Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 października 2015

W krainie kolibrów - Sofia Caspari


W krainie kolibrów to pierwszy tom sagi obyczajowej znaczonej wielkimi emocjami i ludzkimi dramatami, przeplatanym miłością, walką o swoje, pragnieniem życia naprawdę i bez obłudy, ze świadomością tego, że wyprowadzenie niektórych kwestii na jaw może całkowicie zaburzyć spokojną egzystencję i niekoniecznie zagwarantować spełnienie mierzone miarą naszych wyobrażeń.
Sofia Caspari zarysowuje bogate tło dla swej narracji – bohaterów poznajemy na statku roku Pańskiego 1863, podczas ich przeprawy do Argentyny, zwanej przez ówczesnych Europejczyków ziemią obiecaną.

Autorka skupia się na tkaniu losów dwóch kobiet, które dzieli wszystkoViktoria płynie do swojego męża Humberta, który gwarantuje jej dostatnie życie. Podczas rejsu poznaje biedną Annę – służącą, która u kresu podróży ma dołączyć do bliskich, którzy odpłynęli przed nią, by w Buenos Aires przetrzeć szlaki do ich nowego, lepszego życia. Kobieta na statku zawiera jeszcze jedną brzemienną w skutki znajomość – poznaje Juliusa, dzięki któremu uświadamia sobie jak mało wiedziała dotąd o prawdziwej miłości, mimo że  w domu czekał na nią mąż…

Kobiety natykają się na siebie i zaczyna łączyć je delikatna nić sympatii, mogąca później przekuć się w coś głębszego. Losy dwu bohaterek rozchodzą się jednak na długo, do czasu, gdy ponownie zetknie je pełne niespodziewanych wydarzeń  życie.  To, co mogło stać się przyjaźnią, okazuje się (początkowo) jedynie szansą  na zagwarantowanie sobie lepszego bytu w niesprzyjających okolicznościach. Bohaterki wykorzystują jedna drugą, rzucają sobie kłody pod nogi, a ich życia komplikują się jeszcze bardziej. Okazuje się, że to co widoczne, niekoniecznie pokrywa się z prawdą skrywaną za wieloma maskami codzienności.

Caspari utkała opowieść skoncentrowaną na historiach miłosnych, zdawałoby się, niemożliwych. Namiętność miesza się tu z wieloletnią obojętnością i znudzeniem, prawdziwe uczucie z miłością kupowaną za pieniądze, wyrzeczenia z życiem w zbytku i przepychu jedynie przez wzgląd na urodę.
To właśnie pragnienie prawdziwej bliskości drugiego człowieka i poświęcenie się w imię wyższych uczuć jest siłą napędową akcji i motorem popychającym postaci do kolejnych działań. Mimo że wielokrotnie wszystko zdaje się zmierzać do tragedii, miłość stoi na straży losów bohaterów, których można jednocześnie lubić i nie znosić.

Poruszająca saga, którą oddycha się jeszcze na długo po lekturze. Mimo że czytałam ją niespiesznie, a zachowania bohaterów co rusz utrudniających sobie życie nie raz mnie denerwowały, uważam ją za powieść doskonale nadająca się na pochmurne dni – przeniesienie się choć na chwilę do Argentyny gwarantuje wzrost poziomu witaminy D od samego myślenia o słońcu, na przekór tego, ze życie bohaterów dalekie było od usłanego różami i oświetlanego ciepłymi promieniami.  


Autorka tak bardzo rozbudziła moją ciekawość i pragnienie dalszego zgłębiania losów naszkicowanych przez nią bohaterów, że z niecierpliwością wyczekuję kolejnego tomu, który (yes, yes, yes!) już jutro!:) 


Książkę w promocyjnej cenie kupisz na:




piątek, 17 lipca 2015

Klub Porcelanowej Filiżanki – Vanessa Greene


Często mówi się, że kobiety bywają o wiele bardziej złośliwe, mściwe, zaborcze i żądne stawiania na swoim niż mężczyźni. W  przypadku bohaterek książki Vanessy Greene prawda ta nijak ma się jednak do rzeczywistości. Gdy trzy kobiety: Jenny, Maggie i Alison spotykają się na targu staroci, na którym ich uwagę przyciąga ta sama filiżanka, wydaje się, że za parę chwil dojdzie do rękoczynów. Każda z kobiet zbiera stare zestawy do herbaty, choć każda z nich w zupełnie innym celu. I żadna nie ma zamiaru odpuszczać. By nikt nie był stratny decydują się one, ku zaskoczeniu i uciesze sprzedawcy, na wspólny zakup i następnie dzielenie się nim. To zdarzenie staje się początkiem ich wielkiej kobiecej przyjaźni.

