Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 maja 2019

Około północy - Mariusz Czubaj



Około północy to moje pierwsze zetknięcie z prozą Czubaja (choć Dziewczynka z zapalniczką czeka na półce, teraz wreszcie się doczeka!), ale jak już zdążyłam się dowiedzieć, nie mam się co przyzwyczajać, bo spotkanie to można uznać za nietypowe.

Oto przed Wami powieść wymykająca się jakimkolwiek klasyfikacjom - ni to kryminał, ni to obyczajówka, ni to świadectwo minionych czasów. Wszystkiego w prozie tej jest po trochu, co czyni ją tak wyjątkową, zaś bogactwo intertekstualnych nawiązań zachwyca. Około północy to tekst, przy którym czytelnik ma szansę zamienić się w detektywa podwójnie - raz szukając sprawcy morderstwa popełnionego między jednym jazzowym taktem a drugim, po wtóre zaś, próbując wychwycić wszelkie dialogi z kulturą tamtych czasów. Tamtych, czyli lat sześćdziesiątych XX wieku. 

Rzecz zaczyna się nietypowo. Oto pogrzeb jazzmana, Krzysztofa Komedy, 28 kwietnia 1969 roku, na którym pojawia się kontrabasista, w pewnych kręgach nazywany specjalistą od nekrodżobów, bowiem to granie podczas ostatnich pożegnań jest tym, w czym się, można powiedzieć, wyspecjalizował. Pojawiają się na nim różne indywidua, z którymi bohatera łączy lub połączy pewna zażyłość. Mniej więcej w tym samym czasie, podczas rozmowy ze znanym podówczas pisarzem, pada dość nietypowa, niewypowiedziana wprost propozycja i pytanie w jednym: jak to byłoby kogoś zabić?

Nie mija wiele czasu, a ginie Jadwiga Ślusarek, kobieta, z którą bohatera złączyła krótka, acz namiętna relacja. Gdyby nie fakt, że nie jest to pierwsze morderstwo tego typu w okolicy, nasz bohater stałby się głównym podejrzanym. Tymczasem zaś staje się samozwańczym detektywem, który mając znajomości tu i tam, wnika niemalże bezszelestnie w jazzowy warszawski (pół)światek, by tam szukać odpowiedzialnego za mord. 

Intryga kryminalna jest w powieści tej niejako pretekstem do snucia narracji o mieście i muzyce tamtych lat. Ponury, niemalże dekadencki klimat, dźwięki jazzu słyszane z wielu różnych stron, Warszawa spowita mrokiem nagłych śmierci znanych nazwisk kształtujących ówczesną kulturę i budujących jej bohemę, to elementy tworzące klimat prozy Czubaja. Język powieści, czy też - ballady - także staje się niejako bohaterem - charakterystyczne frazy, szarpana budowa zdań, to znaki rozpoznawcze tej lektury, która - jak sam Autor wspomina - jest rodzajem hołdu oraz rękawicy rzuconej Tyrmandowi i jego Złemu, będącemu jedną z wielu inspiracji do jej napisania [klik]. Powieść ma swój rytm, za nic mający linearność, tak zgrabnie łączący się z brzmieniem muzyki i wydarzeń '69 roku.

Jeśli zatem lubicie opowieści o minionych czasach, przesiąknięte ich kapitalnie uchwyconym klimatem, upstrzone znanymi miejscami i nazwiskami, to doskonale trafiliście. Tam, gdzie Żegnaj, laleczko zderza się z kultowym klubem Hybrydy, nie może być miejsca na nudę.


Zachęcam Was do wsłuchania się w utwór pozostający nie bez znaczenia dla fabuły - klik, Kumanie Komedy spod szyldu Kornetu Olemana. Później zaś zostańcie z jazzem na dłużej, bo to on wytycza szlak Około północy.





poniedziałek, 18 marca 2019

Ucho igielne - Wiesław Myśliwski


Prozę Wiesława Myśliwskiego uwielbiam. Jej niespieszność, plastyczność języka i ogromny szacunek do słowa, który czuje się w każdym kolejnym zdaniu. Kocham jej uniwersalność, refleksyjność i mądrość, którą spijam niczym spragniony wędrowiec na pustyni. Każdorazowo zadziwia mnie, jak trafnie autor ocenia ludzką kondycję, jak potrafi pochylić się nad człowieczym losem uwikłanym w historię i kształtowanym przez pamięć.

