Pokazywanie postów oznaczonych etykietą erotyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą erotyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 września 2015

Przewodnik po tym jak źle zakończyć serię (After. Bez siebie nie przetrwamy)


To typ historii miłosnej, która zajmuje się prawdziwymi, kurwa, problemami. To historia o przebaczeniu i bezwarunkowej miłości, która pokazuje, jak bardzo ktoś może się zmienić, naprawdę zmienić, jeśli tylko mocno się stara. To typ historii miłosnej, która dowodzi, że wszystko jest, kurwa, możliwe, jeśli chodzi o wychodzenie ze swoich problemów. Pokazuje, że jeśli masz się na kim oprzeć, jeśli ktoś cię kocha i nie zostawia samemu sobie, to możesz znaleźć wyjście z ciemności. Pokazuje, że nieważne, jakich miałaś rodziców ani z  jakimi uzależnieniami musiałaś się mierzyć, możesz przetrwać wszystko, co staje ci na drodze, i stać się lepszą osobą. Właśnie taką historią jest After[1].

Taką oto autorecenzję znaleźć można w  najnowszym tomie After. Brzmi (pomijając wulgaryzmy) szlachetnie, prawda? Jak jest jednak naprawdę?

Moim zdaniem najsłabsza z  wszystkich części – miałka od samego początku, naciągana, sprawiająca wrażenie pisanej na siłę. Dopiero końcówka wnosi poziom nieco wyżej, choć została potraktowana nieco po macoszemu – wiele pominięto, niedopowiedziano, postawiono na zbyt duże przeskoki czasowe, które zamiast uzupełniać powieść, stawiają jedynie znaki zapytania. 

Podoba mi się to, że w Hardin napisał książkę traktującą o jego życiu i przemianie – to zgrabny chwyt, w  którym autorka spowiada się z powodów, dla których After powstało i naśmiewa się z opinii hejterów. Usprawiedliwia powstanie powieści mającej być przeciwwagą dla słodkich opowiastek miłosnych; krwistą, życiową narracją, obejmującą wszystkie elementy burzliwego związku i życia. To swoiste wyznanie kierowane do przeciwników książki, włożone w usta Hardina. Autorka nie boi się też wspominać o Tessie, która wypisywała do niezadowolonych blogerów w  obronie historii własnej, sugerując niejako, że takie rzeczy faktycznie miały miejsce (Strzeżcie się! Może napisać i do Was!).
Bez siebie nie przetrwamy to rzeczywiście zapis przemiany Hardina – tym razem on denerwuje znacznie mniej niż Tessa. Uświadamia sobie jak wiele jej zawdzięcza i jak bardzo mu na niej zależy, a ona w  końcu pozwala sobie na oddalenie się od  niego na dłuższy czas. Ich uczucie jest jednak tak silne, iż oboje są pewni, że – o dziwo – bez siebie nie przetrwają. Język powieści (zwłaszcza po niedawnym zderzeniu z  klasyką) był dla mnie wręcz bolesny. „Kurwa”, „pieprzenie”, „zerżnę Cię”, „jestem popieprzony” – to jedynie wierzchołek góry lodowej wulgaryzmów oscylujących głownie wokół sfery seksualnej – sposób opisywania aktu seksualnego jest tutaj tak mocno klasyczny w najgorszym wydaniu, że aż cierpnie skóra – co drugą scenę należało jedynie przelecieć (sic!) wzrokiem, a i tak znało się ogólną zawartość.

Na szczęście – i to duży plus powieści – jest mniej przepychanek, idiotycznych fochów, więcej słońca, radości, powolnego wychodzenia na prostą.

Nie zmienia to jednak faktu, że jestem rozczarowana wrażeniem jaki ten ostatni tom pozostawił w  mojej pamięci. Ta książka zdaje się krzyczeć „Jestem źle napisana! Udowodnię Ci, że ta seria była jednak znacznie gorsza niż ci się wydawało”.  Nie wciąga tak jak poprzednie i przez większość stron ani odrobinę nie zaciekawia. Ratuje ją jedynie spłaszczona końcówka.
Szkoda.



Poprzednie tomy:



[1] Anna Todd, After. Bez siebie nie przetrwamy, Kraków 2015, s. 514.

środa, 17 czerwca 2015

Collide – Gail McHugh


Collide otwiera serię romansów, których bohaterami jest trójkąt damsko-męski.