Alison to mężatka z  dwójką córeczek. Prowadzi mały warsztat: tworzy świeczki w  starych filiżankach, haftuje poduszki, dzieli się talentem swoich rąk z klientami spragnionymi nietuzinkowych ozdób. Odkąd jej mąż, Pete, stracił pracę, jej działalność jest jedynym źródłem utrzymania rodziny. Mężczyzna spędza całe dnie, zajmując się domem i córkami, kobieta zaś stara się możliwie jak najwięcej zarobić. Trudna sytuacja dodatkowo komplikuje ich relacje: małżeństwo przeżywa kryzys, któremu ma zaradzić wspólny biznes – by miał szansę powodzenia, kobiecie niezbędne są kolejne filiżanki.

Maggie to rozwódka, która po rozstaniu z mężem postawiła na rozwój własnej działalności – zajmuje się profesjonalną organizacją wesel, a także prowadzi kwiaciarnię i firmę Bluebell, cieszącą się doskonałą opinią. Jednym z  jej zleceń jest przygotowanie wyjątkowo hucznego wesela, w stylu Alicji w Krainie Czarów, do którego realizacji konieczny jest solidny zestaw starych filiżanek. Jej pracę zakłóca niespodziewane pojawienie się byłego męża i trudna relacja z Owenem, osobą współodpowiedzialną za organizację wesela.

Komplet porcelany niezbędny jest także Jenny planującej właśnie swój ślub z  Danym i pragnącej, by jedną z  atrakcji wieczoru było podanie wszystkim gościom herbaty w stylowych filiżankach. Przygotowania do wymarzonego dnia niszczy jej pojawienie się matki, która dwadzieścia lat wcześniej porzuciła ją, jej brata i ojca.

Czy ta na pozór obca sobie trójka kobiet, zjednoczy swoje siły i wspólnie przebrnie przez tak trudny okres w  życiu każdej z  nich? Jak poukładają się ich relacje?

Przyjemna, lekka, odprężająca – na leżak lub nad morze w sam raz. Nie jest to jednak lektura wysokich lotów, przypuszczalnie jej fabułę zapomnicie jeszcze przed zakończeniem urlopu. Jeśli więc szukacie czegoś podobnego, czytadła idealnego na letnie dni, Greene sprawdzi się doskonale. A jeśli przy tym lubicie herbatę i kolekcjonujecie filiżanki, wspólnota pasji na pewno z  bohaterką zjednoczy Was w  dwójnasób. Uwaga! Jeśli dotąd podobne zbieractwo Wami nie zawładnęło, po lekturze może się to zmienić:)





niedziela, 5 lipca 2015

Wieczory w Umbrii - Marlena de Blasi

Cztery przyjaciółki co tydzień spotykają się w  domu jednej z nich w  Orvieto. Swoje spotkania odbywają w  ramach Klubu Kolacji Czwartkowych. Oprócz wspólnego gotowania i jedzenia – każda bowiem przynosi ze sobą składniki najlepszej jakości – spotkaniom towarzyszą szczere rozmowy o życiu i własnych doświadczeniach minionego czasu. Dobre wino, smaczne posiłki, najlepsze przyjaciółki, Włochy – czego można chcieć więcej, by po ciężkim tygodniu na powrót zyskać doskonały humor i z dystansu spojrzeć na to co nas spotkało? 
Bohaterki dają dowód, że nic więcej nie potrzeba do pełni szczęścia. I właściwie tak można by tę książkę scharakteryzować – to opowieść o wspólnym celebrowaniu posiłków, dającym poczucie bezpieczeństwa, przeganiającym troski, będącym pewną stałą w zmiennym życiu.


Mimo jej wielu zalet, nie jest to typ książki mogącej trafić w  mój gust – nie w  tym czasie, nie w  takim okresie.

Mimo całej mojej ogromnej sympatii do podobnych klimatycznych książek o słonecznej Italii, Marlena de Blasi nie jest pisarką – wbrew oczekiwaniom, wszak czytałam o niej wiele – która miała by moc oddziaływania na moje samopoczucie. Na przekór ogromu fantastycznych przepisów, na myśl, o których ślinka zbiera się w ustach, nie poczułam klimatu Włoch, nie przeniosłam się w  te rejony, choć pomagałam sobie jak umiałam lekturą na łonie natury.
Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest zła książka, wręcz przeciwnie – po prostu – niestety – nie w moim klimacie.