Nie inaczej rzecz ma się z najnowszym tekstem Myśliwskiego, jakim jest Ucho igielne. Książka ta pomyślana została jako swoista podróż w czasie - wraz z narratorem bowiem odbywamy w niej podróż po meandrach pamięci. Spotyka się w niej młodość i starość - pierwsza bez zastanowienia przeskakuje strome schodki przy Uchu Igielnym, które wyznacza miejsce ich spotkania, druga zaś z rozwagą i niezwykłą czujnością pokonuje kolejny uskok, zastanawiając się czy jego wędrówka jest bezpieczna i czy aby na pewno w przeszłości wędrował tym samym szlakiem. Samo zaś tytułowe miejsce spotkania jest niezwykle znaczące. To nieopodal niego znajdowało się getto, to tutaj narrator zakosztował miłości, odprowadzając swą ukochaną - dziewczynę, która zniknęła bez śladu, pozostawiając go z kłębkiem nigdy niezwerbalizowanych myśli. Postać, która prowadzi nas szlakiem swej historii wydaje się być jednocześnie młoda i stara - jakby te dwie przestrzenie zlały się w jedno, tworząc człowieka żyjącego poza linearnością, za nic mającego upływający czas - czasami podobne wrażenie ma się, gdy starsi ludzie, opowiadając swą historię, tak bardzo się w niej zatracają, że nawet ich oblicze młodnieje, nie pozostawiając wątpliwości, jak cenne były dla niej młodzieńcze lata. U Myśliwskiego ten zabieg tworzy wręcz wrażenie namacalności - odbiorca tak silnie zapada się w historii, że ma wrażenie bycia koło narratora, wsłuchiwania się w jego opowieść i obserwowania zmian zachodzących na twarzy. Pozostaje jedynie się zatracić, a to - przy sposobie w jaki autor uwodzi czytelnika - jest jedynie kwestią  minut.


Nie dziwi, że kolejny tekst Myśliwskiego to bestseller, choć szalenie intryguje mnie to jak w świecie współczesnej pulpy, on wciąż znajduje drogę do czytelnika, karczuje zarośnięte wszechobecną głupotą ścieżki i trafia do nowych odbiorców, pokazując im, jak wspaniałe oblicze może mieć literatura. Literatura wysokiej próby.

Polecam - z ogromnym szacunkiem i nadzieją, że dacie się porwać artyście słowa, jednemu z najważniejszych pisarzy literatury współczesnej. Pisarza przez duże "P", ukazującego co tak naprawdę konstytuuje człowieka i jak ogromne znaczenie dla naszej tożsamości ma pamięć. 


piątek, 28 lipca 2017

Powrót do starego domu - Ilona Gołębiewska


Alicja ma 37 lat, prawie byłego męża, wewnętrzną pustkę i poczucie zmarnowanego życia, opartego na sprzeniewierzaniu się marzeniom. Z wykształcenia jest architektem krajobrazu, jednak na skutek mężowskich manipulacji całą pracę zawodową wiązać może jedynie z bankowością. Nie ma dzieci i mieć ich nie będzie, co jest konsekwencją jej dwu poronień.

Odkąd zmarli jej dziadkowie, życie zdaje się jej w ogóle nie rozpieszczać, a serce tęsknie wyrywa się do Pniewa i starego domu, pamiętającego jej szczęśliwe i błogie dzieciństwo.

Nie zastanawiając się długo, po pierwszej, niezwykle trudnej rozprawie rozwodowej, decyduje się ona na wyjazd do rodzinnej miejscowości, by tam szukać ukojenia dla zranionej duszy.