Ona, Emily, po ukończeniu college’u traci matkę, która umiera na raka.

On, Dillon, w  tych trudnych chwilach jest dla niej ogromnym wsparciem. Gdy dziewczyna nie potrafi już znaleźć sił na ostatnią opiekę nad mamą, przychodzi jej z  pomocą, będąc dla niej oparciem i niosąc jej pocieszenie. Oboje wyprowadzają się do Nowego Jorku, gdzie Dillon ma dobrze płatną pracę, a Emily będzie mogła rozpocząć wszystko od nowa.

Choć bohaterka kocha swojego chłopaka, zdarzają jej się chwile zwątpienia, gdy ten pokazuje swoje prawdziwe – i niezbyt dobre – oblicze.

Emily w  Nowym Jorku poznaje Gavina – mężczyznę tak elektryzującego, że wystarczyło jedno spotkanie, aby kobieta oszalała na jego punkcie. Przystojny, zmysłowy, elegancki – nie sposób było mu się oprzeć, mimo że starała się wyjątkowo intensywnie. Niestety, okazało się, że mężczyzna to przyjaciel Dillona, co mocno skomplikowało i tak już niełatwe sprawy – Emily i Gavin będą musieli często się spotykać i jakimś sposobem ukrywać to, co z  łatwością można  wyczytać z  ich oczu. Kobieta znajduje się odtąd w  bardzo trudnym położeniu – musi wybierać między wiernością mężczyźnie, który wspierał ją gdy było jej najtrudniej, a rosnącym przyciąganiem do tego, który pragnie jej udowodnić, że to co do niej czuje to nie jedynie namiętność, a prawdziwa miłość.

Choć zarys fabularny powieści nie zaskakuje, jest to doskonała – i pewnie dlatego tak wyczekiwana – propozycja na zbliżający się czas: wypełnia ona pustkę wakacyjnego rozleniwienia i lekkiej, przyjemnej nudy, poprawia nastrój, pozwala na relaks i oddanie się powieści, z  której najlepiej rozgrzesza właśnie letnia aura.

Nie jest rozwleczona, epatująca nadmiernym erotyzmem czy obarczona odrzucającym językiem (choć i tu zdarzają się wpadki – oczywiście wulgarne). To raczej klasyczny romans, w którym nie brakuje emocji, dylematów, trudnych wyborów, irracjonalnych kłótni, decyzji dyktowanych chwilą, szalejącymi uczuciami i kipiący namiętnością.

Bohaterka jest zmanipulowana przez swojego dotychczasowego partnera, nie potrafi poradzić sobie z  decyzją o odejściu, szybko ulega i – ze względu na dotychczasowe doświadczenia – z  niezwykłą łatwością można ją zranić. Nie wie czy kierować się sercem, czy rozumem, nie potrafi rozpoznać komu zaufać, z  kim się związać i czy w  ogóle kolejna zmiana to dobry pomysł.

A postaci mężczyzn? Za ich sprawą poznajemy nie tylko nowojorski świat bogaczy i mechanizmy rządzące biznesem, ale też nieprzekraczalne granice pewnych zachowań, nękanie psychiczne, przemoc emocjonalną, uzależnienie od drugiego człowieka, niemożność wyjścia z  toksycznego związku, trudną przeszłość skłaniającą do zakładania masek.

To dopiero pierwszy tom – jestem ciekawa w  którym kierunku podąży autorka dalej: czy rozwinie wątki obyczajowe, rozbuduje portrety psychologiczne postaci, czy raczej zdecyduje się na poszerzenie elementów stricte romansowych. 

Nie wiem, jestem zainteresowana – tym bardziej, że powieść kończy sygnalny rozdział kolejnego tomu – on jeden wystarczył, by jeszcze bardziej skomplikować to, co samo w  sobie było wystarczająco zapętlone.


Polecam tę pełną pasji lekturę na zbliżające się wakacje – dodatkowo podniesie  temperaturę ciała i otoczenia, bo:


Uwaga! Podczas lektury robi się gorąco! Ubierzcie się lekko i zapomnijcie o herbacie. 


