi się, że Nel skoczyła, rzecz jednak wcale nie jest przesądzona.

Jules po latach musi wrócić do miejsca, którego nienawidzi, by zaopiekować się swoją siostrzenicą i zmierzyć z demonami przeszłości. Ich wzajemne stosunki są bardzo trudne, a sprawy nie ułatwia silne przekonanie bohaterki o tym, że jej siostra nie mogła skoczyć. Nie tylko ona próbuje przekonać policję o niesłuszności ich domysłów, lecz poszlaki są na tyle nikłe, że sprawa zdaje się nie do rozwiązania. Osoba zaś, która wie, gdzie wszystko się zaczęło, i gdzie należy zacząć drążenie przeszłości, jest przez organy ścigania ignorowana, jako będąca niespełna rozumu i uwikłana w dawne oszustwo finansowe.

Hawkins udało się stworzyć sprawny thriller, który wciąga i przykuwa uwagę, brakuje w nim jednak mocnego dramatyzmu, który sprawiałby, że lektury nie dałoby się i nie chciałoby się porzucać. Trudno zarzucić autorce niedbalstwo, bowiem opowiedziana przez nią historia ma wszelkie znamiona dopracowanej opowieści, doskwierał mi jednak ów brak silnego napięcia, mimo że całość opowiedziana została zmyślnie, a finał zaskoczył i rozegrał się dużo dalej, niż można by początkowo przypuszczać.

Sprawnie napisana historia, w sam raz do poczytania w leniwe popołudnie, która zadowolić powinna tak tych, którzy już prozę i styl Hawkins znają, jak tych, którzy dopiero próbują zgłębić jej fenomen.

Niczym nie zaskakuje, jednak z dużym prawdopodobieństwem stanie się kolejnym bestsellerem. Czy na miarę Dziewczyny z pociągu? Czas pokaże. Tymczasem zachęcam do lektury i weryfikacji jej wartości.



wtorek, 9 maja 2017

Czy wojna jest dla kobiet? [Słowik - Kristin Hannah]




Słowik od wielu miesięcy figuruje jako bestseller – mimo że od premiery minęło sporo czasu mierzonego prawami rynkowymi, książka cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem.

Zasadne wydaje się w jej przypadku postawienie pytania o to, co sprawia, że tekst poświęcony II wojnie światowej, tematyce wszak wielokrotnie opracowanej i przepracowanej, zrzesza sobie tak wielkie grono czytelników. Czy jest to pokazanie jej oczami kobiet – jednostek słabszych, delikatniejszych, odsuwanych podczas walk (z niewielkimi wyjątkami) na dalszy plan? Czy jest to może świeże spojrzenie na to, co wojna czyni z człowiekiem i jego psychiką? Czy wreszcie jest to próba zarysowania najeźdźców jako takich samych ludzi jak mieszkańcy okupowanych krajów – słabych, lękających się o własne życie, stąd wykonujących rozkazy wyższych rangą?

(...)

Słowik – Isabelle Rossignol – to młoda, niezwykle atrakcyjna kobieta, która w obliczu wojny nie mogła i nie chciała pozostać bierna. Mimo oporów ze strony rodziny i ustawicznych prób przekonania jej, że obowiązkiem kobiety jest cierpliwie czekać, i że jej chęć niesienia pomocy nikomu nie pomoże, a może wręcz zaszkodzić, postanowiła włączyć się do ruchu oporu. W tajemnicy przed wszystkimi najpierw roznosiła propagandowe ulotki, później zaś podjęła się działań o wiele bardziej niebezpiecznych – przerzucania rannych lotników przez Pireneje. Dzięki jej kanałowi przerzutowemu, udało się ocalić stu siedemnastu pilotów.

(...)

W tym samym czasie siostra Isabelle, Vianne, z którą łączyły ją trudne relacje, zmuszona była osiedlić w swoim domu dwu oficerów niemieckich – pierwszy, wbrew opiniom innych, pomagał jej, jak tylko mógł. Ten jednak, który osiadł w jej domu po śmierci poprzednika, był przedstawicielem wszystkiego tego, co w najeźdźcy najgorsze – brutalności, bezwzględności, obsesyjnej kontroli. To za jego plecami kobieta ratuje życie żydowskim dzieciom, dla których podrabia dokumenty. Niebezpieczeństwo na jakie naraża siebie i swoją rodzinę nie jest jednak jej jedyną ofiarą – mieszkając u boku wroga, narażona jest ona na znacznie gorsze formy zapłaty za życie swoich najbliższych.

(...)

Autorka przedstawia codzienne życie w okupowanej Francji – pokazuje dylematy przed jakimi stały kobiety oraz tragiczne wydarzenia, które stały się ich udziałem – gwałty, poniżanie, głód, konieczność donoszenia na znajomych, by chronić własne życie i wiele innych traumatycznych doświadczeń. Nie jest jednak powieść Hannah pesymistyczna – pomiędzy dramatem wojny tli się bowiem miłość – rodzicielska, ojcowska, siostrzana, damsko-męska – i to ona napędza do działania, ona daje nadzieję i zmusza, by żyć.

(...)

Polecam – jako rewizję czasów wojny i poznanie wizerunku silnych kobiet biorących w niej udział; jako świadectwo pamięci i jako odświeżanie tego, co odległe, by uchronić przyszłość od podobnych błędów.

Szczególnie przypadnie do gustu kobietom – wszak to ich determinację podkreśla.


Czytaj całość:


czwartek, 26 maja 2016

Samotna gwiazda - Paullina Simons




Paullina Simons znów mnie zachwyciła i rozkochała w swojej prozie. Po nie aż tak doskonale odebranej przeze mnie Tully (ale wciąż poruszającej!), Samotna gwiazda objawiła się przede mną jako kolejny wzrost i jednocześnie dowód twórczej formy Autorki, którą mam przyjemność mienić jedną z ulubionych.

Oto grupa nastolatków, która właśnie skończyła szkołę i wybiera się do college’u, postanawia wyruszyć w podróż do Barcelony. Niestety, rodzice głównej bohaterki – Chloe – nie są przychylni temu pomysłowi. Sytuację ratuje (choć pozornie nic tego nie zapowiada) babcia dziewczyny, godząc się dofinansować wyprawę, pod warunkiem, że zostanie ona wydłużona, a grupa przyjaciół odwiedzi po drodze Treblinkę, by złożyć tam kwiaty. Tym samym wymarzone wakacje w Hiszpanii zamieniają się w  eurotrip, a sama książka w powieść-drogę.