Na miejscu spotka wiele życzliwych jej osób, pamiętających ją i całą jej rodzinę sprzed lat. Dzięki wsparciu miejscowych, Alicja podejmie się renowacji starego domu, któremu nikt nie dawał już szans. Kobieta instynktownie czuć będzie, że wraz z odnowieniem tegoż, uda jej się także tchnąć nowe życie w swoje zdruzgotane i poranione serce. Od pierwszego dnia bowiem, w Pniewie udaje jej się powoli odbudowywać utracony dawno temu spokój, a także nawiązać przyjaźnie dające ogrom radości. Na jej drodze staje dwu przystojnych mężczyzn, różniących się jak ogień i woda, którzy próbować będą zdobyć jej serce. To jednak nie koniec zmian w życiu kobiety – podczas przeszukiwania strychu znajdzie ona tajemniczy pakunek, skrywający tajemnicę przeszłości; wcześniej pozna Dziada – potępionego przez miejską społeczność przyjaciela jej ukochanego dziadka, który jako jedyny może podzielić się z nią ich wspólną przyszłością, a także… dziecko, które poruszy jej serce i udowodni, że w życiu najważniejsza jest miłość.

Książka Ilony Gołębiewskiej, to opowieść niosąca nadzieję i niezwykle pozytywny przekaz – pokazująca, że na spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno, że nie warto chować urazy i że otwartość na drugiego człowieka to szansa na szczęśliwe i spełnione życie, spędzane w towarzystwie bliskich przyjaciół, znaczone prawdziwą radością. Choć pamiętnikiem nie jest, przypomina go formą – każdy rozdział rozpoczyna się zapowiedzią tego, o czym w nim przeczytamy, a każdy kolejny podrozdział jest niejako kolejną kartką z diariusza – czasem bez powiązania z poprzednimi zdaniami, tak jakby pisaną z perspektywy czasu, co uzasadniałoby przypuszczenia o próbie osiągnięcia przez autorkę formy memuarowej, podkreślanej emocjonalnymi zwrotami, zawołaniami – niejako pisany „na gorąco”, wciąż pod silnym wpływem wydarzeń. Mimo że miejscami powieść ta (szczególnie w  dialogach) jawi się jako nieco naiwna wizja świata – takich właśnie nam dziś trzeba, takie są najdoskonalsze na letni czas, kiedy otwarci jesteśmy na zmiany, otoczenie wydaje nam się przyjazne, my sami zaś zrelaksowani i gotowi do nawiązywania nowych znajomości i pogoni za marzeniami – Powrót do starego domu może być dla nas inspiracją do wprowadzania w  swoje życie zmian. Autorka pisze językiem prostym, przejrzystym, przyjemnym w odbiorze, a jej bohaterowie zdają się w większości niezwykle ciepłymi ludźmi, takimi, jakich każdy z nas chciałby spotkać na swojej drodze, i z którymi z radością będzie wędrował wytyczonym szlakiem.

Dobra wiadomość – to pierwsza część trylogii, czeka nas znacznie więcej radości z lektury.


Jeśli szukacie czegoś lekkiego – polecam na wakacje. Będziecie zadowoleni, a przy okazji zobaczycie, jakie efekty może dać spełnione autorskie marzenie, jakim było dla Gołębiewskiej napisanie tej powieści;)  Trzymam kciuki za dalszą twórczość!



czwartek, 27 kwietnia 2017

Antykwariat spełnionych marzeń - Dorota Gąsiorowska



Bohaterką najnowszej książki Doroty Gąsiorowskiej jest Emilia – dziewczyna mieszkająca z matką co rusz wpadającą w ramiona młodych kochanków, pracująca w antykwariacie, który jest dla niej drugim (a może jedynym) domem, wychowana przez zmarłą już żonę antykwariusza Franciszka – Zosię, będącą jej nianią. Szczęście znajduje w swojej pracy, w porankach znaczonych aromatem i smakiem domowej roboty kawy korzennej. To tam, między półkami książek z pożółkłymi kartkami, naznaczonymi historią i czasem, śni ona swój sen o prawdziwym szczęściu i miłości.