Premiera dziś.

niedziela, 28 grudnia 2014

W powietrzu – Inga Iwasiów

Tytuł: W powietrzu
Autor: Inga Iwasiów
Wydawnictwo: Wielka Litera
ISBN: 9788364142819
Ilość stron: 272


Inga Iwasiów – profesorka literaturoznawstwa, krytyczka literacka, pisarka, zaciekła feministka, wykładowczyni na Uniwersytecie Szczecińskim, do ubiegłego roku członkini jury Nagrody Literackiej Nike.Dotąd chętnie przeze mnie czytana, zwłaszcza od czasu odkrycia blogu, na którym mierzyła się z doświadczeniami codzienności i dzieliła bieżącymi refleksjami (później najlepsze fragmenty przedrukowane zostały w formie książki Blogotony  - polecam!).

Mówię „dotąd”, ponieważ zdecydowanie wolę Iwasiów w dotychczasowym wydaniu.
Nie przemawia do mnie, nawet na poziomie języka, ów eksperyment (mam wrażenie) autorski, będący swoistą grą z dotychczasowym doświadczeniem pisarskim.
Oto główna bohaterka – inteligentna, samoświadoma, dojrzała kobieta –  przemierza przez życie, snując opowieść o swoich homoerotycznych (i innych) przygodach na jedną noc lub dłużej. Obserwuje przy tym swoje strefy intymne, nazwane pieszczotliwie tamagotchi – ich reakcje, upodobania, rozczarowania. Książka stanowi wręcz kronikarski zapis doświadczeń seksualnych, których los bohaterce nie poskąpił, czyniąc jej opowieść dużo pikantniejszą.
To książka erotyczna, pozbawiona pruderyjności, odważna, z nieco zakamuflowanym przekazem – wciąż mam wrażenie, że można czytać ją dwojako, każdorazowo zmieniając jej ostateczny obraz: lub to jako pochwałę życia wyzwolonego, afirmację seksu wszelakiego, lub też przeciwnie – jako krytykę nastawionego na popęd i folgowanie żądzom świata.
Sprawia to postać głównej bohaterki – wyzwolonej, sprzeciwiającej się tradycyjnym, stereotypowym modelom rodziny i roli kobiety, obraz wciąż dość kontrowersyjny. W zamian za zbudowanie domowego ogniska, kobieta ta szuka ciepła i bliskości gdzie indziej, tworząc seksualną kolekcję związków tworzonych we wszystkich znanych konfiguracjach – i czasem trudno było mi za nią nadążyć – co rozdział, co akapit nowy kochanek, nowa kochanka, nowa para kochanków – prawdziwa plejada, wskakująca i wyskakująca do/z łóżka z prędkością światła.
Ciężko mi książkę tę ocenić – czyta się dobrze, Iwasiów nic ze swej sprawności nie traci, a jednak tematyka tej książki nie do końca jest mi bliska – a raczej system moralny (jego brak?) głównej bohaterki i jej podejście do życia. To nas dzieli, tu się nie zrozumiemy.

Ta historia do droga do samozadowolenia. Czy aby na pewno?
Iwasiów udowadnia, że erotyk może być na poziomie. I w ramach doświadczenia czytelniczego – polecam. Ciekawość zaspokoiłam, doceniam odwagę, odkładam na półkę i na tym koniec.

piątek, 11 lipca 2014

Małe ptaszki – Anaïs Nin


Tytuł: Małe ptaszki
Autor:  Anaïs Nin
Wydawnictwo: Prószyński
ISBN: 9788378397281
Ilość stron: 180
Cena: 34zł