Młodzi ludzie podróżując pociągiem, mają okazję obserwować zupełnie nieznany sobie dotąd świat – z wielkiej Ameryki trafiają do byłych krajów komunistycznych, tak bardzo odległych – zarówno kulturowo, jak i społecznie oraz historycznie. Ich wędrówka oprócz oczywistych walorów turystycznych i edukacyjnych, staje się podróżą przemian – to, co ma być miłym wyjazdem w gronie najbliższych, za sprawą nowo poznanego Johnny’ebo Rainbowa zamienia się w  grę o najwyższą stawkę – o prawdę i szczerość: wobec siebie samego i wobec innych. Młody mężczyzna o ujmującym uśmiechu i hipnotyzującym głosie sprawia, że więzi (wydawałoby się: silne) łączące czwórkę przyjaciół staną pod wielkim znakiem zapytania, a przyszłość ich relacji okaże się zagrożona. Lato poprzedzające studia będzie dla młodych okazją do rewizji przekonań, poglądów i wizji przyszłości jaką dotąd przed sobą roztaczali.

Simons po raz kolejny udało się stworzyć powieść, która porywa. Utkana przez nią historia skrzy się od wielości wątków, migocze od wyrazistych charakterów, ujmuje pięknem języka i opisów, a przede wszystkim: wciąga bez reszty. Przy tym wszystkim nie skupia się jedynie na wątkach obyczajowych, lecz idzie daleko dalej: ku pamięci, tożsamości, poznaniu. Można ją czytać po wielokroć i jak sądzę, co rusz natrafimy na kolejne interesujące momenty i przybliżenia. Autorka ma niebywały dar do snucia opowieści pochłaniających czytelnika, a przy tym będących okazją do refleksji na wielość tematów: zarówno społecznych, jak i historycznych oraz osobistych, związanych z przeżywaniem własnego życia.

Kapitalna, nieobojętna na dzieje Polski, które autorka miała okazję poznać między innymi podczas swojej wizyty w naszymkraju przed trzema laty.  Mimo umiejscowienia akcji we współczesności, także i II wojna światowa gra w niej ważną rolę – zdaje się, że temat ów jest dla pisarki szczególnie istotny, czego największy wyraz dała w trylogii Jeźdźca miedzianego i do czego teraz mimochodem powraca. Ulokowanie części wydarzeń w Warszawie, Krakowie i Treblince sprawiło, że książka ta nabrała dla mnie bardziej niż kiedykolwiek dotąd osobistego wydźwięku. Nie jest jedynie opowieścią o dorastających nastolatkach, szukających swojej drogi, ale także hołdem złożonym historii i wyrazicielką wielkiego szacunku do osób i miejsc nią naznaczonych. Znajdziemy w niej wszystko: poszukiwanie sensu, miłość, przyjaźń, uważne przyglądanie się rzeczywistości, zachwyt nad światem, a także opowieść o dojrzewaniu i prawdzie.

Książka, która nie zapowiadała się wcale na tak emocjonującą, bo akcja wcale nie pędziła (u Simons niezwykle istotne jest delektowanie się językiem, co prowokuje lekturę niespieszną – i dzięki temu wydłużenie przyjemności z niej płynącej) sprawiła, że po przewróceniu ostatniej strony nie mogę znaleźć sobie miejsca.


Stało się – mam książkowego kaca. 





sobota, 12 marca 2016

Wyjątkowy rok – Thomas Montasser



Książki autotematyczne: o samych sobie, bibliotekach, księgarniach, procesie twórczym są niesamowitym wabikiem. Nie było chyba jeszcze takiej, na którą nie dałabym się skusić, nawet jeśli warstwa kolorystyczna (a ta ma duży wpływ na mój komfort czytania) nie do końca by mi odpowiadała. Podobnie było w przypadku niewielkiej publikacji Thomasa Montassera, dziennikarza i pracownika uniwersyteckiego.

Książeczka ta jest dla mnie paradoksalna – kiepska i w miarę dobra jednocześnie, oczywiście pod różnymi względami.

Jeśli chodzi o pomysł na fabułę, jest to oczywiście odgrzewany kotlet. Oto Valerie przejmuje opiekę nad księgarnią swojej zaginionej ciotki i mimo że dotąd nie była z powieściami za pan brat, odkrywa ich wielki urok, dostrzegając tym samym jak niepewnym był jej związek z mężczyzną. Zamiast sklepik zlikwidować, jak było to pierwotnie jej zamierzeniem, spędza w nim coraz więcej czasu. Pewnego dnia znajduje dość dziwną książkę – niedokończoną, wybrakowaną. Ma wrażenie, że jest to śmieć, gdy tymczasem do księgarni wpada klient, dla którego ma ona wyraźnie wielkie znaczenie.

Topos tajemniczej księgi zmieniającej życie jest wszystkim doskonale znany. Zapowiada przyjemną, nieraz wciągającą lekturę, obfitującą w wielość wątków i tajemnic.

Nie tym razem. Odnoszę wrażenie, że Wyjątkowy rok to jedynie szkic powieści, która dopiero miała powstać. Mnoży się w niej od urwanych wątków, kwestia tajemniczej powieści, będącej skądinąd punktem wyjścia do większej historii, jest przemilczana niemalże przez cały tekst, jej motyw pojawia się sporadycznie, wprawiając czytelnika w konfuzję. Właściwie nie ma tutaj akcji, a to co wydawało się problemem wiodącym, zostało potraktowane po macoszemu.

Dobre jest jedynie (wciąż jednak jedynie dobre, nie świetne) odtworzenie klimatu starej księgarni – zapach papieru, starannie dobrany asortyment, specyficzna, choć nieliczna klientela. Pojawiają się cytaty do zapisania, każdorazowo dotyczące istoty literatury, przyjemności płynącej z czytania – za te można być autorowi wdzięcznym, choć nie są one odkrywcze, stanowią raczej znane komunały, ubrane w nieco inny zestaw słów.

Z przykrością muszę przyznać, że po raz kolejny dałam się nabrać chwytającemu mnie za serce wątkowi, który nie został dobrze wykorzystany. A właściwie – nie został spożytkowany. Bo wykorzystany został zmyślnie – pewnie niejedna osoba nadzieje się na książkę tak jak ja, licząc na emocje, otrzymując rozczarowanie. Gwarantując autorowi, mimo wszystko, fałszywą i zupełnie niezasłużoną poczytność.


Rzadko to mówię, ale… nie polecam. Nie odnajduję żadnego grona czytelników, dla którego książka ta mogłaby być atrakcyjna – fani tajemnic się zawiodą, miłośnicy prozy autotematycznej będą rozczarowani, zwolennicy długich ksiąg będą musieli obejść się smakiem. 

czwartek, 4 lutego 2016

Najlepsza książka na świecie - Peter Stjernström



Najlepsza książka na świecie to mocno autoironiczna opowieść, uderzająca w świat pisarzy i wydawnictw.
Jej główny bohater, Tytus Jensen, to uzależniony od alkoholu pisarz – niegdyś osiągał szczyty popularności, dziś już jedynie bawi gości klubu swoimi zabawnymi – i zawsze pijackimi – interpretacjami głosowymi podawanych mu tekstów.

