Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Business&Culture. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Business&Culture. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 lipca 2017

Projekt zdrowie. Szwedzki poradnik inteligenta - Anders Hansen, Carl Johan Sundberg




Projekt zdrowie. Szwedzki poradnik inteligenta autorstwa Andersa Hansea i Carla Johana Sundberga to nic innego jak poradnik prezentujący zasady, których stosowania ma zapewnić nam długowieczność oraz znacząco obniżyć ryzyko zapadnięcia na szereg chorób cywilizacyjnych, a także na niektóre rodzaje nowotworów.

Zamysł książki skupia się przede wszystkim na zaprezentowaniu korzyści płynących z czynnego i regularnego oddawania się aktywności fizycznej. Autorzy gorąco zachęcają do wstania z kanapy i udania się na dwudziestominutowy spacer każdego dnia, po to, by poprawić samopoczucie, kondycję, obniżyć poziom cukru we krwi, wyeliminować niektóre leki i suplementy, a także stracić kilka kilogramów. Ich zachęty nie polegają na motywacyjnych hasłach, lecz na prezentowaniu wyników wieloletnich badań, pokazujących jak wiele dobra płynie z najtańszego i najłatwiej dostępnego lekarstwa świata – aktywności fizycznej.

Jeśli skarżycie się na różne dolegliwości, od depresyjnych nastrojów, niemożności koncentracji, przez bóle stawów aż do zadyszki, kołatania serca czy ustawicznych bólów głowy – warto sięgnąć po tę pozycję i dać się przekonać, że hasło „sport to zdrowie”, to nie tylko tendencyjne zawołanie, lecz prawda, której wdrożenie w życie może je znacząco wydłużyć i polepszyć jego jakość.


piątek, 10 marca 2017

Gdy mrok zapada - Jørn Lier Horst



Gdy mrok zapada  Jørn Lier Horsta stanowi prequel serii o śledczym Williamie Wistingu.

Oto Stavern roku 1983. Za pasem Boże Narodzenie, ulice są zasypane śniegiem stale lecącym z nieba. Wisting dopiero co został ojcem dwójki bliźniaków, nad którymi opieka pochłania nie tylko bardzo dużo czasu, lecz również całkiem sporo pieniędzy. Mężczyzna pracuje jako konstabl w policji, często biorąc dodatkowo płatne dyżury, jednak wydarzenia pamiętnego roku stawiają go w sytuacji, która może podnieść jego rangę i przenieść go do wydziału śledczego, o którym skrycie marzy. Za sprawą swojego przyjaciela znajduje się w samym centrum starego przestępstwa – niewykrytego, a przez to niewyjaśnionego morderstwa sprzed lat.

Oto w starej, ledwo trzymającej się stodoły znaleziony zostaje zabytkowy samochód, którego karoseria nosi ślady od kul. Według Wistinga wiele wskazuje na to, że kierowca nie przeżył strzelaniny, nigdzie jednak ani oficjalnie nie zgłoszono zaginięcia, ani nie znaleziono ciała.

Za zgodą swoich przełożonych policjant rozpoczyna swoje pierwsze prawdziwe śledztwo, które nie tylko sprawi, że zostanie postrzegany jako osoba niezwykle dociekliwa i starannie łącząca fakty, której mocną stroną jest dedukcja, ale także dowie się, jak łatwo manipulować faktami oraz ludźmi, i jak wiele zależy od dobrze postawionego pytania. Pierwsze kryminalne doświadczenie nieopierzonego posterunkowego stanie się kluczem do jego dalszej kariery, która płynąć będzie pod znakiem dochodzeń w trudnych sprawach.

Nie ukrywam, że książka moich oczekiwań nie spełniła – powiedzieć, że jest przeciętną, to dosyć eufemistyczne załatwienie sprawy. Odnoszę wrażenie, że jest to najsłabsza jak dotąd powieść autora. Z  czego to wynika? Trudno dociekać czy zabieg jest celowy, mający pokazać, że pierwsza część serii jest najsłabsza, a później jej walory będą wzrastać, czy też jest wypadkiem przy pracy – chwilowym (oby!) spadkiem formy i nieumiejętnie rozegraną i rozpisaną historią.

Pewnym jest, że powieść ta pozostaje daleko w tyle za tekstami opisującymi dalsze losy Williama Wistinga. Dla fanów serii będzie uzupełnieniem wiedzy o ich ulubionym bohaterze, reszta jednak z powodzeniem może tę pozycję pominąć podczas lekturowych wyborów i zacząć od innych części cyklu.