Jeśli Wy lubicie podobne opowieści przeplatane naprawdę rewelacyjnymi przepisami – odnajdziecie się w niej doskonale.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Wojna się skończyła, walka wciąż trwa (Wciąż czekam – Louisa Young)



Wraz z zakończeniem I wojny światowej do domu wracają żołnierze, który przeżyli. Choć minęło już pół roku od podpisania rozejmu, w  duszach i psychice walczących wciąż pozostały ogromne niezasklepione wyrwy, które całkowicie zmieniły ich sposób przeżywania codzienności, ich relacje z  otoczeniem i samym sobą – wielu z nich boryka się z niemożnością wybaczenia samemu sobie tego, że przeżyli, podczas gdy innym nie było to dane. W pamięci żołnierzy wciąż tkwią obrazy ich wiernych przyjaciół umierających na ich rękach, pozbawionych kończyn, rozerwanych  niemalże na strzępy, ginących w  okrutny sposób. Takie wspomnienia nie mogą pozostać bez śladu. 


Nie da się patrzeć na cierpenie innych i nie oślepnąć. Nie da się kręcić w kółko co noc, dopóki nie rozpłyniesz się we łzach... [1]

 
Choć wojna się skończyła, ich walka nadal trwa – tym razem nie stawiają czoła żołnierzom, nie chronią się przed bombami czy pociskami, lecz starają się przetrwać we własnych domach.
Pamiętając morze krwi rozlewającej się po bitewnych polach, nie są już w  stanie zasiąść do rodzinnego posiłku, przytulić ukochanej czy bawić się z  dziećmi – tak trywialne czynności stają się barierą nie do przeskoczenia.

I nie są to ludzie starsi, doświadczeni wiekiem i życiem – to młodzi ludzie, nasi rówieśnicy: dwudziestotrzylatek Riley Purefoy i jego świeżo poślubiona żona Nadine. Młody mężczyzna został mocno okaleczony, tak bardzo, że musiano dokonać rekonstrukcji szczęki, która choć się powiodła, całkowicie zmieniła jego życie: bohater ma trudności z  przełykaniem i jedzeniem twardych pokarmów, musi mierzyć się z litością lub obrzydzeniem widzianym w  oczach mijających go ludzi, a to wszystko jedynie błahostki przy wizjach wojennych, które wciąż go nie opuszczają. On i Nadine muszą ratować swoje małżeństwo, zanim na dobre zostanie ono skonsumowane – także i z  tym okazuje się problem, bowiem ona nie chce go do niczego zmuszać i poganiać, wiedząc jak mocno wojna okaleczyła jego psychikę, on zaś myśli, że przestał być dla niej atrakcyjny, gdy nie potrafi nawet jej pocałować.
 
Ta para jednak, radzi sobie nienajgorzej, mimo braku akceptacji ze strony rodziców.

Gorzej rzecz ma się z  Peterem i jego zoną Julią. Ich małżeństwo niemalże wisi na włosku – mężczyzna jest tak silnie dręczony demonami wojennymi, że zamienia się w  odludka znajdującego zapomnienie jedynie w  alkoholu. Przed oczami wciąż stoją mu podwładni, których stracił – jak sądzi, na skutek swoich złych decyzji. Julia robi co może, by ulżyć jego cierpieniom – próbuje rozmawiać, wraz z  jego kuzynką Rose dają mu wytchnienie, starają się, by niczego mu nie brakowało, organizują spotkania z  Rileyem. On jednak jest nieustępliwy – wojna okaleczyła go bardziej niż wszyscy są w  stanie przypuszczać. Wydaje się, że nie ma już dla niego ratunku. Opuszcza go najpierw kuzynka, później żona – w dodatku będącą w  kolejnej ciąży. 


Każda śmierć przywraca wszystkie te, które wydarzyły się przed nią - z czego wcześniej nie zdawała sobie sprawy. [2]


Jak potoczą się losy tych dwu, na zawsze splecionych ze sobą par? Czy demony wojny w końcu ustąpią pod naporem miłości i czułości? Czy człowiek jest w  stanie zapomnieć to wszystko, z  czym przyszło mu się dotkliwie mierzyć? Czy ci, którzy przeżyli okropieństwo wojny są w  stanie na powrót stać się szczęśliwymi?

Louisa Young po raz kolejny podejmuje podobną problematykę, snując opowieść będącą luźną kontynuacją wcześniejszej, fenomenalnie napisanej książkiKochanie, chcę Ci powiedzieć, stanowiącej zapis zmagań wojennych Rileya i Petera oraz przeżyć ich kobiet, próbujących radzić sobie z rozłąką i widocznymi zmianami zachowania swoich ukochanych mężczyzn. 
Znowuż pozwala zauważyć jak wielką wrażliwością cechuje się jej pisanie, jak doskonale potrafi poddać się syntonii z  bohaterami, z  jaką łatwością – mimo historycznej odległości wydarzeń – jest w  stanie odtworzyć uczucia, emocje, trudności tamtych chwil, parę miesięcy po zakończeniu kaleczącej wojny, parę lat przed jej jeszcze straszniejszą powtórką.