Podczas jednej z alkoholowych wieczorów po występie, wraz z kolegą po piórze, Eddiem X, wpada na pomysł stworzenia Najlepszej książki na świecie, łączącej w sobie wszystkie gatunki i mogącej zdobyć status bestsellera w kilku kategoriach jednocześnie: miałby to być kryminał, książka kucharska, poradnik odchudzania, podręcznik zarządzania, poradnik dla majsterkowiczów, instrukcja pierwszej pomocy, opowieść o miłości, porady dla goniących za szczęściem – słowem, wszystko (i nic, chciałoby się dodać).

Myśl o książce staje się jego idée fix. Bohater nie skupia się już na niczym innym, jak tylko na swoim przyszłym dziele. Pomysłem zaraża swojego wydawcę, który nie tylko godzi się na zainwestowanie w  przyszły bestseller, to jeszcze buduje wokół niego cały system zabezpieczający, pozwalający pisarzowi wyjść z nałogu i wrócić na właściwe tory, koncentrując się miast na spożyciu alkoholu – na tkaniu opowieści.

Na drodze do sukcesu Tytusa staje nie kto inny, jak Eddie X, na którym pomysł również wywarł ogromne wrażenie.

Rozpoczyna się wyścig twórców, z których jeden właśnie jest na szczycie i z łatwością zyskuje poparcie fanów, a drugi stara się odzyskać utraconą niegdyś popularność i szacunek. Kto pierwszy ukończy swoje dzieło?

Peter Stjernström jako udziałowiec w jednej z najważniejszych szwedzkich agencji literackich wie, co w trawie piszczy. Jego bohaterowie zdają się stanowić odpowiedź na to, co obecnie dzieje się na rynku wydawniczym – poszukiwanie pomysłu na pewny bestseller, wyścig szczurów wśród autorów, niemożność przewidzenia tego, co się sprzeda, a co nie, co spodoba się czytelnikom, a co zostanie przez nich odrzucone, jaka kreacja twórcy jest pożądana, a jaka paseé.

Czyta się ją z wielką przyjemnością, obserwując ten pełen autoironii i wychylania się twórcy przed szereg wyścig. Dobra lektura, słodko-gorzka, z przemyślaną intrygą i świetną grą tytułem.

Okładka idealnie oddaje synkretyzm tego, co ma powstać spod pióra Tytusa, a sam tytuł jest kapitalnym chwytem marketingowym - nie dość, że oddaje istotę, to jeszcze słusznie przyciąga uwagę.
Co niektórzy mogą sądzić, że jest mocno przesadzony i zuchwały i z tych względów po książkę nie sięgnąć, myślę jednak, że zwycięży ciekawość...:)
Jeden z wielu przykładów cudownej ironii


poniedziałek, 9 listopada 2015

Sześć dni w Leningradzie



Sześć dni w Leningradzie to fabularyzowany dziennik podróży Paulliny Simons z jej wyjazdu do rodzinnego Leningradu, będącego pretekstem do zebrania materiałów do jej najpopularniejszej książki – Jeźdźca miedzianego.

Autorka urodziła się w dzisiejszym Petersburgu, lecz jako jedenastoletnia dziewczynka, dzięki staraniom taty, wraz z rodziną wyjechała Ze Związku Radzieckiego do Ameryki. Okazało się to dla niej prawdziwym wybawieniem i szansą na życie w dobrobycie.

Leningrad widziany jej oczami po 25 latach od wyjazdu jawi się jako przestrzeń brudna, smutna, biedna. Wszystko to, co pamiętała ze swojego dzieciństwa pozostało niezmienne – brak toalet, zniszczone budynki, obdrapane mury, piszcząca bieda. Simons zastanawia się, jak można cieszyć się wszystkim tym, co ma, gdy w miejscu, do którego przyjechała zginęły kiedyś tysiące niewinnych, o których wszyscy zapomnieli; jak mogła spać w miejscu, w którym wszystko rozpada się niemalże na jej oczach; jak mogła nie zauważyć, że jej łóżko stało w kuchni; opisuje brutalną śmierć Romanowów, prowadzi nasz szlakiem historii (i teraźniejszości!) zapomnianej i nieomówionej, przemilczanej, uświadamiając sobie, że Leningrad stanowi część jej duszy i tożsamości, że nigdy go  nie utraci.

Mimo że nie jest to klasyczny reportaż, robi przejmujące wrażenie. Gdzieś podskórnie czuje się, że gdyby nie wyjazd przed laty, świat nie poznałby talentu autorki, bo ten nie miałby możliwości się rozwinąć, zostałby stłumiony i zdeptany.

Dzięki tej książce wraz z Simons odkrywamy zakamarki jej dzieciństwa, nawet te, które pamięć już wybieliła lub wyparła, przemierzamy trasy stanowiące tło Jeźdźca miedzianego i widzimy przestrzenie dotąd przez nas nieeksplorowane.


W mojej opinii to dobre dopełnienie twórczości autorki,  umożliwiające nowe, świeże spojrzenie zarówno na trylogię, jak i na jej pozostałą twórczość. Warto mieć w biblioteczce.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Czy to koniec świata jaki znamy? (Piętnaście pierwszych żywotów Harry'ego Augusta)

Harry po śmierci będącej wynikiem wyniszczenia organizmu szpiczakiem mnogim… wcale nie umiera.

Odradza się do nowego życia i, nie wiedząc co się z  nim dzieje, w  wieku siedmiu lat popełnia samobójstwo, w  którego konsekwencji… nadal żyje, znów od początku, z wolna odzyskując wspomnienia. Po wielu latach Harry dowiaduje się, że jest ouborianinem, obdarzonym (przeklętym?) możnością przeżywania tysięcy żyć, raz po raz, dzięki czemu mógł posiąść wiedzę niemożliwą do pozyskania przez żadnego człowieka linearnego. Niestety, nie wszyscy tacy jak on wstępowali do Bractwa Kronosa – część z  nich, tak jak Vincent, pragnęło wykorzystać swoje zdolności do zupełnie innych celów, pragnęli stać się wszechwiedzącymi, potężniejszymi od Boga.

Cała powieść to wyścig dwu mężczyzn – profesora i jego byłego studenta, którzy przez wieki próbują pokrzyżować sobie szyki – Harry nie chce dopuścić, by Vincent przez swoje pragnienie boskości unicestwił świat, czyniąc to sukcesywnie od lat za pomocą listów wysyłanych do naukowców, zawierających treści wyprzedzające ówczesną epokę nawet o kilkadziesiąt lat, siejąc ferment i prowokując ludzi do udziału w  zagładzie.

Piętnaście pierwszych żywotów Harry’ego Augusta to świeża i mająca delikatne znamiona nowatorskości reinterpretacja opowieści o podróżach w czasie, zachowująca  typowy podział ról i rysów charakterologicznych. Są Ci dobrzy – panujący nad porządkiem świata, pilnujący, by wszystko przebiegało tak jak należy, jest jednak także szwarccharakter – ignorujący dążenia do pokoju, mający – w  swoim mniemaniu – wizjonerski cel, zdolny przyspieszyć rozwój ludzkości o lata świetlne. Harry podejmuje próbę ocalenia niezmiennej przyszłości, stara się wpłynąć na swojego byłego studenta – wcale nie pokojowo – by nie dopuścić do zbliżającej się katastrofy: końca świata jaki znamy.