Gdy podczas jednej z wypraw do Modrzewiowej, gdzie mieszka jej ojciec wraz z macochą, spotyka tajemniczego Szymona, nie sposób jej zapomnieć o wspólnie przeżytych chwilach. Tym bardziej, że w  jej ręce trafia książka zmieniająca losy tych, który zajrzeli jej pod okładkę. Sprawę dodatkowo komplikuje pojawienie się drugiego mężczyzny, który z całkowitym błogosławieństwem pana Franciszka smali do niej cholewki.

Życie Emilii nabiera tempa – okazuje się, że każda z najbliższych jej osób skrywa sekrety, z którymi ciężko się pogodzić. Wydaje się, że nad jej młodym sercem zgromadziły się czarne chmury – zarówno przyjaciółka, jak i matka, ojciec z macochą, pani Sara (Żydówka, której pomagała Zosia) a nawet poczciwy antykwariusz mają przed nią tajemnice, których wyjawienie wstrząsa młodą kobietą. 

Czy książka, która przed laty pomogła jej niani, także i jej pomoże uporządkować prywatne sprawy?

Zarówno Emilia, jak i Sara oraz pozostali bohaterowie (szczególnie zaś kobiety) posiadają pewną irytującą cechę – z  łatwością obrażają się, nie kończą wypowiedzi, zaczynają coś robić i nagle milkną, powodując, że od samego początku powieść pełna jest niedopowiedzeń – nie zawsze koniecznych. Wiele z nich ma uzasadnienie w prywatnej historii bohaterów, później wyjaśnionych, gros jednak niepotrzebnie komplikuje relacje pojawiających się w książce postaci. Jest to jednak jeden z nielicznych minusów.

Jeśli kochacie książki (a wiem, że tak jest) i jeśli czytanie o nich oraz czynienie ich jednymi z głównych bohaterów opowieści sprawia Wam przyjemność – ta pozycja z całą pewnością chwyci Was za serce. Czyż może być bowiem coś lepszego niż publikacja, która połączyła pokolenia bliskich sobie kobiet i ukształtowało ich losy?

Antykwariat spełnionych marzeń, to nie do końca lekkie czytadło o sile kobiecych więzi oraz miłości, lecz także powieść o mocy sprawczej literatury oraz ciężarze wojennych wspomnień, których nie przepracowano i nie ukojono. Na kartach tej książki splata się wiele wątków, sprawiających, że każdy czytelnik znajdzie w niej coś dla siebie – dla jednych będą to wspomnienia wojenne, dla innych klimatyczny antykwariat na Siennej, dla jeszcze innych fragmenty dotyczące morza, relacji rodzinnych, wątków miłosnych, trudnych chwil wieloletnich przyjaciółek, a dla jeszcze innych wszystkie splecione razem. Nie można odmówić Gąsiorowskiej daru prowadzenia narracji i utrzymywania zainteresowania czytelnika – każda jej powieść jest tak plastyczna i ciepła, że chce się do niej wracać. Nie inaczej rzecz ma się z  Antykwariatem…

Polecam, szczególnie w towarzystwie aromatycznej kawy korzennej – podkreśli ona klimat powieści i rozgrzeje nawet najbardziej zatwardziałe serca.



Czytaj również:


środa, 26 sierpnia 2015

O tym jak nie stałam się entuzjastką Kowalewskiej (Tam, gdzie nie sięga już cień - Hanna Kowalewska)

Nie ma lepszego miejsca na czytanie książki, której akcja toczy się nad morzem  niż morze właśnie. Polskie rzecz jasna. W tak odpowiednich i pięknych okolicznościach przyrody próbowałam poddać się magii  Kowalewskiej. Cień jej uwielbienia mnie jednak nie dosięgnął.

Inka to młoda graficzka, pracująca zawodowo w warszawskiej galerii. Pewnego dnia, po wielu latach braku kontaktu, dostaje telegram wzywający ją do Jantarni, do ciotki Berty. Okazuje się, że kobieta, która ją wychowała jest umierająca – znajduje się w końcowym stadium raka i przed śmiercią, pragnie nie tylko się pożegnać, ale także wyznać coś niezwykle ważnego.

Bohaterka nie jest mile widziana w Jantarni – traktowana jest jak przybłęda, spotyka się z ciągłymi przytykami, obrazami, uznawana jest niemalże za wroga. Inka wytrzymuje jedynie przez wzgląd na ciocię.