To książka nie tak dobra jak poprzednia, ale wciąż wyróżniająca się wśród powieści obyczajowych z  wątkiem wojennym.
Obyśmy nigdy nie musieli stać się uczestnikami podobnych wydarzeń, depozytariuszami podobnych traum i tragedii.
Ku przestrodze, ku zrozumieniu, ku poruszeniu.


[1] Louisa Young, Wciąż czekam, Warszawa 2015, s. 114.
[2] Tamże, s. 183.

niedziela, 15 czerwca 2014

Z grubsza Wenus – Anna Fryczkowska


Tytuł: Z grubsza Wenus
Autor: Anna Fryczkowska
Wydawnictwo: Prószyński
Ilość stron: 304
ISBN: 9788378397380

Ciężko przekonać mi się do polskich powieści obyczajowych, zwłaszcza tych sygnowanych hasłem „humorystyczna” czy „ironiczna”. Boleję nad tym, ale rzadko potrafię je docenić, rzadko do mnie trafiają i jeszcze rzadziej skłaniają do chwili refleksji nad proponowaną problematyką. Inaczej stało się z tekstem Anny Fryczkowskiej, choć nie ukrywam, że i tutaj byłam pełna obaw. Autorkę poznałam już za sprawą dwu książek: Kobieta bez twarzy (tu było dość słabo) i Starsza Pani wnika (tu z kolei było świetnie!), nierównych i dlatego wciąż pozostawiających mnie z pytaniem o to czy Fryczkowską jednak warto czytać, czy nie warto.

Z grubsza Wenus zapowiadała się niepozornie. Oto dwie kobiety wagi dość ciężkiej i zdecydowanie ciężkiej, spotykają się na obozie odchudzającym i trafiają do jednego pokoju. Każda przyjechała z innym bagażem doświadczeń, z innymi frustracjami i innymi sposobami reagowania oraz wyrażania emocji, a także z innymi motywacjami. Jasia i Basia – dwa różne światy, które na pozór dzieli cała galaktyka. Obie panie przekonają się jednak jaki świat jest mały i jak wiele je łączy, choć żadna z nich nie chciałaby się do tego przyznać.
Janina to kobieta, która tak naprawdę wcale nie chce się odchudzać – kocha jeść i kocha siebie taką, jaką jest. Akceptuje swoje ciało i to czyni ją atrakcyjną. Jednak nie w oczach Basi – perfekcyjnej w każdym calu, od lat dążącej do doskonałości, próbującej zrzucić każdy zbędny dekagram. Ona uznaje starszą o kilkanaście lat Jasię za chodzącą obrzydliwość i definicję słabego charakteru oraz przegranego życia, skazaną na porażkę i zdecydowanie niewartą miłości. Od samego początku trzyma ją na dystans, mimo że tamta stara się z nią zaprzyjaźnić, opowiadając jej między innymi historię swojego życia i swojego romansu, w który rzecz jasna Basia nie jest w stanie uwierzyć. Ona sama, mimo rygorystycznego dbania o linię, została zdradzona przez męża. Jakże więc, ktoś tak otyły jak Jasia mógłby mieć cokolwiek wspólnego z miłością i namiętnością? To nie mieściło się w precyzyjnie zaprogramowanym (wytresowanym?) na odchudzanie (przez matkę i męża) umyśle kobiety.
Podczas gdy Basia przyjechała na obóz, by schudnąć, Janina po raz kolejny poddaje w wątpliwość sens takich prób. Obie jednak zamiast ciała, spróbują uleczyć swoje dusze, o wiele bardziej potrzebujące naprawy niż to, co widoczne gołym okiem. Narracja prowadzona jest naprzemiennie z perspektywy obu kobiet, dzięki czemu możemy dokładniej przyjrzeć się ich odmiennym zapatrywaniom.
Fryczkowska poprzez swój tekst manifestuje sprzeciw przeciwko chorej pogoni za szczupłą sylwetką, której ceną jest frustracja, lęk, depresja, popsute relacje z rodziną i kompletnie zrujnowane wnętrze człowieka. Buntuje się przeciwko modzie na bycie chudą, która staje się celem nadrzędnym, ważniejszym niż szczęście, akceptacja siebie i spokój wewnętrzny. Autorka ukazuje świat, w którym o człowieku świadczy ilość kilogramów w stosunku do ilości mięśni, nie zaś życzliwość czy pomocność.  Zdaje się ostrzegać, że szczupła sylwetka nigdy nie będzie substytutem spełnienia, że ważniejsze niż liczba ukazującą się na wadze jest nasz stosunek do samych siebie i innych, a także zdrowie, którego nikt nam nie wróci. Nie mówi, że otyłość jest stanem, do którego należy dążyć, o nie! Pokazuje jednak, że także ludzie „przy ciele” mają szansę na odwzajemnioną miłość i spełnienie, a nie że są skazani na społeczny ostracyzm i wykluczenie z środowiska ludzi fit. Dobrze sięgać po takie książki! W sposób niezwykle lekki kompromituje ona bowiem oczekiwania wobec kobiet, stawiane zarówno przez mężczyzn jak i (o zgrozo!) przez same kobiety, które z pokolenia na pokolenie przekazują przeświadczenie o tym, że do końca swoich dni należy jeść 1000 kcal dziennie i broń Boże nie celebrować posiłków, bo każdy nadprogramowy dekagram może zrujnować karierę, życie małżeńskie i towarzyskie. Ośmiesza świat, w którym o wartości kobiety decyduje wygląd, mężczyzna u boku i wieczny uśmiech, poświadczający o doskonałym samopoczuciu bez względu na zmęczenie, ciążę, chorobę czy jakiekolwiek inne czynniki, które nie powinny się wydarzyć.
Zimny prysznic! Polecam serdecznie.