Przeczytaj także:
Ślepy trop - Jørn Lier Horst

czwartek, 16 lutego 2017

Był sobie pies - W. Bruce Cameron



Był sobie pies to książka W. Bruce’a Camerona wydana wcześniej pod tytułem Misja na czterech łapach. Grana właśnie w  kinach ekranizacja, stała się pretekstem do jej wznowienia i wydania pod zmienioną nazwą.

Jej narratorem jest nie kto inny, jak… pies. Toby, bo tak wabi się on na początku powieści, trafia do schroniska jako szczeniak. Tam też po raz pierwszy zaznaje opuszczenia, nieszczęścia i buntu przeciwko strachowi przed ludźmi, do jakiego wychowała go mama.

Gdy po czasie odradza się on jako golden retriever, wie już skąd w nim ów sprzeciw. Oto trafia on w ręce ośmioletniego Ethana, z którym idzie przez życie ramię w ramię. Zaznaje pełni szczęścia, miłości, dowiaduje się co to oddanie i prawdziwa przyjaźń zdolna do największych poświęceń. Jako Bailey poznaje swój życiowy cel – ma ochraniać chłopca i dbać o jego zadowolenie. Ten zaś, zapewnia mu za to dobrą zabawę i swoje nieustanne towarzystwo.

Choć pies umiera z poczuciem niewypełnienia misji, odradza się po raz kolejny, już jako owczarek niemiecki, biorący udział w akcjach poszukiwawczych zaginionych ludzi. Mimo że daleki jest od ciepła rodzinnego domu, wciąż pamięta swojego chłopca i to, czego ten go nauczył. A ich wspólna historia wcale nie dobiega jeszcze końca…

Był sobie pies pozwala nam na śledzenie kilku różnych wcieleń głównego bohatera, dzięki którym ten odkrywa sens swojego życia. Jako pies trafia w  różne miejsca i do różnych osób – jedni są serdeczni tak jak Ethan, inni zaś niebezpieczni i wrodzy wobec zwierząt. Psi narrator w żaden sposób ich jednak nie ocenia – pewnych zachowań nie rozumie, stoją one w sprzeczności z tym, czego o ludziach dowiedział się jako Bailey, jednak przyjmuje je jako naturalną kolej rzeczy, ocenę pozostawiając czytelnikowi. Jest zatem książka ta nie tylko opowieścią o psio-ludzkiej miłości i przewiązaniu, ale także o człowieczym okrucieństwie, nienawiści, zazdrości i złości. Ukazuje ona całe spektrum emocji towarzyszących ludziom każdego dnia, a które pies potrafi doskonale rozszyfrować jeszcze zanim zrobimy to my sami.

Był sobie pies to opowieść prosta, wręcz prostoduszna i prostolinijna. Przez to jednak, przez tę psią niewinność i obserwowanie świata psimi oczami, staje się wciągająca i fascynująca. Nie jest bowiem bohater sztucznie personifikowany – typowych cech człowieczych w nim nie znajdziemy, jedynie tyle, ile potrzeba do poprowadzenia narracji. Ciągle jest jednak psem – wielu spraw nie rozumie, wiele traktuje jako zabawę, co jest uwypuklone przez gros humorystycznych komentarzy.

Nie jest, rzecz jasna, literaturą wysokich lotów, jest za to piękną historią prawdziwego oddania.
To powieść o psiej reinkarnacji, o wielokrotnych wcieleniach tego, który żyje, by wypełnić wyższy cel, w którego realizacji pomagają mu właśnie doświadczenia każdego z żywotów.

Najbardziej wyszczekana opowieść jaką czytałam. Idealna dla wszystkich psiarzy, którzy domyślają się, co ich pupile myślą, a teraz będą mogli to zweryfikować.

Przepełniona ciepłem i miłością historia psiego żywota (a właściwie żywotów), którą będziecie wspominać z uśmiechami na twarzach.


sobota, 4 lutego 2017

KONKURS!


KONKURS

Aby wygrać egzemplarz książki "Gdy mrok zapada" wydawnictwa Smak Słowa:
1. Udostępnij banner konkursowy (blog, G+, Facebook - pełna dowolność gdzie to zrobisz)
2. Bądź obserwatorem blogu.
3. Zgłoś się w komentarzu, podając tytuł najlepszego (Twoim zdaniem) kryminału minionych lat.

Spośród odpowiedzi wybiorę jedną zwycięską.
Bawimy się do 11.02.2017 ;)


Konkurs trwa równolegle na Facebooku. Można zgłaszać się tutaj lub tam:)


środa, 7 grudnia 2016

DESA Modern na zakładkach - dzieła sztuki w zasięgu ręki.