Co takiego stało się przed laty, że wszyscy obchodzą się z Inką tak nienawistnie i potępiająco? Opowieść ta jest powolnym odkrywaniem zdarzeń z przeszłości, prowadzącym do wyjaśnienia tej i innych tajemnic.

Język – piękny. Poprawna, płynnie lejąca się polszczyzna, aż zaszumieć może od niej w głowie, niestety treściowo i tematycznie: chyba jednak czuję przesyt, chyba zaczynam obserwować mdłości podczas czytania książek promowanych jako „wielkie emocje”, a w których tychże mi brakuje, nie zauważam ich, nie staję się ich ofiarą, nie ulegam obezwładniającej fali.

Nic mnie nie zaskoczyło, nic mnie nie porwało, ot – przeciętna lektura, niewyróżniająca się spośród innych.

Fanką Kowalewskiej się nie stanę – nie dlatego, że pisze źle – proszę mnie opacznie nie zrozumieć. Dobrze, składnie, sprawnie, wprawnie, elegancko, gramatycznie ortograficznie bezbłędnie, nie mam nic do zarzucenia.

Przynęta jednak na mnie za słaba, nie połknęłam haczyka, wędkarz pociechy ze mnie nie będzie miał żadnej. Nie wpisałam się w target, choć wiem, że Kowalewska podoba się czytelnikom bardzo. Możecie zatem próbować, kosztować - na własną odpowiedzialność i z pełną świadomością swoich upodobań czytelniczych.


niedziela, 16 sierpnia 2015

Obietnica Łucji – Dorota Gąsiorowska

Czterdziestoletnia Łucja znajduje się na zakręcie – rozczarowana nieudanym małżeństwem i życiem osobistym, a także nieszczęśliwym dzieciństwem, z  którym nie potrafi się pogodzić, postanawia porzucić doskonałą pracę i wrócić do wyuczonego zawodu nauczyciela historii na odległej podkarpackiej wsi Różany Gaj.

Na miejscu zwraca szczególną uwagę na jedną ze swoich uczennic – Anię, będącą łudzącą podobną do jej samej z czasów dzieciństwa: wyciszonej, siedzącej w ostatniej ławce, zmagającą się z brakiem przychylności ze strony klasy. Bardzo szybko Łucja zaprzyjaźnia się ze swoją podopieczną, dowiadując się, jak wielkim ciężarem jest obarczona – samodzielnie opiekuje się umierającą mamą. Dla jedenastolatki to ogromnie trudne doświadczenie, przez które bohaterka postanawia pomóc jej przejść. Między nią, a Ewą – mamą Ani – prędko wytwarza się szczególna więź. Łucja obiecuje jej, że po jej śmierci odnajdzie ojca Ani.

Obietnicę łatwo złożyć, trudniej jednak spełnić, tym bardziej jeśli życie układa się tak, jak się nie spodziewamy i to co pozornie mogłoby być łatwe, staje się szalenie trudne do realizacji.
Mamy więc spóźnione wyznanie – to, które zawsze konfliktuje główne postaci, najczęściej wyrażone przez najmniej pożądanego bohatera – nie inaczej jest w tejże powieści.


Cechuje ją przewidywalne, acz urocze zakończenie. To taki typ książki, którą opłaca się wziąć na wakacje – dla rozluźnienia, usłyszenia po raz kolejny znanej melodii – tej najbardziej chwytliwej, zapadającej w  pamięć, przyjemnej dla ucha. Czytadło, na które warto zwrócić uwagę podczas kompletownia urlopowej biblioteczki.

Polubicie głównych bohaterów – granica między dobrem i złem została tutaj zaznaczona bardzo wyraźnie – mamy postaci jednoznacznie pozytywne i jednoznacznie negatywne, które od początku budzą naszą niechęć i złość. Obietnica Łucji wiąże się z lukrowaniem – jest słodko, ale nie zbyt słodko. Przede wszystkim jest uroczo, a zwycięża dobro i przebaczenie.  Jeśli lubicie historie kobiet, które obarczone sporym bagażem doświadczeń uciekają od miejskiego zgiełku na wieś – Gąsiorowska stanowi dobrą propozycję w szerokim wachlarzu literatury tego typu. Dobry debiut, w którym właściwie debiutu się nie czuje.