Recenzje innych książek Fryczkowskiej po kliknięciu:

http://shczooreczek.blogspot.com/2012/06/starsza-pani-wnika-anna-fryczkowska.htmlhttp://shczooreczek.blogspot.com/2011/08/kobieta-bez-twarzy-anna-fryczkowska.html
 

czwartek, 1 sierpnia 2013

Książkowy rarytas - Kalendarzyk niemałżeński


Tytuł: Kalendarzyk niemałżeński
Autor: Dorota Wellman, Paulina Młynarska
Wydawnictwo: Znak
ISBN: 978-83-240-2399-8
Ilość stron: 304
Cena: 34,90 zł


Już dawno o żadnej książce nie marzyłam tak jak o tej. Do jej kupna przymierzałam się niemalże od dnia premiery, ciągle wypatrując jakiejś promocji czy też lepszej okazji. Po wielokrotnym głaskaniu okładki we wszystkich miejscach ją oferujących – wczoraj nie wytrzymałam. Dość było czekania na lepszy czas, dość podkręcania temperatury pragnienia bycia właścicielką tejże właśnie książki.
I muszę przyznać – już dawno zakup żadnej publikacji nie sprawił mi takiej radości! Nie pamiętam, kiedy ostatnio wychodziłam ze sklepu z takim uśmiechem na ustach, celebrując tę podniosłą chwilę. Coraz częściej po kupieniu książki towarzyszy mi dojmujące poczucie winy, że przecież tyle innych w domu czeka na lekturę, że wcale jej nie chciałam, że to był tylko kaprys, impuls. Nie lubię tego uczucia, dlatego też to, które za sprawą Kalendarzyka… pielęgnowałam w sobie już od dawna, było tym intensywniejsze i bardziej katartyczne – potrzebowałam takiego orzeźwienia. Zdałam sobie sprawę jak bardzo za nim tęsknię i chyba to, bardziej niż wiele innych czynników, pokazało mi co muszę zmienić, a co próbuję z mizernym skutkiem zrobić od wielu miesięcy. Mogłabym (i zrobię to!) w tym momencie zacytować jeden z moich ulubionych wyimków o czytaniu i towarzyszących mu gestach:

Delektowała się chwilę i przeglądała książkę. Bardziej ją gładziła niż czytała  Zobaczyła moje zdziwienie. - Najpierw trzeba książkę przytulić, oswoić. Wszystko do czego się zbliżamy, musi nabrać do nas zaufania. [Jan Grzegorczyk – Puszczyk]

To był moment! Jak ja tęskniłam za takim właśnie pragnieniem lektury, niezmąconym przez dziesiątki zalegających na półkach egzemplarzy do recenzji, po które choć chcę – to także muszę sięgnąć, co już w jakiś sposób odziera lekturę z tej dawki radości, z tego nieokiełznanego pragnienia zajrzenia pod okładkę. I oto jest. Dorota Wellman, którą bardzo cenię i Paulina Młynarska – dwie kobiety, które „zrobiły mi dzień”.