Małe ptaszki, to kolejna i zdecydowanie krótsza niż poprzednia antologia opowiadań erotycznych, pisanych przez Anaïs Nin na zamówienie.
Oprócz objętości różni je także kilka innych elementów, które w ostatecznym rozrachunku pozwalają stwierdzić, że w tym wypadku długość niekoniecznie przekuwa się w jakość.
Małe ptaszki zawierają bowiem o wiele lepszy materiał niż wydana wcześniej Delta Wenus, oceniona przeze mnie jako mało ekscytująca, mimo że to jedno z pierwszych kryteriów ważnych dla mnie przy mówieniu o literaturze erotycznej. Na zbiór ów zbierają się teksty różne – jedne mniej, drugie bardziej interesujące, mniej lub bardziej wtórne, jako całość robi jednak wrażenie pozytywne (czy tak powinno mówić się o tego typu publikacjach?) i o wiele lepsze niż wspomniana już Delta Wenus.
Wiele z zawartych w tomie tym opowiadań ekscytuje i mimo braku wulgarności, tak często towarzyszącej temu gatunkowi (bowiem nie wypracowaliśmy sobie słownictwa zdolnego opisywać miłość fizyczną inaczej niż biologicznie, naukowo lub mocno rynsztokowo czy wręcz prymitywnie) stanowi dobry materiał do czytania zarówno przez czytelników, szukających w literaturze nowego sposobu (kobiecego) mówienia o seksualności, jak i dla zdeklarowanych sympatyków powieści erotycznych, bez względu na autora czy ich miejsce w kulturze.
Znajdą oni bowiem w niej wiele literackości i potencjalnie ekscytujących historii, zdolnych podgrzać atmosferę i zburzyć krew w żyłach. Erotyka nie jest tu jedynie małym akcentem, lecz centrum, wokół którego zogniskowana jest cała narracja. Autorka sięga do egzotyki, buduje coraz odważniejsze opisy, jednak niestety momentami, chcąc nie chcąc, powiela własne schematy, kopiuje własne pomysły. Widać to chociażby w doborze bohaterów: w większości są to malarze i pozujące im modelki, z którymi prędzej czy później zaczyna łączyć je pożądanie i relacja seksualna. Oczywiście - zarówno kobiety jak i mężczyźni są idealnie zbudowani, bez skazy, prezentują jeden typ sylwetki, podprogowo przekazując informację o tym, jakoby był to jedyny model dozwolony i umożliwiający wzbudzanie i odczuwanie seksualnego napięcia.
Jeśli po książki Nin sięgną fani E.L. James czy Sylvii Day, to z całą pewnością nie znajdą w niej tego, czego mogliby oczekiwać: bowiem mimo że przynależą one do tego samego gatunku, dzieli je bardzo wiele: przede wszystkim są to krótkie formy wypowiedzi, w których nie ma miejsca na powolny rozwój akcji i podgrzewanie temperatury uczuć. Tu w ogóle nie ma uczuć, tylko czyste pożądanie. Nie ma także sensu budować skomplikowanej fabuły, pełnej zawirowań i rozstań, w związku z czym odbiór tekstów Nin jest dziś zdecydowanie inny, niż był w momencie ich pierwszego oddania do lektury. Nie łudźmy się - wówczas bezpruderyjność nie była normą, a o wszelkiego rodzaju zboczeniach seksualnych nie pisano książek ani nie tworzono produkcji filmowych - jeśli już to z rzadka i zazwyczaj ocierając się przy tym o skandal obyczajowy. Jeśli jednak jesteście ciekawi, jak kiedyś pisano prozę erotyczną bez ordynarności, za to budując podniecenie czystym słowem – zapraszam. Spójrzcie zresztą na tytuł: czyż w kontekście formy nie jest dwuznaczny?



Po kliknięciu recenzje innych książek Nin:

http://shczooreczek.blogspot.com/2014/05/delta-wenus-anais-nin.htmlhttp://shczooreczek.blogspot.com/2013/07/anais-nin-dziennik-1934-1939.htmlhttp://shczooreczek.blogspot.com/2014/04/dziennik-1939-1944-anais-nin.html

środa, 7 maja 2014

Delta Wenus – Anais Nin


Tytuł: Delta Wenus
Autor: Anais Nin
Wydawnictwo: Prószyński
ISBN: 9788378396062
Ilość stron: 380
Cena: 45zł