Skrząca się okładka, imitująca kosmos, ale też rozpad cząsteczek (czy też ich ponowne scalanie się w większą całość) to pierwsza rzecz, która zwraca uwagę w tej książce – jedna z  piękniejszych ostatnimi czasy, a przy okazji doskonale, choć symbolicznie, oddająca treść.

Powieść czyta się płynnie, choć nie brak w niej terminologii z zakresu fizyki, która mogłaby zniechęcać. Ciekawa jest forma – początkowo czytelnik ma wrażenie, że Harry kieruje swą opowieść do niego – autorka zadbała o bezpośredniość zwrotów, wychylanie się autora z utworu, sprawiające, że całość imituje snucie opowieści czy też długi list do nas, odbiorców. Epistoła to faktycznie może być, jednak wcale nie kierowana do nas, lecz do Vincenta. Harry opowiada przebieg wypadków swojemu antagoniście, by ten mógł prześledzić całość boju toczącego się przez setki lat. Snuje historię swojego uwięzienia w ciele i czasie, które – choć początkowo przytłaczające – szybko pozwala mu na delektowanie się przeżywanymi chwilami: mógł zmieniać studia, preferencje, przeżywać nowe miłości, nie bać się podejmować wyborów, mając świadomość, że w  kolejnym życiu może zrobić to, co wielu z  nas chciałoby móc uczynić – zmienić je, zamiast w  lewo pójść w  prawo.

Śmierć nie jest tutaj synonimem klęski – po wielokroć to ona ratowała Harry’ego z opresji, pozwalała uciec przed dręczycielami i szpiegami, zezwalała na ponowne wciśnięcie przycisku „start” i rozpoczęcie kolejnej egzystencji.

Claire North wykorzystała  cały sztafaż klasycznej powieści z kręgu popkultury: są pościgi, śledztwo, miłości, wielorakie zdrady, kategoryczny podział na bohaterów czarnych i białych, wizja końca świata, walka dobra ze złem – wszystko to znamy, rozbrzmiewa w naszych uszach jak znana melodia, a mimo to autorce – przedrzeźniającej nas pozornym chaosem narracji – udało się skonstruować powieść, która wydaje się nowatorska.  To dowód na to, że literatura popularna nie musi być nudna i wtórna, a rozumne korzystanie ze sprawdzonych formuł może dać zaskakująco dobry efekt finalny.




poniedziałek, 13 lipca 2015

Tully - Paullina Simons

Tully to opowieść o dojrzewaniu, przemianie pokaleczonej przez życie nastolatki w kobietę próbującą budować zdrowy dom i relacje oraz wreszcie przejąć kontrolę nad tym, co ją spotyka. Jest ona bohaterką dynamiczną, zmienia się, a mimo to wciąż nie udaje jej się przepracować skrytych głęboko w sercu traum i zranień, które stale ją paraliżują.

Początkowo – o dziwo – trudno się w lekturę wgryźć. Urywki z życia Tully zdają się niejasne, niepewnego znaczenia. Dopiero z biegiem czasu, po śmierci jej przyjaciółki, wszystkie puzzle zaczynają do siebie pasować, czyniąc obraz – głównie psychologiczny – pełnym. Simons tym razem bardziej niż na wątku obyczajowym i romansowym, który notabene rozwinięty jest mocno, skupiła się na portretowaniu głównej postaci i jej wyborów znaczonych poranioną psychiką. Toksycznych działań, zabawy uczuciami swoimi oraz innych, wynikających najpierw z przemocy, której zaznała w domu rodzinnym (psychicznej i fizycznej), opuszczenia przez ojca, który zamiast ją wybrał jej brata, molestowania seksualnego, później zaś z samobójstwa popełnionego przez przyjaciółkę, które Tully długo odbierała jak zdradę, z którym nie mogła sobie poradzić – wiele lat, wówczas gdy inni radzili sobie z  utratą, ona trwała w szoku, próbując znaleźć się na granicy śmierci, czego śladem są znaczone głębokimi bliznami nadgarstki. 

Jestem rozczarowana gorzkim, jak sądzę, zakończeniem. Kibicowałam bohaterce, mimo że swoim cierpieniem początkowo epatowała i usprawiedliwiała nim wszystko – także rozbuchaną seksualnie młodość, pragnęłam jej przemiany i długo wyczekiwanego spełnienia. A tutaj? Pozornie dobry finał, ale czytelnik mający przed oczami i w  pamięci całą historię Tully doskonale zdaje sobie sprawę, że jej ostateczna decyzja wcale nie jest trafiona, że bohaterka nie jest w stanie takiej podjąć, bowiem całkowicie spętana została przez  nieustanną niemożność bycia szczęśliwą: tak jakby całe życie musiała pokutować, by innym było dobrze, doskonale wiedząc przy tym, że taki model się nie sprawdza, bo swoje samopoczucie będzie przenosiła na bliskich, czyniąc ich życie – paradoksalnie – nieznośnym. 

Po lekturze czuję się rozdarta – najwidoczniej się starzeję, oczekując wciąż pozytywnych finałów: w  życiu chyba za dużo tych niedobrych, by mieć jeszcze siłę przeżywać literackie.  Mimo tego bolesnego zakończenia, książkę zapamiętam jako bardzo dobrą opowieść o kobiecie usiłującej zmagać się z życiem, które nie rozpieszcza. O sile miłości, namiętności, przyjaźni, ale też szeroko rozumianej zdradzie, niezdolności do działania i pragnieniu oszczędzenia cierpień bliskim.

Simons tworzyła kolejną wielowątkową, rewelacyjnie napisaną powieść, która choć trudna – sprawia wielką czytelniczą satysfakcję. Podczas lektury kibicuje się bohaterce, pragnie się jej szczęścia. Autorka ułatwia syntonię – wręcz namacalnie czuje się przed jak dramatycznym wyborem staje Tully, jak bardzo chciałaby mieć wszystko to, co dotąd, nie raniąc przy tym bliskich, jak rozpaczliwie pragnie szczęścia i jak trudno jest jej je osiągnąć. Współodczuwamy także z Jackiem i Robinem – dwoma mężczyznami życia Tully, którzy swoją miłością próbują ją uleczyć.

piątek, 13 lutego 2015

My – David Nicholls


Tytuł: My
Autor: David Nicholls
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 9788379438549
Ilość stron: 480
Cena: 36,90 zł