Idą święta. To czas podarunków dla najbliższych; dla tych, z którymi spędzasz każdą wolną chwilę; dla tych, którym chcesz się odwdzięczyć; dla tych, którzy sprawiają ci przyjemność, wzruszają i pocieszają… No właśnie, więc co dasz książce?

A może coś wyjątkowego ale niezobowiązującego? Coś praktycznego ale też pięknego. DESA Modern przygotowała wyjątkową kolekcję magnetycznych zakładek do książek. Każda z nich prezentuje obraz jednego z najlepszych polskich artystów współczesnych.

Do współpracy zaproszono twórców, których prace były wielokrotnie doceniane w kraju i za granicą. Edward Dwurnik jest znany przede wszystkim z wyjątkowych wedut — cyklu „Podróże autostopem”, w którym maluje miasta z lotu ptaka. Plakaty i ilustracje Rafała Olbińskiego regularnie ukazują się na łamach takich magazynów jak „New York Times”, „New Yorker” czy „Time”. Jerzy Nowosielski jest jednym z najwybitniejszych współczesnych twórców ikon i autorem charakterystycznych aktów.

Taka zakładka to idealny pomysł na prezent dla ukochanej książki i osoby. 


Więcej wiadomości i modeli zakładek do wglądu i wyboru na stronie http://www.desamodern.pl/ .

Polecam!

środa, 23 listopada 2016

Duński przepis na szczęście - Jessica Alexander, Iben Sandahl


Duński przepis na szczęście promujący filozofię hygge, jest dla mnie nie tyle czymś odkrywczym, ile niezwykle godnym naśladowania i pomocnym, a w konsekwencji - wartym polecenia. 

Książka ta, napisana przez Jessicę Alexander i Iben Sandahl, promuje najskuteczniejszą filozofię wychowania, kształtującą ludzi szczęśliwych (wszak Duńczycy od, bagatela, 40 lat plasują się w czołówce narodów najszczęśliwszych) i wyrosła z pytania, jakie kobiety zadawały sobie od dawna – jak to możliwe, że duńskie dzieci i rodzice są tak spełnieni i radośni?

Szukając odpowiedzi, autorki natrafiły na szereg badań naukowych oraz odbyły rozmowy ze specjalistami z różnych dziedzin. Nie bez znaczenia było także ich własne doświadczenie – Alexander jako żona Duńczyka bardzo szybko mogła skonfrontować tak różne od siebie wychowanie duńskie i amerykańskie, zaś Sandahl jako psychoterapeutka, doświadczała wielu spotkań mających wpływ na jej widzenie owej metody wychowawczej.

Bardzo podoba mi się sposób, w jaki duńscy rodzice uczą swoich dzieci nazywania i radzenia sobie z emocjami, jak mówią im prawdę i zachęcają do dalszej pracy, mocno im kibicując. Nie udają, że ich dzieci są najwspanialsze i najlepsze nawet wówczas, gdy coś im nie wyjdzie, lecz umiejętnie prowokują je do dalszych działań, wzmacniając ich motywację. Dzięki temu, nawet w obliczu porażek, nie załamują się, lecz walczą dalej – są nauczeni, że przeszkody bowiem są tylko kolejną przygodą, nie zaś barierą nie do pokonania. Podobnych przykładów jest w tej książce bardzo wiele - mogłabym je mnożyć i wymieniać, jednak odebrałabym Wam wówczas radość przyszłej lektury i wdrażania pomysłów.

Jednym z największych marzeń mojego życia, którego odbicie znalazłam na kartach tej publikacji, jest stworzenie domu, do którego każdy jego członek, a także przyjaciele i dalsza rodzina, będzie chciał wracać – ciepłego, wspierającego, otwartego, przytulnego i przyjacielskiego, zapewniającego poczucie bezpieczeństwa, wspólnoty, wsparcia i zaufania. Wydaje się, że hygge (dosłownie – „miło pobyć razem”) jest dla mnie stworzone, jest bowiem dokładnie tym szczególnym rodzajem relacji, o jakiej marzę.

I choć Duński przepis na szczęście poświęca tematyce ledwo jeden, końcowy rozdział książki, wszystko to, co znajduje się w niej wcześniej, jest właśnie zapisem form kształtowania człowieka tak, by na hygge był gotowy i dojrzały. Ono jest jedynie naturalną konsekwencją.