Erotyki Anais Nin to teksty bardzo specyficzne – wyzbyte wulgarności, pełne literackości, ale też nierzadko… wyzbyte wszelkiej emocjonalności.
Historia powstawania owych tekstów jest jednak usprawiedliwieniem dla tego braku. Nin pisała je na zamówienie, mając świadomość, że po drugiej stronie kartki zasiada podglądacz, żądny fantazji jasno ukierunkowanych, odzierających proces tworzenia ze spontaniczności radości pisania. Pierwotnie kolekcjoner ów zamawiał teksty u Henry’ego Millera, który niewiele potrafił o nim powiedzieć poza tym, że lubował się w opowiastkach erotycznych. Miller pisał, lecz pewnego razu poprosił o stworzenie czegoś samą Nin. Ona to, nie chcąc ujawniać własnych pragnień, postanowiła stworzyć opowieść, będącą zlepkiem historyjek zasłyszanych oraz zmyślonych. Jej opisy mnożyły się od poetyckości opisów i uciekania poza główny temat, co kolekcjonerowi się nie podobało.
Miało być bez poezji i jedynie o seksie. Zatem było – medycznie, klinicznie, zgodnie z wytycznymi. Nin zaczęła pisać utwory tak mocno przesadzone, że jedynie czekała, aż zostaną uznane za parodię. Nigdy jednak nie doczekała się takiej opinii na ich temat. Jej utwory zapełniały lukę wymagającą uzupełnienia: kobiece pisanie o seksie i różnice w jego przeżywaniu między mężczyznami a płcią przeciwną. Nin zdecydowała się na publiczne zdemaskowanie tajników kobiecej zmysłowości, językiem kobiecym, nie zaś jak do tej pory – męskim. Autorka pokazuje, że kobieta nigdy nie oddziela seksu od uczucia.
Dziś, w obliczu masowego powstawania literatury erotycznej na różnych poziomach, teksty Nin odczytywane są już inaczej. Raczej bez emocjonalności, bez podniet, bez rozemocjonowania z powodu upragnionego doświadczenia opisu z innej perspektywy. Recepcja jej utworów jest znacznie inna: wielu czytelników uznaje jej opisy za nudne i zupełnie bezwartościowe. Część z nich bowiem trąci ogromnym banałem i suchością zapisu, rozczarowuje i wcale nie zachęca do dalszej lektury. Język opisów erotycznych nie jest bogaty. Autor ma cztery możliwości: uciec w wielką poetyckość, opisy medyczne, wulgarne lub całkowicie przemilczeć sceny seksu, zostawić je z niedopowiedzeniem. I to ostatnie zdaje się, w świetle ubogości języka, najlepszych rozwiązaniem, które jednak w przypadku powieści erotycznych skazane jest na niepowodzenie.  Co to bowiem za powieść erotyczna, która nie posiada wyróżniających się scen seksu?
Ciężko znaleźć dobrze napisany, z względnie sensowną fabułą, erotyk, który nie byłby przepoetyzowany, zwulgaryzowany czy też zinfantylizowany.
Nin wypełnia ten brak, co jednak wcale nie czyni jej tekstów wciągającymi bez reszty.

Ciężko jednoznacznie ocenić jej teksty: są jednocześnie dobre i nudne. Przeczytajcie, sprawdźcie.
Ja zdecydowanie preferuję Nin w dziennikach.





Recenzje innych tekstów Nin:

http://shczooreczek.blogspot.com/2013/07/anais-nin-dziennik-1934-1939.html

http://shczooreczek.blogspot.com/2014/04/dziennik-1939-1944-anais-nin.html



wtorek, 12 listopada 2013

O krok za daleko - Abbi Glines


Tytuł: O krok za daleko
Autor: Abbi Glines
Wydawnictwo: Pascal
ISBN: 9788376421780
Ilość stron: 304
Cena: 34,90 zł



Rush i Blair to młodzi ludzie, w pokrętny sposób spowinowaceni. Spotykają się oni, gdy dziewczyna po śmierci matki i przez wzgląd na swoją kiepską sytuację finansową, postanawia na kilka dni poszukać pomocy u ojca, który zostawił ją i mamę pięć lat wcześniej. Przybywając do jego domu, dowiaduje się, że ten wyjechał, pozostawiając w posiadłości jedynie Rusha – syna swojej żony. Ten przystojny mężczyzna robi na Blair ogromne wrażenie, jednak jego zachowanie sprawia, że bohaterka z coraz większą intensywnością zaczyna czuć się w jego domu jak intruz. By móc jak najszybciej stanąć o własnych nogach, rozpoczyna pracę w klubie golfowym, co przynosi jej niespodziewanie wysokie zarobki. Tam też poznaje gros mężczyzn, gotowych na flirt i wiele więcej. Niespodziewanie dla niej samej, Rush wielokrotnie wścieka się za jej kontakty, z którymkolwiek z klientów i zaczyna się wobec niej dziwnie zachowywać, sprawiając, że Blair zaczyna drżeć ze strachu o utratę miejsca do spania. Prędko okazuje się jednak, że jego osobliwe postępowanie ma zupełnie inne źródło…