Mam jednak zażalenie.


Okładka jest piękna, klimatyczna, ale… myląca. Nie lubię sytuacji, w których bohaterka opisywana jest jako kobieta z hebanowymi włosami, a z pierwszej strony spogląda na nas jasnowłosa piękność, mająca przecież symbolizować tytułową postać. 

piątek, 10 lipca 2015

Siostra mojej siostry – Izabella Frączyk



Hanka idzie przez życie z  głową uniesioną wysoko – ma świadomość, że raz jest dobrze, a raz źle, przy czym niepowodzenia wcale jej nie demotywują. Odniosłam wręcz przeciwne wrażenie – jeśli coś idzie nie tak, bohaterka jeszcze chętniej brnie do przodu, nie roztrząsając porażek czy przykrych doświadczeń. Kobieta mieszka w Bieszczadach, w  starej chatce nieopodal zalewu. Żyje skromnie, bo jej zarobki nie są wysokie: można wręcz powiedzieć, że ledwo wystarcza jej na życie, bowiem jej praca nie przynosi wielkich zarobków. 

Jej życie odmienia się, gdy odwiedza ją znana celebrytka, podająca się za jej przyrodnią siostrę. Kobieta niedawno przeżyła telewizyjną wpadkę, teraz więc, za namową menadżerki, stara się oczyścić swoje dobre imię. W  tym celu postanawia wykorzystać nigdy niewidzianą i niczego nieświadomą siostrę – zabiera ją do Warszawy, proponuje pracę w  charakterze jej sprzątaczki, udziela pożyczki na odremontowanie zniszczonego przez wichurę dachu. Wszystko to, by znów o niej mówiono i to mówiono dobrze: miała być wybawicielką siostry nędzarki, stawiającą dobro cudze nad własne.

Jak się jednak okazuje Hanka nie jest typową prowincjonalną dziewczyną. Doskonale odnajduje się w stolicy, raz po raz pnąc się po szczeblach kariery i poznając kolejnych mężczyzn, którym zawraca w  głowie. Jak potoczą się losy sióstr? Nie zdradzę, choć będzie mocno przewidywalnie.

Choć książkę czytało mi się dobrze i lekko, traktuję ją jednak jako poprawne czytadło, pozostające moim największym zawodem ostatnich miesięcy, jeśli chodzi o teksty wydawane przez wydawnictwo Prószyński.
Ogólne wrażenia z  lektury są bardzo dobre, jedynie czytanie jej pomiędzy kolejnymi powieściami klubowymi Kobiety to czytają! stawia ją w  zupełnie innym świetle i każe spojrzeć na nią bardziej krytycznie: nie ze względu na jej wady, lecz przez uwagę na przyzwyczajenie mnie przez wydawnictwo do tekstów bardzo wyrazistych. Nie jest jednak winą książki fakt tego między jakimi kolejnymi lekturami po nią sięgnęłam.

Jeśli zatem lubicie podobną tematykę, podobną lekkość, podobny sposób narracji – sięgajcie śmiało, bo to lektura dla kobiet doskonała. Taka, której zakończenie wywoła uśmiech na twarzy, sprowokuje do większego optymizmu, ucieszy i pocieszy. Zderzają się w  niej dwie rzeczywistości – ubogie Bieszczady i nieprzyzwoicie bogata stolica: z  celebryckim blichtrem, skandalami, wpadkami, zdobywaniem posad po trupach, sprzedawaniem siebie, by zostać zauważonym i nie spaść z piedestału.
To typowe relaksujące czytadło, dobre na plażę, dobre na hamak, jednak nijak niepasujące do serii.




wtorek, 31 marca 2015

Wiśniewski w pigułce (Moje historie prawdziwe - Janusz Leon Wiśniewski)



Samotnością w  sieci się zachłysnęłam. Chyba każda kobieta przeżywa okres fascynacji Wiśniewskim – i w  mojej czytelniczej biografii miał on swój moment chwały. Po wspomnianej lekturze chętnie sięgałam po wcześniejsze tomy opowiadań – te upodobałam sobie szczególnie, znajdując w  nich niewyczerpane źródło miłosnych cytatów, które wówczas były dla mnie znakiem dobrej książki – czym więcej zaznaczonych sentencji, tym lepsza książka. 