David Nicholls zyskał globalną sławę za sprawą książki Jeden dzień, która po ogromnym sukcesie wydawniczym została sfilmowana, by znowuż docierać do coraz szerszego kręgu odbiorców. I to samonapędzające się koło popularności trwa.
Na polski rynek wydawniczy trafiła właśnie najnowsza propozycja autora – My. Książka z  obłędną okładką, od której wciąż nie mogę oderwać wzroku, okładką będącą cichym wyznaniem miłosnym do treści czy też samej formuły bycia z  kimś, bycia razem. Niesamowite jak dobrze zaprojektowana grafika może otwierać nowe pola interpretacyjne – świetnie zagrana sprawa z  ukrytym przesłaniem.
Jestem pod wrażeniem.
Okładka jednak jest jedynie kluczem, pewną zapowiedzią tego co czeka nas dalej – a tam rzeczywiście jest o co powalczyć.
Oto pewnego wieczoru, tuż przez ostatnim planowanym wyjazdem z rodziców synem Albiem po Europie, będącym swoistym chrztem kulturalnym mającym przygotować chłopaka do dalszego życia studenckiego; Douglas słyszy od swojej żony, że ta chyba chce się z  nim rozstać.
W  ten eufemistyczny i dość pokrętny sposób kobieta sieje w  mężczyźnie ziarno niepewności – żadne z  nich do końca nie wie czy rozstanie jest już przesądzone, ale to Connie jest w  tej sytuacji depozytariuszką wszelkich odpowiedzi. Mężczyzna postawiony pod ścianą próbuje wykorzystać ostatni dany im wyjazd na odbudowanie podupadających relacji z  żoną. Z  synem dawno już je utracił albo właściwie nigdy ich nie miał – Douglas i Albie tworzą stereotypowy przykład fatalnych układów ojcowsko-synowskich mających źródło we wczesnym dzieciństwie. Twarda ręka mężczyzny była zbyt twarda, by dać miejsce naturalnej miłości rodzicielskiej.
Wyjazd po największych miastach Europy ma być zatem nie tylko zalewem kulturalnym i podróżą inicjacyjną dla syna, ale też odnowicielskim wojażem dla wszystkich. Nie wszystko jednak pójdzie po myśli głównego bohatera, co z  kolei sprawi, że do samego końca nie będzie wiadomo, w  którym miejscu zakończy się ta eskapada, mająca pierwszy przystanek w  Paryżu, gdzie to Albie poznaje nietuzinkową młodą akordeonistkę, znacząco wpływającą na dalsze losy całej rodziny.
Mówi się, że dopiero podczas wyjazdów, z  dala od domu, poznaje się prawdziwe oblicze bliskich nam osób. W  przypadku tej rodziny ma to znaczenie fundamentalne.
Piękna to historia o wysiłku odnalezienia dawno zagubionej nici porozumienia, o heroicznej próbie odbudowania relacji ojcowsko-synowskiej, ale też małżeńskiej. Historia, w  której na bok muszą zostać odłożone ambicje i własne pragnienia, a głównym celem ma stać się uszczęśliwienie najbliższych w  ich własny sposób – nie w  nasz.
Tytułowi my mogą mieć wiele odczytań – czy to „my” jako ludzie, o których kondycji opowiada ta historia, „my” jako rodzina, najmniejsza komórka społeczeństwa, „my” jako małżeństwo, czy też „my” jako indywidualności, które należy kochać bez względu na wszystko i okazywać tą miłość bez względu na wszystkich (a już najbardziej siebie samych). Każde odczytanie będzie dobre, a uwierzcie mi – można by je wciąż mnożyć.
Polecam tę opowieść wszystkim – jest jak życie: trochę słodka, trochę gorzka, miejscami kwaskowata, nagle zmieniająca bieg wydarzeń, wymagająca natychmiastowego reagowania, często impulsywnego. Nigdy nie wiadomo na co się trafi, do finału nie ma się pojęcia jak rozwinie się całość, mimo że wszystko od początku było skrupulatnie zaplanowane przez głównego bohatera.
Dokładnie jak w  życiu, prawda?
Można rzec, że to opowieść o tym jak plany wzięły w  łeb. My sobie, życie sobie.  

Świetna! 


A oto jak mnie rozpieściło Wydawnictwo:) Były jeszcze naklejki z moim nowym ulubionym motywem:) Pani Zosiu - dziękuję!

czwartek, 13 listopada 2014

Czerwone liście – Paullina Simons


Tytuł: Czerwone liście
Autor: Paullina Simons
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 9788379434305
Ilość stron: 400


Kristina, Connie, Jim i Albert to czwórka przyjaciół, wspólnie zamieszkująca uniwersytecki kampus w Nowej Anglii. Mimo że od początku studiów są właściwie nierozłączni, tak naprawdę nic o sobie nie wiedzą. Oficjalnie Jim spotka się z Cristiną, a Albert z Connie, jednak tajemnicą poliszynela jest, że ten układ jest jedynie prowizoryczny – tak naprawdę ów miłosny kwadrat przyjmuje zupełnie inne konfiguracje, zasłaniając się jedynie grą pozorów.
Przyjaciele na przekór podejrzeniom i podwójnemu życiu, udają przed sobą, że wszystko jest w porządku i sprawiają wrażenie otaczających się troską i serdecznością młodych ludzi, od zawsze wspólnie spędzających czas i doskonale się znających oraz rozumiejących. Nic bardziej mylnego.

Kristina Kim była niezwykle piękną, radosną, młodą kobietą stojącą u progu dorosłości.
Wydawać by się mogło, że ma wszystko i swoją pełnią próbuje obdarować wszystkich wokół: dziewczyna była gwiazdą studenckiej drużyny koszykówki, opoką i pomocą dla nastolatek spodziewających się dziecka w domu Czerwone Liście, miała stałego partnera, przyjaciół i – jak myślano – ustabilizowane życie.
Tak naprawdę jednak, w głębi serca bohaterka zmagała się z demonami przeszłości, które niestrudzenie za nią kroczyły, nie dając jej nawet chwili wytchnienia.
Na kilka dni przed swoimi dwudziestymi pierwszymi urodzinami, dziewczyna spotyka na swej drodze detektywa Spencera Patricka O’Malleya, z którym decyduje się umówić – jest bowiem osobą, przy której wreszcie, po latach gier i udręki poczuła się swobodnie.
Do spotkania jednak nigdy nie doszło.
Krótko po Święcie Dziękczynienia, Kristina zostaje znaleziona martwa pod zaspą śniegu na terenie kampusu, a nikt z jej przyjaciół nie jest tym zdziwiony. Jej śmierć była największym szokiem właśnie dla detektywa, który niemalże parę chwil wcześniej rozmawiał z tą piękną i pogodną dziewczyną.