Obie Panie w swojej książce postawiły na formę epistolograficzną. Stworzyły książkę, będącą zapisem ich wspólnej korespondencji – na tematy ważne, aktualne, niewygodne. Będzie o dzieciach, będzie o seksie, będzie o perfekcji, będzie o aborcji, zdradach, pogoni za pięknem, feminizmie i próbie zatrzymania czasu. To taki koktajl, wynikający ze spotkania się dwu kobiet, dwu światów, niosących ze sobą różne doświadczenia, którymi pragną się ze sobą dzielić. Autorki dyskutują, sprzeczają się, onieśmielają swoją szczerością, ale też poglądami, których potrafią bronić. Jak to w przyjaźni – nie zawsze się zgadzamy, ale zawsze potrafimy rozmawiać i argumentować.
Podczas lektury czułam się dokładnie tak, jakbym znalazła się na babskim wieczorze – przy dobrej herbacie, pod kocykiem, przy kominku. Siedziałam obok Wellman i Młynarskiej, by z zapartym tchem śledzić ich rozmowy, a czasem także do nich się włączać, dzieląc własnymi przemyśleniami. To iście kobieca książka, napisana przez kobiety dla kobiet. Mądra, błyskotliwa, czasem zabawna, czasem refleksyjna. Kobiety odnajdą w nich siebie, a mężczyźni – którym również lekturę stanowczo doradzam – lepiej poznają i zrozumieją swoje partnerki.
Jedyną wadą tej książki jest to, że jest… za krótka! Chciałoby się jeszcze, jeszcze i jeszcze, a tu czeka nas rozczarowanie w postaci ostatniej stronicy… Liczę na ciąg dalszy!:)

D O S K O N A Ł A !!!

niedziela, 9 grudnia 2012

Dom na krawędzi – Maria Nurowska


Tytuł: Dom na krawędzi
Autor: Maria Nurowska
ISBN: 978-83-240-2177-2
Wydawnictwo: Znak
Udostępnienie: Sztukater
Ilość stron: 270








Drewniana chata przytulona do stromego zbocza. Dom na krawędzi – przyszło mi wtedy do głowy, jeśli coś takiego można nazwać domem: podziurawiony gontowy dach, puste oczodoły okien, wyrwane drzwi.[i]


Dom na krawędzi stanowi kontynuację opowieści o losach bohaterki Drzwi do piekła – Darii.
Kobieta po wyjściu z więzienia, postanawia całkowicie zmienić swoje życie. Przyjmuje nową tożsamość, buduje dom w Bukowinie Tatrzańskiej, z którego czyni pensjonat.
Budowa przyjęła w jej życiu wymiar symboliczny – stała się widzialnym znakiem zmian, naocznym świadkiem wewnętrznej przemiany bohaterki, ucieczki od przeszłości, oczyszczenia, swoistego katharsis.
Przestaje być ona Darią, a staje się Martą – kobietą pewną siebie, spełnioną, pragnącą zacząć wszystko od początku, bez zbędnego balastu przeszłości. Z tego powodu opuszcza znaną sobie okolicę; ludzi, którzy już zawsze spoglądaliby na nią przez pryzmat jej życiowych doświadczeń i zaszywa się w miejscu pozornie oddalonym od dotychczasowego.
Wszystkie losy ludzkie splecione są jednak w pewien niezrozumiały dla nas sposób i w momencie, gdy Marta ponownie zaczyna czuć szczęście i spełnienie, gdy ma wrażenie, że oto narodziła się na nowo – wracają demony przeszłości. W drzwiach jej pensjonatu staje jej współwięźniarka, chcąca ujawnić wszystkim jej prawdziwą tożsamość.
Marta raz po raz natyka się na poznane w więzieniu kobiety, jedną z nich zaprasza nawet na dłużej do swojego życia, dając jej szansę na zmianę – zabiera ją z Dworca centralnego, pozwala zająć jeden z pokoi pensjonatu, stara się pomóc jej wyjść na prostą.
Na tym jednak nie koniec zawirowań w życiu Darii-Marty. Gdy pojawia się kolejna współwięźniarka – Iza – życie kobiety nabiera nowego kształtu. Zostawia ona bowiem u niej córkę – początkowo mowa o kilku miesiącach, jej wizyta ostatecznie przeradza się jednak w wieloletnie zamieszkiwanie pensjonatu i wejście na stałe w relacje rodzinne z bohaterką. Marta staje się dla córki koleżanki drugą matką, dbającą o jej wychowanie, wykształcenie, dającą jej wszystko co potrzebne: trwającą przy niej, jak na posterunku, zarówno w zdrowiu, jak i w chorobie, podczas gdy Iza robi zawrotną karierę za granicą i nie ma czasu na zainteresowanie się swoim dzieckiem.
Jak na marzenie o spokojnym i sielskim życiu po wyjściu z więzienia – dzieje się zbyt dużo.
Dom, o którym śniła bohaterka, stał się tytułowym domem na krawędzi – krawędzi rozumianej wielorako. Jako granicy starego życia, granicy załamania, granicy przyjaźni, granicy starych uraz. Krawędź owa jest raz po raz przekraczana przez wszystkie kobiety przewijające się na kartach tej powieści, głównie zaś przez Martę, która zmieniła nie tylko swoją tożsamość, lecz właściwie wszystko. Budując pensjonat w Bukowinie, faktycznie zbudowała podwaliny nowego, wspaniałego życia – poznała smak przyjaźni, macierzyństwa, miłości, spełnienia, zadowolenia z siebie i nade wszystko – odwagi. Odkryła, że czas dany nam na ziemi, to sinusoida barw, prawdziwa paleta kolorów, a odcień każdego dnia, zależy tylko i wyłącznie od niej.