Wiśniewski doskonale wpisywał się w  ten projekt, co dziś budzi we mnie lekkie zawstydzenie. Lubiłam wachlarz emocji towarzyszących lekturze, dość szybko jednak się wypaliłam, nabierając dystansu – teksty zaczęły mi się wydawać wykalkulowane, obarczone chemią i fizyką w sposób dla mnie niestrawny. To co do tej pory stanowiło o wyjątkowości i było znakiem rozpoznawczym Wiśniewskiego, zaczęło mnie mierzić, zaczęło mi uwierać i przeszkadzać. Zarządziłam więc detoks, całkowite odcięcie, rezygnację z  lektury kolejnych  zbiorów opowiadań.
Przy okazji wydania  antologii jego tekstów, powróciłam na porzucone łono literatury kobiecej pisanej męską ręką. Tom ów łączy w  sobie tomy wczesne –  dla mnie lepsze – i tomy późniejsze – dla  mnie wtórne. Opowiadania są jednak pomieszane, tak by czytelnik nie mógł się spostrzec, które pochodzi z  jakiego zbioru i był niejako zmuszony do ponownej lektury całości, w  innej niż dotąd kolejności.
Krótkie formy prozatorskie ułożone są według schematu Ona, On, Oni. Jak łatwo się domyślić w  każdym z  nich znajdziemy teksty lub to pisane z  perspektywy konkretnej płci, lub to do niej bezpośrednio się odnoszące. Takie przemieszanie wszystkich wydanych dotąd opowiadań, każe spojrzeć na nie inaczej, przymusza do weryfikacji ich wartości i zmiany statusu – wyłączone z  mniejszej całości i wtłoczone w  większe ramy, nabierają one często nowego znaczenia, wymuszonego przez zmieniony kontekst.

Taki zabieg ma swoje plusy i minusy. Na korzyść niewątpliwie przemawia możliwość dokonania relektury, po której często okazuje się, że to co dotąd niedocenione odsłania nową wartość, wcześniej niezauważoną. Na niekorzyść jednak przemawia niemożność odnalezienia opowiadań należących do konkretnego zbioru opowiadań bez konieczności zwrócenia się bezpośrednio do źródła – brakuje chociażby aneksu z  odpowiednimi spisami, które przy takich antologiach często się pojawiają i wiele upraszczają.
Jak to u Wiśniewskiego – mamy całe konstelacje emocji. Od pożądania czysto fizycznego, przez metafizyczne, od obezwładniającego smutku do euforycznej radości, od podziwu do pogardy, od czułości do nienawiści: znamy to, cenimy, dlatego po autora sięgamy.
Trudno jednak o jednoznaczny osąd całości, składają się bowiem na nią zarówno teksty wyjątkowo dobre, jak i wyjątkowo złe. Moje historie prawdziwe to antologia z  prawdziwego zdarzenia, będąca przekrojowym przyjrzeniem się pisarskim dokonaniom Wiśniewskiego. Z  całą pewnością jest to gratka dla kolekcjonerów oraz dla tych, którzy dotąd nie mieli zbiorów opowiadań autora, a chcieliby zgromadzić je w  jednym miejscu, będącym spójną historią. Dla tych jest warta polecenia.

Podczas katowickiego spotkania autorskiego, Wiśniewski dowiadując się, że będę recenzowała jego książkę (chodziło wówczas o Miłość oraz inne dysonanse), z niejakim przerażeniem w oczach poprosił mnie o to, bym go oszczędziła. Pamiętam to jako żywo, bo przy każdej kolejnej książce staje mi przed oczami to spojrzenie i zastanawiam się: czy autor sam nie jest pewny wartości swoich książek? Czy podobnie jak części jego bohaterów brakuje mu pewności siebie?