Przewracając kilka pierwszych stron książki O krok za daleko Abbi Glines, nie sposób było mi się uwolnić od skojarzeń z trylogią E.L. James. Bohaterom nadane zostały podobne rysy, a sposób ich przedstawienia padł niedaleko od tego, którym, jak się wydaje, inspirowała się autorka.
Rush to zaborczy, nieco tyraniczny, wybuchowy, nieprzyzwoicie bogaty i bachiczny młody mężczyzna, z obsesją na punkcie seksu z kobietami na jedną noc, z, jak się zdaje, mroczną przeszłością, przed którą chce chronić Blair, i której nie chce zdradzić. Niemalże każdego wieczoru jego okazały dom wypełniony zostaje gwarem i rwetesem, spowodowanym kolejnymi imprezami. Zakochuje się on, co nigdy dotąd mu się nie zdarzyło, w dziewczynie zupełnie nieprzystającej do tych, z którymi na co dzień się spotyka. Pała namiętnością do osoby niewinnej, którą pragnie chronić przed sobą samym, świadomy swoich upodobań i zachowań, a także historii rodzinnej.
Ona z kolei, mimo wiedzy o ilości jego seksualnych partnerek, nie może mu się oprzeć, sama prowokując następujące wydarzenia. Ich fascynacja przeradza się w związek niemożliwy do spełnienia, a mimo to oboje brną w niego dalej: na przekór różnicom. Schemat bardzo znany, mocno rozbuchany i napompowany po fali popularności Pięćdziesięciu twarzy Greya, podany w podobny sposób, choć otoczony ciut inną historią.
Książka ta równie silnie koncentruje się na scenach erotycznych, mnogości orgazmów od pierwszego razu i niedyskrecjach łóżkowych, które wcale nie ekscytują tak, jak chyba powinny.
O krok za daleko, to swoiste preludium do dalszej historii pary, którą oprócz spowinowacenia, połączyła nagła i nieokiełzana namiętność, której ci z łatwością i lubością się poddali. Czyta się jak niebywale szybko, właśnie z powodu skróconego do minimum zaplecza fabularnego, a wysunięcia na plan pierwszy sfery emocjonalnej bohaterów. To książka tyleż ciekawa, co wtórna. Jej czytanie jest jak przeżuwanie i wypluwanie raz przeżutych kawałków, które jednak może  - i robi to – sprawiać czytelniczą przyjemność. Jest to jednak uciecha jedynie chwilowa, bezrefleksyjna. O krok za daleko to ludyczna powieść, mająca zabawić tłumy spragnione wytchnienia, a nie kolejnego pretekstu do rozmyślań.
Takich lektur każdy od czasu potrzebuje, toteż z ciekawością prześlędzę dalsze losy tej nietuzinkowej pary. W sam raz na jesienną chandrę i chwilę zapomnienia.

niedziela, 17 lutego 2013

Nowe oblicze Greya... i Any.


Tytuł: Nowe oblicze Greya
Autor: E L James
ISBN: 978-83-7508-596-9
Wydawnictwo: Sonia Draga
Ilość stron: 688



Całą jeszcze drżę od emocji po przeczytaniu ostatniego tomu trylogii Pięćdziesiąt odcieni i powrocie do kilku fragmentów tomu pierwszego.
Obie książki dzieli przepaść nie do ogarnięcia.
Książa stricte erotyczna ewoluowała w nieprawdopodobnie wciągający i emocjonujący thriller, w którym bohaterowie w dalszym ciągu ulegają dynamicznym przemianom. Coraz mniej w niej wpadek językowych, coraz lepiej wykorzystywany jest potencjał.
I proszę Państwa, Anastasia Steele, przepraszam, Grey, nareszcie pokazała charakter!

W części tej wiele się dzieje. Bliżej poznajemy bohaterów pobocznych, częściej zaglądamy do przeszłości głównych bohaterów. Na wszystkim jednak cień rzuca postać Jacka Hyde’a, który poprzysiągł sobie zemstę na Greyu i jego świeżo poślubionej żonie.