Polecam – zarówno tym, którzy dzieci jeszcze nie mają, ale już chcą się dowiedzieć, jak można wychowywać inaczej niż „po polsku”, jak i tym, którzy swoje pociechy mają, a przyjęte metody wychowawcze wydają się albo nieskuteczne, albo przeciwnie  –  zgodne z duchem filozofii duńskiej – znajdziecie tu wiele inspiracji, przykładów, scen z życia wziętych. A samą lekturą będziecie bardziej niż zadowoleni.



poniedziałek, 7 listopada 2016

Włoż na nos "Okulary szczęścia"! [Rafael Santandreu]


Rafael Santandreu, znany polskim czytelnikom z książki Twój umysł nadetoksie, powraca z publikacją Okulary szczęścia. Jej tematem wiodącym jest wykorzystanie psychologii kognitywnej w zwalczaniu irracjonalnych, choć głęboko zakorzenionych przekonań – przede wszystkim na swój temat, ale także dotyczących ludzi czy też środowiska, w którym żyjemy.

Za pomocą praktykowanej codziennie racjonalnej wizualizacji, autor obiecuje obniżyć poziom lęku, stawić czoła codziennym trudnościom, które zdają się nie do przeskoczenia, pokonać kompleksy, lepiej (zdrowiej) odnosić się do ludzi i rzeczy, które nas otaczają, przezwyciężyć neurozy, zazdrość, nauczyć się samotności i wiele innych. Santandreu postuluje przekonanie, jakoby za wszystkimi naszymi zachowaniami, lękami, przyzwyczajeniami, zniechęceniami i chceniami krył się umysł. Pragnie, by czytelnicy jego książek potrafili przeprogramować swój sposób myślenia, a w konsekwencji wiedli zdrowsze, pełniejsze i – co najważniejsze – szczęśliwsze życie. Wszystko to wydaje się na wyciągnięcie ręki, łatwe tak samo, jak proste jest włożenie na nos okularów. Pstryk – i życie stanie się piękniejsze, a my silniejsi.

Jeśli czujecie, że potrzebne Wam wsparcie psychologa / psychiatry / psychoterapeuty, a do gabinetu iść nie chcecie, bądź nie pozwalają Wam na to względy ekonomiczne czy też godziny pracy – książka ta ma stanowić dla Was substytut profesjonalnej sesji terapeutycznej. Warunkiem jest jednak Wasze samozaparcie i nieustawanie w trudzie wprowadzania zmian w obliczu chwilowej regresji. Higiena psychiczna, o którą każe dbać autor, przez wielu jest zaniedbywana. 

Nie sądźcie jednak, że każdy kto przeczyta tę publikację i postanowi zastosować się do zaleceń, w momencie stanie się innym człowiekiem – psychologia kognitywna nie jest dla wszystkich. W moim przypadku sprawdziłaby się jedynie część działań, reszta zupełnie mnie nie przekonuje, a miejscami wręcz oburza – wiem zatem, że kompleksowo z metody tej skorzystać bym nie mogła, co wiedziałam już po lekturze poprzedniej ksiażki autora. Gwarantuję jednak, że każdy coś dla siebie uszczknie – pytanie tylko, co z  tym okruszkiem zrobi.

Poprzednia książka Autora na blogu:

czwartek, 2 czerwca 2016

Miłość i kłamstwa - Cecelia Ahern




O tym, że Cecelia Ahern jest moją ukochaną pisarką wie już cały świat i nikogo przekonywać nie muszę. Moja wielka sympatia to autorki zrodziła się za sprawą jej powieści z pierwszego etapu twórczości – kiedy wydarzeniom codziennym towarzyszyła ukryta magia, historie zawsze miały słodko-gorzki finał i niemalże z całą pewnością można było powiedzieć, że zestawem obowiązkowym do czytania (oprócz książki i dobrej herbaty / kawy) będzie solidna paczka chusteczek.

Od tamtego czasu Ahern przeszła długą drogę pisarską, a jej twórczość ewoluowała. Dziś mogę jedynie z rozrzewnieniem wspominać tamte powieści, bowiem cała magia w  nich zaklęta bezpowrotnie zniknęła – w  jej miejsce pojawiło się twarde stąpanie po ziemi i ugruntowanie akcji w świecie rzeczywistym. Wątki obyczajowe i same pomysły na snute historie wciąż są jednak doskonałe, zatem po każdą kolejną powieść pisarki sięgam ochoczo i bezzwłocznie.