Detektyw Spencer bardzo szybko dowiaduje się, że żadne z trójki jej (ponoć prawdziwych) przyjaciół nie dość, że nie zgłosiło jej zaginięcia mimo kilkudniowej nieobecności, to jeszcze w ogóle nie zainteresowało się tym, gdzie dziewczyna się znajduje przez te wszystkie dni bez kontaktu ani tym, w jaki sposób zginęła.
Żadne z nich nie chce współpracować podczas przesłuchań – wypowiadają się półsłówkami, zaciemniają prawdę o swoich relacjach, reagują bez emocji na niemalże każde pytanie dochodzeniowa.
Podczas śledztwa wychodzi jednak na jaw wiele sekretów, rządzących życiem czwórki przyjaciół – tajemnic tak głęboko ukrytych, że sami zainteresowani przestali się już nad nimi zastanawiać.
Jedno jest pewne: ich relacja w każdym, nawet najdrobniejszym szczególe była okraszona kłamstwem.

Paullina Simons popełniła tę książkę na długo przez sagą o losach Tatiany i Aleksandra, będącą źródłem jej międzynarodowej popularności. Wykreowała obraz pełen napięć, niewiadomych, sekretów z przeszłości, enigmatycznego zachowania głównych bohaterów, w którym każdy nowy, z trudem wykryty ślad prowadził do kolejnych postaci, który miast rozjaśniać sytuację i prowadzić śledztwo ku jasnym rozwiązaniom, jedynie przysłaniał prawdę, komplikował to, co i tak było wystarczająco zamotane.

Mimo widocznej pracy włożonej w pisanie Simons, stawiająca pierwsze kroki w powieściach sensacyjno-kryminalnych, nie wypada tak dobrze, jak przy swoich pozostałych powieściach.
Podczas lektury ciągle towarzyszyły mi mieszane uczucia czytelnicze – z jednej strony doceniam sposób zarysowania opisywanej rzeczywistości, z drugiej wiele w tekście tym przestojów i nużących fragmentów, w żaden sposób nie wpływających na podkreślenie jakości ksiązki jako sensacji, lecz jedynie usypiających – nie czujność, lecz odbiorcę. Przydługi wstęp także robi swoje – zanim autorka przeszła do meritum, nakreśliła sytuację pierwszego spotkania detektywa z Kristiną – wówczas jeszcze pełną życia – mającą (jak się domyślam) spotęgować późniejszy szok prowadzącego śledztwo. A jednak coś nie zagrało, proporcje zostały zaburzone i rzutowało to na całość książki.

Fanom Simons polecam, bo lektura tej powieści będzie dla nich wejrzeniem w pierwsze pisarskie kroki stawiane przez autorkę. Tym jednak, którzy żądni są naprawdę mocnych wrażeń radzę zmienić oczekiwania w stosunku do tej publikacji i dopiero później zajrzeć jej pod okładkę. Tylko wówczas unikniecie rozczarowania.
Jak dla mnie - najsłabsza z powieści autorki. Co nie zmienia faktu, że i tak ją uwielbiam:)

____________________________
Recenzje innych książek Simons:


http://shczooreczek.blogspot.com/2013/08/jezdziec-miedziany-paullina-simons.htmlhttp://shczooreczek.blogspot.com/2014/07/dzieci-wolnosci-paullina-simons.html?q=simonshttp://shczooreczek.blogspot.com/2013/06/piesn-o-poranku-paullina-simons.htmlhttp://shczooreczek.blogspot.com/2013/11/jedenascie-godzin-paullina-simons.html?q=simons


Relacja ze spotkania autorskiego:

http://shczooreczek.blogspot.com/2013/05/paullina-simons-w-katowicach.html




poniedziałek, 1 września 2014

Dziewczyna w lustrze – Cecelia Ahern


Tytuł: Dziewczyna w lustrze
Autor: Cecelia Ahern
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 9788379437870
Ilość stron: 96

Dziewczyna w lustrze to niepozorny zbiorek dwu opowiadań Cecelii Ahern, które choć krótkie, zawierają w sobie magię charakterystyczną dla prozy tej autorki, ale też elementy dotąd u niej niespotykane – w miejsce uroku i czaru postawiony został mrok, w miejsce

Bohaterką tytułowej Dziewczyny w lustrze jest Lili – kobieta, która właśnie szykuje się do zamążpójścia z wymarzonym mężczyzną. Na uroczystość zaproszona została także jej babcia, od wielu lat żądająca, by wszystkie lustra, znajdujące się przy niej były zasłonięte. Choć starsza pani jest od czasu wypadku niewidoma, nikt nigdy nie śmiał się sprzeciwić jej dziwnym, jak mogłoby się zdawać zachciankom, mając  w pamięci jej dom, wypełniony zasłoniętymi czarnym woalem lustrami. Lili zawsze posłuszna babci i nie poddająca w wątpliwość jej decyzji, wiedziona tajemniczym podszeptem, chcąc się przejrzeć w dniu ślubu, odsłania lustro w pokoju, do którego nigdy dotąd nie miała wstępu. To, co w nim ujrzy, wyjaśni wiele rodzinnych sekretów i stanie się wielkim egzaminem dla młodziutkiej kobiety, która zostanie postawiona przed pytaniem; mieć czy być?

Maszyna wspomnień, drugie z opowiadań, to historia mężczyzny, który wynalazł maszynę zdolną wszczepiać ludziom wybrane wspomnienia. Nie jest to jednak myślodsiewnia ani sprzęt do całkowitego kasowania tego co niechciane. Wraz z wszczepianiem nowych wspomnień,  nie znikają stare – stają się one jedynie mniej wyraziste. Wieść o maszynie bardzo szybko się rozniosła, co spowodowało napływ ludzi rozpaczliwie poszukujących pomocy – jedni przeżyli traumy i pragnęli, by choć częściowo zostały one przyćmione przesz szczęśliwe wspomnienia, innych pamięć została zablokowana, kolejnych męczą natrętne myśli o niechcianych czynach, które pragnęliby cofnąć lub zniwelować ich wpływ na teraźniejszość. Choć pobudki zmierzających do bohatera ludzi są różne, każdy z nich pragnie wszczepić sobie nowe wspomnienia, by ostatecznie rozprawić się ze swoimi bolączkami. Dla mężczyzny pomaganie ludziom staje się bardzo ważnym elementem życia, dla niego samego będącym formą zapominania o tym, co dawno temu utracił.