Cieszy mnie, że autorka zdecydowała się skupić na tym wątku i rozwinąć go na ile umiała, wprowadzając tym samym pożądane napięcie. Żałuję jedynie, że scena porwania, która miała zadatki na najlepszą ze wszystkich, została znów potraktowana nieco po macoszemu, zbyt szybko się rozwiązując.
Cieszę się, że ukazane zostało dzieciństwo Greya, że mężczyzna ów otworzył się i wreszcie ogromnie cieszę się, że nie stało się to na hip hip hurra!
Oczywiście, pomijając coraz bardziej nużące sceny łóżkowe, windowe, bilardowe, czerwonopokojowe i inne, opisywane niesłychanie tendencyjnie (których notabene w tomie tym jak na lekarstwo w porównaniu z tomem pierwszym), książka ta staje się zaskakująco dobrym czytadłem. Wyłączającym intelekt, pozwalającym na odprężenie, a jednocześnie… uzależniającym.
Niebywałe jest to, że nie mogłam się od książki oderwać. Brałam ją ze sobą wszędzie, czytałam w każdym możliwym miejscu, zapominałam o bożym świecie, upływającym czasie i otaczających mnie ludziach. Cóż, nie będę ukrywać – to najlepsza część trylogii, rozbudzająca apetyt na jeszcze i dająca nadzieję na to, że być może James w końcu nabierze umiejętności pisania o czymś innym niż tylko seks. Zdecydowanie bowiem w tej książce nie o niego chodzi.

Rewelacyjna końcówka, która może nie jest popisem wizjonerstwa i wirtuozerii James, ale z całą pewnością rości sobie prawo do miana jednego z najbardziej emocjonujących finałów książek, jakie w ostatnim czasie czytałam. Zaświadczyć mogą o tym moje nocne krzyki wściekłości na bohaterów, rzucanie książką, zamykanie jej z hukiem, po to, by za parę sekund znów do niej powrócić, gdyż nie dawała o sobie zapomnieć. O spokoju mogłam na czas lektury ostatnich stu pięćdziesięciu stron zapomnieć. Być może za bardzo się wczułam, ale o to przecież chodzi, prawda?:)
Język, cóż… bez zmian. Momentami ordynarny, wulgarny, momentami drażniąco naiwny. Na tyle jednak do niego przywykłam, że gdyby nie wewnętrzna bogini pojawiająca się od czasu do czasu, zupełnie przestałabym na niego zwracać uwagę.

Epilog, który stanowi opis sceny poznania się Greya ze Steele z perspektywy Christiana jest dla mnie zapowiedzią i obietnicą zupełnie nowej serii. Mam nadzieję, że James do czasu jej napisania zrezygnuje z tworów na kształt wewnętrznych bogiń czytających Dickensa czy wyświechtanych, irytujących frazesów, które staną się jedynie kiepskim powtórzeniem tego, co wszyscy już zdążyliśmy doskonale poznać.

Prawdopodobnie ta powieść wcale nie jest tak dobra, jak piszę. Być może jest jedynie tym, czego w tej chwili potrzebowałam. Nie zmienia to jednak faktu, że czytało mi się ją doskonale i że kiedyś do niej wrócę. I tak – polecam serdecznie!
Nie spodziewałam się, że to powiem, gdy sięgałam po Pięćdziesiąt twarzy Greya. Nowe oblicze… to jednak zupełnie inna bajka.

__________
Poprzednie tomy:




sobota, 16 lutego 2013

Ciemniejsza strona Greya – E L James


Tytuł: Ciemniejsza strona Greya
Autor: E L James
ISBN: 978-83-7508-595-2
Wydawnictwo: Sonia Draga
Ilość stron: 632