Pomysł na Miłość i kłamstwa poznałam rok temu z ust samej autorki, jednak jego realizację stworzyłam sobie w  głowie całkowicie inną od tego, co dostałam.

Oto Sabrina Boggs podczas porządkowania rzeczy swojego ojca, natrafia na tajemniczą i niezwykle cenną kolekcję, o której istnieniu nie miała pojęcia. Okazuje się, że jej tata był kolekcjonerem i jednym z najlepszych graczy w kulki o jakim słyszała okolica.

Jak więc doszło do tego, że najbliżsi nie mieli pojęcia o jego pasji? Kobieta postanawia dociec prawdy i poznać prawdziwą twarz ojca, którego, jak się okazuje, zupełnie nie znała. Bohaterka działa z tym większą determinacją, gdy dowiaduje się, że najcenniejsze okazy z kolekcji bezpowrotnie zniknęły. Próbuje dowiedzieć się kto stoi za kradzieżą i co tak naprawdę łączyło go z  jej ojcem.
Podczas swoich poszukiwań poznaje dzieciństwo Fergusa, docieka źródła jego zainteresowania i dowiaduje się co przyczyniło się do tego, że marmurki stały się miłością jego życia. Miłością i największym kłamstwem. Pają i obsesją.

Ahern stworzyła powieść, w której oddaje hołd nie tylko pasjom i pragnieniom (oczywiście, gdy nie przesłaniają one reszty życia), ale także sile rodzinnej miłości. Pokazuje jak wielką moc mogą mieć zainteresowania, na które przekierujemy całą życiową energię i którym podporządkujemy wszystko. Autorka pokazuje zarówno moc twórczą, jak i destruktywną zamiłowań. Tak naprawdę książka ta to oddanie głosu samemu Fergusowi – to on wysuwa się na pierwszy plan, on staje się głównym bohaterem, on opowiada o swoim życiu, on staje się przykładem tego, co pasja może zrobić z człowiekiem i jak mocno można się w niej zatracić.

Powieść ta nie zdeklasyfikowała ona innych publikacji autorki stojących na moim osobistym podium, jest jednak dobrym uzupełnieniem kolekcji (sic!)
Akcja płynie w niej dość sennie, monotonnie, nie ma co liczyć na nagłe zwroty akcji czy kaskadę emocji.

Polecam ją wiernym fanom pisarki, reszcie – szczególnie tym, którzy jej twórczości jeszcze nie znają – radzę zacząć od innej jej powieści. Ta może Was znużyć, a byłaby to niepowetowana strata.


***


A wiecie, że rok temu spędziło się moje największe marzenie i miałam możliwość zjeść z  Cecelią Ahern śniadanie? To dopiero była magia! Jeśli jesteście ciekawi jak było, zapraszam na relację – klik. 



Recenzje innych książek Ahern na blogu:






piątek, 15 kwietnia 2016

Ślepy trop - Jørn Lier Horst



Ślepy trop to już czwarta wydana w Polsce książka Jørna Lier Horsta. Wcześniej polski rynek został przez autora zdobyty Jaskoniowcem, Psami gończymi i Poza sezonem, czyniąc z niego pisarza zawsze wyczekiwanego z napięciem i niecierpliwością.

Sofie Lund przeprowadza się właśnie do nowego domu z córeczką, którą samotnie wychowuje. Na swojej drodze spotyka długo niewidzianą koleżankę ze szkolnej ławy, Line, będącą ciężarną córką śledczego Williama Wistinga. Postanawia podzielić się z nią swoimi sprawami i poprosić o pomoc. Kobieta odziedziczyła bowiem dom po dziadku – człowieku, który wzbogacił się na nielegalnym handlu, od lat budzącym zainteresowanie organów ścigania. Nie dziwi więc, że bohaterka z niechęcią odnosi się do wszystkiego, co w jakikolwiek sposób przypomina jej o zmarłym krewnym. Mimo że przy pomocy specjalnie do tego celu wynajętej ekipy pozbywa się niemalże wszystkich śladów jego istnienia, jeden element pozostaje nienaruszony – jest nim stojący na środku piwnicy, przytwierdzony do podłogi sejf o nieznanej nikomu zawartości.

Line pomaga Sofie uporać się z otwarciem tegoż, jednak jego zawartość zaskakuje nie tylko obie kobiety, ale także policję, na którą musiały zgłosić odnalezione elementy. Znaleziony w środku przedmiot łączy się bezpośrednio z pewną sprawą kryminalną, od lat nierozwiązaną, a teraz, na skutek wydarzeń mających niedawno miejsce w Larviku, ponownie wypływającą na powierzchnię. Okazuje się, że prowadzone właśnie przez Wistinga śledztwo, w przedziwny sposób wiążę się nie tylko z zawartością sejfu, ale też z niedawną, nie do końca jasną sprawą śmierci dziadka starej znajomej jego córki.