Ahern jest autorką, której prozę znam na wylot i gdyby ktokolwiek kiedykolwiek dał mi jakąś jej książkę bez podania nazwiska, bez zająknięcia potrafiłabym ją rozpoznać. Co innego z Dziewczyną w lustrze. Zbiorek ten mimo widocznej w nim magii, znacznie odbiega od pozostałych jej tekstów. Nie jest już klasycznym słodko-gorzkim czytadłem, lecz raczej krótką formą, w której dominują smutek, utrata i wychodzenie naprzeciw nim. To on stanowi główną oś spajająca, zaś elementy szczęśliwości pojawiają się, mam wrażenie, jedynie po to, by podkreślić ogrom tego, co w owych opowiadaniach gorzkie i przygnębiające. Nie jest to zabieg typowy dla Ahern, co mogłoby w dużej mierze utrudnić przyporządkowanie tych opowiadań do jej nazwiska.
Choć są one wyjątkowe i poruszające, zdecydowanie wolę autorkę  w takiej wersji, do jakiej zdążyła przyzwyczaić swoich wiernych czytelników [mnie;)]. Brakowało mi w tym tomiku charakterystycznego dla niej czaru i pogody ducha, które zastąpione zostały gorzkimi refleksjami i nutą rozgoryczenia oraz żalu. Smutne oblicze Ahern mnie nie przekonuje, bo wciąż miałam wrażenie, że nie przystaje do jej wizerunku, lecz patrząc obiektywnie, są to projekty literackie o dużej sile oddziaływania. Ciekawa jestem ich dalszej recepcji, a Wam już teraz polecam lekturę i konfrontację.
W mojej opinii autorce nieszybko uda się pozbyć etykietki autorki słodko-gorzkich powieści, podobnie jak niektórym aktorom na zawsze pozostała dopięta łatka bohaterów zdolnych grać jedynie w komediach romantycznych. Siła przyzwyczajenia jest ogromna.

sobota, 19 lipca 2014

Dzieci wolności - Paullina Simons


Tytuł: Dzieci wolności
Autor: Paullina Simons
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 9788379433186
Ilość stron: 352

Paullina Simons zasłynęła w Polsce jako autorka bestsellerowej i poruszającej trylogii, opiewającej losy Tatiany i Aleksandra, rozpoczętej tomem Jeździec miedziany. Historia ta podbiła serca zarówno kobiet, jak i mężczyzn zafascynowanych życiem tej dwójki i od lat zaskarbia sobie sympatię kolejnych pokoleń czytelników.
Dziś, w ręce polskich odbiorców oddany został zapis historii, mającej miejsce wcześniej – Dzieci wolności to pierwsza część powieści traktującej o losach rodziców Aleksandra – Giny i Harry’ego, dwu młodych ludzi, pochodzących z całkowicie odrębnych i zdawać by się mogło, nieprzystających do siebie światów.  Pierwszy raz spotykają się oni, gdy młodziutka wówczas dziewczyna przybywa wraz z rodziną z Sycylii do Bostonu, by w nim szukać szans na lepsze życie. Imperialistyczne Stany Zjednoczone wydają się dla jej najbliższych doskonałym miejscem na rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Gina poznaje Harry’ego Barringtona, który także szuka dla siebie miejsca – jako syn jednego z najbogatszych i najbardziej wpływowych mieszkańców miasta, boryka się z decyzjami dotyczącymi przyszłości: powoli pisze rozprawę doktorską i w nieskończoność odwleka decyzję o oświadczynach przeznaczonej mu przez środowisko dziewczyny. Gdy na jego drodze staje młodziutka imigrantka, nic nie zapowiada jeszcze całkowitej zmiany priorytetów, która stanie się jego udziałem za parę lat.
Ona jednak, od pierwszej chwili wiedziała, że każde zajęcie, którego podejmie się w Bostonie, podyktowane będzie chęcią zaimponowania Harry’emu, dla którego jej serce zaczęło mocniej bić, gdy tylko spojrzała mu w oczy.
Ich drogi rozchodzą się, na krótko po tym, gdy ogłoszone zostały zaręczyny Harry’ego i Alice. Młodzi spotykają się ponownie dopiero po pięciu latach, kiedy już każde z nich poczyniło inne kroki ku przyszłości. Harry’ego olśniewa dorosła już Gina, w niej zaś odżywają skrywane na dnie serca uczucia do wpływowego Amerykanina. Bohaterowie nie potrafią już dłużej powstrzymywać swojego uczucia i na przekór konwenansom, pochodzeniu i zbliżającego się ślubu Harry’ego wplątują się w romans, który całkowicie odmieni losy trzech rodzin, niszcząc to, co przez lata było budowane, w zamian za to co utracone, robiąc miejsce dla nowej przyszłości, w której nie ma nic prócz miłości.

Simons „od pierwszego czytania” zachwyca mnie swoim sposobem narracji i budowania atmosfery powieści. Tkane przez nią historie mają niepowtarzalny klimat, który sprawia, że już zawsze będziemy odczuwali pragnienie wracania do jej książek. Dzieci wolności tętnią życiem, czułością, namiętnością i miłością stawianą na szali z poczuciem przyzwoitości, dumą i rodzinnymi interesami. Słowa autorki działają na wyobraźnię, przenoszą w inne czasy, w rzeczywistość, w której kobiety nie miały jeszcze praw, a ich jedyna szansa  wypowiadania się publicznie respektowana była podczas specjalnych zebrań, na które to z lubością uczęszczała Gina, starając się wyrobić sobie poglądy polityczne.
Simons posiadła nieprzeciętną biegłość w posługiwaniu się słowem i talent to tworzenia absorbujących historii, nawet gdy nie są one monumentalnymi dziełami. Jej powieści nie są efekciarskie, a mimo to oddychają, pozwalają zlać się z bohaterami.
Jeśli urzekł Was Jeździec miedziany, koniecznie zajrzyjcie Dzieciom wolności pod okładkę.
Jeśli jednak wciąż nie znacie losów Tatiany i Aleksandra, równie dobrym pomysłem będzie najpierw poznać historię rodziców bohatera, choć póki co nie jest ona tak dobrze rozegrana, jak doceniona przez czytelników trylogia. Brakuje jej tej obezwładniającej mocy, która każe czytać książkę bez przerwy na oddech, nie jest tak obsesyjna i zachłanna, stanowi raczej przyjemne preludium do historii ulubionej pary z kart literatury.

czwartek, 8 maja 2014

Lato bez mężczyzn – Siri Hustvedt


Tytuł: Lato bez mężczyzn
Autor: Siri Hustvedt
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 9788379435180
Ilość stron: 208
Cena: 29,90zł