Nurowska po raz kolejny zaprezentowała swój dar w budowaniu portretów psychologicznych. Choć tym razem bohaterkami rządzą zupełnie inne emocje niż w Drzwiach do piekła, w dalszym ciągu są one doskonale nakreślone. Uważny czytelnik zauważy powolne przemiany każdej z nich, autorka bowiem poświęciła sporo uwagi każdemu niuansowi, sprawiając, że powieść tę czytać można jako historię o dojrzewaniu do nowego życia.

Polecam, czyta się jednym tchem. Warto jednak najpierw poznać część pierwszą, by zrozumieć mechanizmy zachowań bohaterek, ich historie życia, sposób ukształtowania psychiki. Wszystko to, będzie bardzo ważne podczas lektury i zadecyduje o jej docenieniu w każdym, nawet najmniejszym detalu.


Recenzja Drzwi do piekła dostępna po kliknięciu w obrazek:




[i] Maria Nurowska, Dom na krawędzi, Kraków 2012, s.30.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Kobiety dyktatorów – Diane Ducret




Rola kobiet w historii jest niewyobrażalna, dlatego też coraz częściej tematykę tę wykorzystują autorzy książek – z opowieści prawdziwych tworząc powieści wzruszające, choć niejednokrotnie także i wstrząsające.
Do takich niewątpliwie zaliczyć należy „dziecko” Diane Ducret – Kobiety dyktatorów.
Autorka w swojej publikacji wzięła pod lupę życie uczuciowe najokrutniejszych tyranów jakich znało ostatnie stulecie – Hitlera, Lenina, Stalina, Mussoliniego, Mao, Ceausescu, Salazara i Bakassy. Nie, nie przewidzieliście się – życie uczuciowe. Bo choć wydawać by się mogło, że tak okrutni ludzie uczuć musieli zostać prędzej czy później pozbawieni, to jednak w żadnej mierze nie przeszkadzało im to w rozkochiwaniu w sobie milionów kobiet.

Któż z nas myśląc o Hitlerze, widzi oczyma wyobraźni wspaniałego kochanka, uznawanego przez płeć żeńską z całego świata za boga seksu? Pewnie niewielu, jeśli ktokolwiek.
Podobnie rzecz ma się ze Stalinem czy Leninem.
Dzisiaj, po latach, życie tych osób zostało już zweryfikowane przez historię. Choć kiedyś uznawani byli za ludzi budzących skrajne emocje – od miłości  do nienawiści – dziś przez większość oceniani są jako - posługując się eufemizmem – jednoznacznie negatywni. Kiedyś co do tego można było mieć wiele wątpliwości. Ducret przedstawia nam dyktatorów jakich nie znamy – dyktatorów, będących obiektem westchnień kobiet na całym świecie; dyktatorów którzy dostawali setki tysięcy listów z propozycjami matrymonialnymi; dyktatorów sugerujących się opiniami kobiet będącymi wyrazem sytuacji politycznej w kraju; dyktatorów, którym nie dane było przeczytać żadnej wiadomości z krytyką.
Dziś, mając w pamięci wydarzenia wojenne, mogąc odwiedzać miejsca takie jak Auschwitz, ciężko czyta się słowa określające Hitlera jako „Mesjasza” czy „posłańca pokoju”. Trudno nawet uwierzyć, że kreślące te zdania Niemki nie były do takich zapisów przymuszane, trudno zrozumieć, jak wielką siłę oddziaływania miał fuhrer. Autorka podkreśla, że Hitler doskonale znał teorie Freuda o podświadomości i sprytnie je wykorzystywał. Jak widać – z należytym skutkiem.
I nie tylko on. Mussolini, Lenin, Stalin – oni wszyscy mieli przepełnione skrzynki wiadomościami wychwalającymi ich i sławiącymi ich „doniosłe dzieło”.
Choć można wymienić wiele cech wspólnych wszystkich dyktatorów, różniło ich równie wiele – za przykład wystarczy tu podać sposób reagowania na owe listy Mussoliniego i Hitlera. Drugi, nigdy nie dał się wciągnąć w tę epistolarną grę – wiadomości przeglądał, ale nie zdarzyło mu się odpisać. Duce odwrotnie – wykorzystywał korzystną sytuację oraz piszące do niego kobiety. Miał świadomość własnej uwodzicielskości. Wiedział, że może doskonale ją wykorzystać, by zapanować nad kobietami, a co za tym idzie – również i nad całym krajem.