Jeśli macie ochotę na naprawdę dobry kryminał, hołdujący tradycyjnym jego realizacjom – po najnowszą książkę Horsta sięgajcie w ciemno. Obok wciągającej narracji znajdziecie tu bowiem wielką troskę o wiarygodność opisywanych wydarzeń, brak popadania w przesadę i autorską zdolność do pozyskiwania i skupiania uwagi czytelnika. Świetny w  odbiorze, doskonale oddający klimat, fantastycznie realizujący fundamentalne elementy gatunku.

Dwugłos jaki zastosowany został w powieści, w pewnym momencie przekształca się w unisono, czyniąc z opowiedzianej historii, pozornie traktującej o dwu osobnych sprawach, zmyślnie zespoloną całość, wzajemnie się uzupełniającą i naświetlającą.

Jeśli wciąż nie znudziły Was skandynawskie kryminały, koniecznie sięgnijcie po Horsta, który swój gatunek reprezentuje z prawdziwą godnością. Inteligentny śledczy, świetne zarysowanie zarówno jego życia zawodowego, jak i osobistego – to elementy niesamowicie przykuwające uwagę i wysuwające autora na prowadzenie wśród autorów Skandynawii. Wydaje się, że nie ma sposobności, by od tej książki się nie uzależnić – adrenalina rośnie z każdą kolejną stroną, podkręcając napięcie i uniemożliwiając rezygnację z lektury, chociażby na moment. Niezwykle istotne jest to, że to właśnie śledztwo w prowadzonej sprawie jest w tej książce najważniejsze. Coraz częściej obserwuję powolne odchodzenie od tego schematu, na rzecz większego zainteresowania życiem osobistym (szczególnie miłosnym) głównych bohaterów. Horst wierny jest tradycji, dzięki czemu jego kryminał czyta się z wypiekami na twarzy, bez niepotrzebnego odwracania uwagi od meritum i zaśmiecania gatunkami naleciałościami synkretycznymi.


Świetna! 

wtorek, 30 czerwca 2015

Pochłaniacz – Katarzyna Bonda




Do Polski po siedmiu latach pracy w  Wielkiej Brytanii w  Instytucie Psychologii Śledczej w Huddersfield do polski wraca utalentowana profilerka Sasza Załuska. Mimo podjętej przed laty decyzji o odejściu z  policji, powrót do kraju na powrót angażuje ją w śledztwo sięgające korzeniami początku lat dziewięćdziesiątych. Sprawa jest trudna i delikatna, bowiem związana z  jedną z  najprężniej działających wówczas trójmiejskich mafii, posiadającą wpływy niemalże wszędzie. Załuska musi podjąć się zbadania tropów współczesnej zbrodni, które bezustannie odsyłać ją będą do przeszłości i popełnionego wówczas morderstwa.

Kwestia niełatwa, bowiem pracy nie będą ułatwiać ani skorumpowani policjanci, ani świadkowie lękający się o własne życie. Puste ślady mnożą się i zaskakują, zmuszając nie tylko profilerkę, ale także podejrzanych do podejmowania decyzji niełatwych i wyznań nieoczekiwanych.

Gdy w  Igle zostaje znalezione ciało martwego mężczyzny i żyjąca jeszcze, choć w  ciężkim stanie, kobieta wskazująca na mordercę, wydaje się, że dochodzenie nie będzie należało do skomplikowanych. Okazuje się jednak, że tam gdzie w  sprawę zaangażowana jest mafia, a jedynym dowodem jest zwodnicza pamięć ofiary, nie może być mowy o prostocie.

Mam wielki szacunek do rzemieślniczej pracy wykonanej przez Bondę, uwypuklającej jej niezwykły szacunek do czytelnika. Fakty opisane są szczegółowo, tło zarysowane na tyle detalicznie na ile jest to możliwe, by nie zatracić głównej linii narracyjnej i nie przekroczyć delikatnej granicy przegadania, bohaterowie mają swoje historie i bogate życiorysy, a główna historia jest tak wielowątkowa i spójna, że autorce można jedynie gratulować samodyscypliny, wysiłku włożonego w  uporządkowanie opowieści i talentu do snucia narracji długiej, aczkolwiek wcale nie nużącej. 