Lato bez mężczyzn zupełnie mnie zaskoczyło. Nie spodziewałam się książki lekkiej i układnej (wszak autorka jako żona Paula Austera chyba by się o taką nie pokusiła), a jednak znalazłam w niej elementy, które zdołały mnie zadziwić. Nie jest to bowiem sielska opowieść o letniej ucieczce od męskości, jak sugerowałby tytuł, lecz historia definiowania siebie i prawdziwe studium kobiecości.
Siri Hustvedt en passant, wypełniając luki fabularne, wtłaczając w umysł bohaterki pewne rozważania, rozmyśla nad tym jakie przemiany zachodziły w postrzeganiu kobiecości, w sposobach pisania i mówienia o niej, próbuje zdefiniować się przez pryzmat małżeństwa, rodzicielstwa, zawodu, pasji. Pokazuje świat, w którym kobiety odzyskują powieść dla świata, snują historie, wskazuje czym jest książka i jakie relacje łączą ją z czytelnikiem.
Nie bez znaczenia jest osadzenie narracji wokół szeroko pojmowanej literatury. Główna bohaterka zaraz po tym, jak mąż postanawia zrobić sobie od niej przerwę i porzucić ją dla młodszej kobiety, parę chwil po załamaniu nerwowym i spędzeniu wydłużającego się w jej świadomości czasu w szpitalu na ponownym masochistycznym rozpamiętywaniu całej historii, wyjeżdża, by zmagać się ze swoją nową sytuacją w innym środowisku. Wraca więc do rodzinnego miasteczka, by tam z nauczycielki akademickiej przeobrazić się w przewodniczkę młodych dziewczyn, dla których organizuje letnie warsztaty poezji. Obok nich uczestniczy także w spotkaniach miejscowego Klubu Książki, a jednak jej refleksje wychodzą daleko poza ramy literatury. Bohaterka analizując swoje dotychczasowe życie rozpoznaje, że prawda sięga dalej niż litery na zadrukowanych stronach. Mia Fredrickson podejmuje próbę odbudowania swojej złamanej osobowości w lokalnej przestrzeni, której życie coraz mocniej ją angażuje. Analizując bowiem historie napotkanych ludzi, coraz wyraźniej widzi odpowiedzi na dręczące ją wątpliwości, dostrzega to, co jeszcze do niedawna było zakryte, budzi się do życia.
Powieść Hustvedt pełna jest liryzmu, który oswaja i porządkuje świat zburzony. Piękny styl, niespieszność i refleksyjność pozwalają na odnalezienie w powieści tej odpowiedzi na własne nawoływania i lęki. Autorka przedziera się przez rzeczywistość determinowaną przez nienawiść, zazdrość, zdrady, niepewność, brak wiary w siebie, okrucieństwo, szaleństwo i na końcu tej bolesnej drogi odnajduje spokój i wyciszenie, usypia własne demony, z którymi dotąd walczyła zatwardziale.
Tym, co wyróżnia tę powieść jest jej momentami eseistyczny charakter. Miejscami przybiera ona formę rozprawy na temat różnić między kobietami a mężczyznami naświetlanej z wielu perspektyw: biologicznej, seksualnej, psychicznej, charakterologicznej. Autorka powołuje się na wiele tekstów naukowych i tekstów kultury, które pomagają dookreślić miejsca zaciemnione, prezentują całą paletę poglądów, zarysowującą się do wielu pokoleń i sugerującą niezmiennie, że kobiety są płcią słabszą, co pisarka stara się obalić.
Na kolejnych stronicach czytelnik spotka się z wieloma znanymi nazwiskami, między innymi Freudem, Kirkegaardem, Poundem, Plath, Austen. Oni będą niejako przewodnikami na często wyboistej drodze do samopoznania. Tym, co dla książki tej charakterystyczne są bezpośrednie zwroty do czytelnika, traktowanego jednostkowo, indywidualnie. Autorka docenia jego wierność, szczerość, wytrwałość, co rusz wyjaśniając mu pewne sytuacje i odpowiadając na zdumienia.

Lato bez mężczyzn, to powieść wyjątkowa, choć momentami trudna i „sucha”, naukowa niczym traktat, pozbawiona warstwy emocjonalnej. Stanowi ona bardziej studium niż pasjonującą narrację, uznającą za podstawę kalejdoskopowe wydarzania, nadające jej rozpędu. U Hustvedt liczy się człowiek i jego umysł, budujący świat. Choć lektura to krótka, to jednak znacząca.

piątek, 28 marca 2014

Mitch Albom – Miej trochę wiary


Tytuł: Miej trochę wiary
Autor: Mitch Albom
Wydawnictwo: Świat Książki
ISBN: 978-83-7943-575-3
Ilość stron: 9788379435753
Cena: 256

Od książek Alboma zawsze oczekuję wiele – pokrzepienia, wstęgi mądrych słów, aforystycznych girland, pnących się od pierwszej do ostatniej stronicy.
Tym razem jednak – mimo mojej wielkiej chęci zaangażowania się w lekturę, na przekór ważkości tematu i prostoty przekazu – narracja utraciła dla mnie wewnętrzną moc, nie potrafiła skupić mnie na sobie i tym samym gdzieś po drodze straciła mnie jako czytelnika zaabsorbowanego.

Historia opisywana przez Alboma zdarzyła się naprawdę i dzięki temu ze zdwojoną siłą niesie nadzieję na istnienie dobra w człowieku, którego poszukiwań nigdy nie powinniśmy zaniechać. Opowieść otwiera proste, a jednocześnie przejmujące pytanie: Napiszesz dla mnie mowę pogrzebową?, wychodzące z ust podeszłego w wieku rabina – mężczyzny od lat oddanego Bogu i swojej wspólnocie, charakteryzującego się wielkim duchem i niespotykaną dobrocią, z której utkał całe swoje życie i dużym stopniu życie innych.
Autor książki wychowany został w wierze, jednak gdzieś na drodze dorastania całkowicie się jej wyzbył – wtedy właśnie ponownie natknął się na Alberta, który po jednym z prowadzonych przez pisarza wykładów wypowiedział tę niezwykłą prośbę, na którą Albom przystał, zastrzegając, że aby mógł się podjąć jej realizacji, musi poznać rabina nie tylko od strony zawodowej, ale przede wszystkim – osobistej. Wtedy nawet nie przypuszczał, że zadanie, którego się podejmuje pomimo całej swej niecodzienności, nie dość, że przeciągnie się na osiem lat, to jeszcze całkowicie przewartościuje jego dotychczasowe życie i zmusi do zaktualizowania poglądów.
Oprócz kolejnych inspirujących godzin spędzanych z Albertem, Mitch poznaje także Henry’ego – pastora o burzliwej przeszłości, która zaświadcza o tym jak wielkie rzeczy potrafi z ludzkim życiem zrobić Bóg, ale też – niestety – wyjaskrawia człowieczą tendencję do oceniania drugiego przez pryzmat tego co minione, bez baczenia na to, jakim ktoś jest aktualnie. Albom podkreśla skłonność do zapatrywania się w odległe czasy, niebrania pod uwagę możliwości całkowitej przemiany i odrodzenia człowieka.
Przede wszystkim jednak, mocą swojego słowa i doświadczenia zachęca do odnajdywania w drugim człowieku piękna i dobra, a także pomagania bez względu na dzielące nas różnice: obyczajowe, społeczne, religijne czy etniczne. To historia ponad podziałami, rzecz o poszukiwaniu Mistrza, słowo o nadziei, radości (z) życia, wierze, miłości i mądrości, patrzącej daleko w przyszłość, bez tracenia z oczu teraźniejszości, w której główny bohater za sprawą powierzonego mu zadania zaczyna bardziej doceniać to, co ma.

Choć tekst ów czyta się bardzo dobrze, przede wszystkim ze względu na jego uniwersalny i ogólny charakter, daleko mu do innych utworów autora, których moc angażowania czytelnika była ogromna. Z całą pewnością jednak jest to opowieść, mogąca wzruszać i poruszać, a także uczyć wrażliwości. Historia wartościowa i warta poświęconego jej czasu - miejcie trochę wiary, a Wasza codzienność zmieni się nie do poznania.