Kobiety dyktatorów, to jednak nie tylko zapis korespondencji napływającej do dyktatorów – stanowią one jedynie preludium do wstrząsających historii życia żon i kochanek tych postaci, są wstępnym rozdziałem, który niejako naznacza całą treść książki. To, on mimo wszystko, dotknął mnie najbardziej.
Nie sądźcie jednak, że będą to suche fakty – historie te czyta się z zapartym tchem, raz po raz nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie się ujrzało. Nie nazwałabym tej lektury przyjemną, raczej – pouczającą. Ukazującą jak silne są gry namiętności, jak wiele zależy od pasji, pożądania i strachu. To spojrzenie przez dziurkę od klucza na świat wielkich wodzów, na ich życie poza sferą publiczną oraz na ich sposób dobierania sobie personelu, towarzystwa i wszystkich innych osób otaczających.
Lekcja, jakiej nie da nam żaden podręcznik historii.
Gorąco polecam!


czwartek, 7 kwietnia 2011

"Córki hańby" Jasvinder Sanghera


Autorka ksiązki “Córki hańby”, Jasvinder Sanghera, urodziła się i dorastała w Wielkiej Brytanii. Tam też założyła organizację Karma Nirvana, zrzeszającą i pomagającą ofiarom przemocy domowej, wymuszonych małżeństw oraz zbrodni honoru. Stara się także przeciwdziałać honorowym zabójstwom.
Jej poprzednia powieść- „Zhańbiona”- była powieścią biograficzną i rozeszła się w wielkim nakładzie.  Autorka przeżyła okropności o jakich wielu ludziom nawet się nie śniło.
Tym razem, Jasvinder zmieniając nazwiska postaci postanowiła opowiedzieć historię swojej organizacji oraz osób, które się do niej zgłaszają.
Jest to opowieść szczera, odważna, poruszająca i rodząca wielki bunt przeciwko złu, jakie mimo życia w XXI wieku, wieku, w którym tak głośno o prawach i wolności człowieka, nadal dzieje się na świecie.
Porusza niewyobrażalnie trudne tematy cierpiących kobiet, jak i mężczyzn. Jest wielkim protestem przeciwko takiemu traktowaniu przez ich bliskich, przez władze  oraz przez nie same. Jest uświadomieniem tego, co dzieje się tuż za naszymi plecami, tego czego często nie chcemy widzieć, o czym nie chcemy słuchać.
W książce tej znajdziemy historie kobiet bitych, maltretowanych, terroryzowanych, narkotyzowanych.  Kobiet, na których stosowano przemoc zarówno fizyczną, jak i psychiczną, kobiet nie zdolnych do zmian, kobiet ze zniszczoną psychiką, strachem wpojonym od samych narodzin. Tylko nieliczne z nich okażą wielką siłę, odwagę, determinację i wytrwałość w walce o wolności i godne życie.
Mimo, że decydując się na tak odważny krok, stracą wszystko- rodzinę, dom, szansę na powrót, a niejednokrotnie także i życie.
Ksiązka ma na celu ukazanie tego jak wiele zła jeszcze na świecie, jak ciężko wyrwać się z okowów bezkompromisowej tradycji, jak bardzo potrzebna jest pomoc i jak ważne jest uświadamianie ludzi.
Jest to kolejna, niezwykle ważna pozycja na polskim rynku.
Polska, mam wrażenie, ciągle jest zamknięta na takie tematy. Zbywa się je milczeniem, media nie specjalnie się nimi interesują.
Być może pora to zmienić, być może pora nagłośnić sprawę i to w godzinach największej oglądalności czy słuchalności. Nie po nocach, nie w ramach napełniaczy.
Książka ta jest kolejną próbą zwrócenia naszej uwagi.
Jak najbardziej godną polecenia.

Ocena 5/6

By Scathach

Tytuł oryginału:Daughters of Shame
Wydawnictwo:Prószyński i S-ka/ Prószyński Media , Kwiecień 2011
ISBN:978-83-7648-677-2
Liczba stron:248
Wymiary:140 x 200 mm
Tłumaczenie: Bogumiła Nawrot