Nie jest to może kryminał, który porywa i – sic! – pochłania bez reszty, ale na pewno książka warta spędzonych z nią godzin, przemyślana i niezwykle  spójna,  w której widać ogrom pracy włożonej przez autorkę, by zadowolić wymagającego i niegłupiego czytelnika. Wprowadzenie do gatunku postaci profilera znacząco wpływającego na losy śledztwa, a na dodatek będącego niezwykle utalentowaną i samodzielną kobietą, a więc zabieg stanowiący przekorne przekreślenie niemej tradycji powieści kryminalnych, w  których główną postacią był dotąd mężczyzna, a silne kobiety jedynie mniej lub bardziej skutecznie próbowały wyłaniać się z tłumu, było posunięciem bardzo dobrym.


Bondę polecam, ciekawa kolejnego tomu – grubszego, a więc – mam nadzieję – jeszcze lepiej osadzonego i merytorycznego. 

środa, 17 czerwca 2015

Collide – Gail McHugh


Collide otwiera serię romansów, których bohaterami jest trójkąt damsko-męski.

Ona, Emily, po ukończeniu college’u traci matkę, która umiera na raka.

On, Dillon, w  tych trudnych chwilach jest dla niej ogromnym wsparciem. Gdy dziewczyna nie potrafi już znaleźć sił na ostatnią opiekę nad mamą, przychodzi jej z  pomocą, będąc dla niej oparciem i niosąc jej pocieszenie. Oboje wyprowadzają się do Nowego Jorku, gdzie Dillon ma dobrze płatną pracę, a Emily będzie mogła rozpocząć wszystko od nowa.

Choć bohaterka kocha swojego chłopaka, zdarzają jej się chwile zwątpienia, gdy ten pokazuje swoje prawdziwe – i niezbyt dobre – oblicze.

Emily w  Nowym Jorku poznaje Gavina – mężczyznę tak elektryzującego, że wystarczyło jedno spotkanie, aby kobieta oszalała na jego punkcie. Przystojny, zmysłowy, elegancki – nie sposób było mu się oprzeć, mimo że starała się wyjątkowo intensywnie. Niestety, okazało się, że mężczyzna to przyjaciel Dillona, co mocno skomplikowało i tak już niełatwe sprawy – Emily i Gavin będą musieli często się spotykać i jakimś sposobem ukrywać to, co z  łatwością można  wyczytać z  ich oczu. Kobieta znajduje się odtąd w  bardzo trudnym położeniu – musi wybierać między wiernością mężczyźnie, który wspierał ją gdy było jej najtrudniej, a rosnącym przyciąganiem do tego, który pragnie jej udowodnić, że to co do niej czuje to nie jedynie namiętność, a prawdziwa miłość.

Choć zarys fabularny powieści nie zaskakuje, jest to doskonała – i pewnie dlatego tak wyczekiwana – propozycja na zbliżający się czas: wypełnia ona pustkę wakacyjnego rozleniwienia i lekkiej, przyjemnej nudy, poprawia nastrój, pozwala na relaks i oddanie się powieści, z  której najlepiej rozgrzesza właśnie letnia aura.

Nie jest rozwleczona, epatująca nadmiernym erotyzmem czy obarczona odrzucającym językiem (choć i tu zdarzają się wpadki – oczywiście wulgarne). To raczej klasyczny romans, w którym nie brakuje emocji, dylematów, trudnych wyborów, irracjonalnych kłótni, decyzji dyktowanych chwilą, szalejącymi uczuciami i kipiący namiętnością.

Bohaterka jest zmanipulowana przez swojego dotychczasowego partnera, nie potrafi poradzić sobie z  decyzją o odejściu, szybko ulega i – ze względu na dotychczasowe doświadczenia – z  niezwykłą łatwością można ją zranić. Nie wie czy kierować się sercem, czy rozumem, nie potrafi rozpoznać komu zaufać, z  kim się związać i czy w  ogóle kolejna zmiana to dobry pomysł.

A postaci mężczyzn? Za ich sprawą poznajemy nie tylko nowojorski świat bogaczy i mechanizmy rządzące biznesem, ale też nieprzekraczalne granice pewnych zachowań, nękanie psychiczne, przemoc emocjonalną, uzależnienie od drugiego człowieka, niemożność wyjścia z  toksycznego związku, trudną przeszłość skłaniającą do zakładania masek.

To dopiero pierwszy tom – jestem ciekawa w  którym kierunku podąży autorka dalej: czy rozwinie wątki obyczajowe, rozbuduje portrety psychologiczne postaci, czy raczej zdecyduje się na poszerzenie elementów stricte romansowych. 

Nie wiem, jestem zainteresowana – tym bardziej, że powieść kończy sygnalny rozdział kolejnego tomu – on jeden wystarczył, by jeszcze bardziej skomplikować to, co samo w  sobie było wystarczająco zapętlone.


Polecam tę pełną pasji lekturę na zbliżające się wakacje – dodatkowo podniesie  temperaturę ciała i otoczenia, bo:


Uwaga! Podczas lektury robi się gorąco! Ubierzcie się lekko i zapomnijcie o herbacie. 


Premiera dziś.

wtorek, 19 maja 2015

Śniadanie z Cecelią Ahern



Co byście zrobili, gdybyście dowiedzieli się, że macie możliwość spotkać się ze swoim 'najulubieńszym' pisarzem?:) No właśnie. Ja oszalałam ze szczęścia.

Sobota. Warszawa. Maj. Piękna pogoda. Pijalnia Wedla. Dzień spełniania marzeń.

Gdy w  ubiegły poniedziałek dowiedziałam się, że wygrałam śniadanie z  Cecelią Ahern, nastąpiła pełna mobilizacja (łzy wzruszenia miałam już przy samym ogłoszeniu, że taki konkurs w  ogóle jest – wówczas wypłakałam co się dało:D). Jako że tego samego dnia musiałam być w domu i to o przyzwoitej porze, bo w  niedzielę skoro świt pędziłam do pracy, mój wyjazd musiał być skrupulatnie przemyślany. W  stolicy byłam pierwszy raz, chciałam zatem mimo czasowych ograniczeń co nieco zobaczyć. Pójście na targi odpuściłam sobie zatem zupełnie – tłumy ludzi mnie przytłaczają, wolałam w zamian pospacerować po mieście.




Do Warszawy planowo mieliśmy przyjechać już o godzinie 7.20, ze względu na opóźnienie pociągu byliśmy dopiero o 8, stąd część planów turystycznych nie wypaliła. Na naszym katowickim dworcu byliśmy już o 4, dlatego trochę sennym krokiem wkroczyliśmy do stolicy.



Gdy już przy pomocy nawigacji namierzyliśmy Pijalnię, ze spokojnym sercem ruszyliśmy na Stare Miasto. A tam – szału nie było! Warszawa mnie nie przekonała – ten jej eklektyzm, namieszanie wszystkiego ze wszystkim zupełnie mnie nie uwiódł. Może gdybym miała więcej czasu…


Nie byłam jednak ani nad Wisłą, ani w  Łazienkach, zatem jeszcze kiedyś dam jej szansę, podejrzewając, że tam będzie znacznie lepiejJ Jako że to była nasza pierwsza wizyta wszędzie byliśmy grubo przed czasem, nie do końca mając rozeznanie (i zaufanie:P) ile poszczególne przemieszczanie się z  miejsca na miejsce zajmie nam czasu i dlatego jakieś 2 godzinki zamiast zwiedzać – oczekiwaliśmy. A to na Polskiego Busa, a to pod Pijalnią na same spotkanie:)

Przechodząc jednak do najistotniejszego – spotkania.



Jestem urzeczona! Było tak jak sobie wymarzyłam, a nawet jeszcze lepiej! Cecelia jest obłędna – uśmiechnięta, pogodna, życzliwa, otwarta, mogłabym wymieniać i wymieniać. Bałam się, że wszystkich zje stres, jednak cudowna atmosfera stworzona przez Darię z Business&Culture, tłumaczkę Martę i – oczywiście – samą Cecelię była fenomenalna. Siedzenie naprzeciwko Autorki początkowo mnie krępowało, jednak później było już cudnie. Każdy miał okazję przeprowadzić indywidualną rozmowę (jako że ja i Meme startowałyśmy, to właściwie Cecelia zadawała nam więcej pytań niż my Jej:P). Świetne, bogate doświadczenie, którego nigdy nie zapomnę i długo będę wspominać:) Były podpisy, były zdjęcia, był spokojny czas na polsko-irlandzką wymianę uśmiechów i wreszcie była czekolada – międzynarodowe spoiwo:)


Rewelacja!
Raz jeszcze gorąco dziękuję za tę możliwość! Jestem wnie-bo-wzię-ta!
Jedyne czego żałuję to tego, że nie udało się porozmawiać ze wszystkimi blogerami - niby byliśmy tak blisko siebie, ale każdy był zaaferowany Cecelią i osobami siedzącymi najbliżej:)


Stół obfitości:)