Pierwsza część trylogii wzbudziła we mnie morze różnorodnych emocji, a tym samym rozbudziła nadzieję na dużo lepszy tom drugi. Zakończenie zwiastowało kontynuację serii w sposób charakterystyczny dla tradycyjnych historii miłosnych. Po części tak też jest.
E L James rezygnuje z wielu scen erotycznych, by bardziej skupić się na rozwoju fabularnym.
Drugiej części już nie można tak bardzo zarzucić, że jest jedynie zlepkiem scen łóżkowych, pozbawionych jakiejkolwiek treści dodanej, bowiem fabularnie jest zdecydowanie lepsza.
Niestety, wśród wielu nieporadności, James posiada również niezdolność do prowadzenia akcji. Powieść zyskuje na dodaniu tak wielu wątków obyczajowych, niestety jednocześnie traci na traktowaniu ich po macoszemu. Autorka dusi w zarodku własne pomysły, za szybko rozwiązuje akcję, marnuje potencjał wielu wplecionych w treść wydarzeń. I choć wątki te książkę urozmaicają, jednocześnie obnażają też niezdolność do poprowadzenia właściwiej narracji, innej niż powtarzalne sceny erotyczne, które w tej części robią się coraz bardziej nużące.
Od początku jednak.
Powieść zaczyna się trzy po wydarzeniach poprzedniej części. Anastasia cierpi katusze z powodu rozstania, Grey zupełnie dla siebie niespodziewanie – wydaje się cierpieć jeszcze mocniej.
Po raz kolejny został bowiem opuszczony. Zaangażował się na poziomie emocjonalnym, inaczej niż do tej pory. Przestał być Panem. Część druga, to właściwie obserwacja przemiany Greya – z Pana w Uległego. Niestety, jak dla mnie rzeczą nieprawdopodobną jest, by zmiany takie dokonały się w tak krótkim czasie. Rozumiem, że szok i cierpienie jakiego doznał kazało mu przewartościować całe życie i zrezygnować z sadomasochizmu. Nie wierzę jednak, że przeszedł przez to tak prosto i bezboleśnie, jak zdaje się sugerować.
Część ta z powodzeniem mogłaby stać się thrillerem psychologicznym, gdyby nie nieudolność warsztatowa autorki. Wątek Leili, Jacka, Pani Robinson, zaginięcia Greya – to świetne pomysły, które zostały zupełnie niewykorzystane. Miałam wrażenie, że nie stanowią dla pisarki żadnej wartości – są tylko nieudolną próbą połączenia ze sobą kolejnych scen łóżkowych za pomocą czegoś, co ma przypominać wciągającą akcję.
Co jest wielkim plusem tej części, to coraz większa otwartość Greya w mówieniu o swojej przeszłości. Czytelnik ma dzięki temu okazję zrozumieć to, co podczas lektury pierwszego tomu jedynie przypuszczał; ma szansę skonfrontować swoje teorie z wersją autorską.
Przyznaję, że Grey z części drugiej nie jest już tak magnetyczny, jak Grey-Pan. Cenię sobie jego zmianę w imię miłości, jednak wciąż diabelnie irytująca jest dla mnie jego chęć do sprawowania nad wszystkimi kontrolę, przypominająca raczej permanentną inwigilację niż troskę o bezpieczeństwo.
Nie sposób zbyć milczeniem warstwy językowej powieści. Święty Barnaba pojawił się tylko raz, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Niestety, wewnętrzna bogini, której funkcji zrozumieć nie potrafię, psuła w tej powieści wszystko. Sprawiała, że czyniłam gest nietolerowany przez Greya – wywracałam oczami ilekroć wewnętrzny głos Any wkraczał na scenę akurat w tym momencie, gdy akcja zaczynała się rozwijać. Bogini niszczyła wszelkie napięcie, wywołując na mej twarzy uśmiech politowania. Nie wspomnę już o wszelkich odchyłach, które mogłabym zrozumieć w dialogach z książek dla nastolatków, ale na pewno nie w powieści pretendującej do miana historii dla dorosłych; a także o namolnych powtórzeniach całych konstrukcji zdaniowych, przywodzących na myśl metodę kopiuj-wklej.


Wadą jest również fakt, że wszystko dzieje się za szybko.
Pięć tygodni, podczas których rozpoczyna się intensywny związek Greya z Aną, jego rozpad, wielki powrót, przemiana Christiana, oświadczyny, zaginięcie, szantaże Pani Robinson, prześladowania Leili, molestowanie Jacka, awans i przemiana Any – za dużo, za szybko.
Pięć tygodni to akurat czas na zachłyśnięcie się związkiem i uczuciem, ale wciąż nie mogę pojąć jak można być tak naiwnym, by wierzyć, że ci ludzie są w stanie kochać się nawet kilkanaście razy dziennie, za każdym razem doznając równoczesnego spełnienia, cały czas się rumieniąc i namawiając jedne drugiego do ponownego przejścia do trybu BDSM. 
Wiem, że to tylko książka, ale niestety niezwykle przekonująca w swej naiwności, bez stawiania pytań o to, co będzie z ich związkiem później, gdy się już wypalą, gdy nie będzie im się chciało spędzać całych dni w łóżku. Co im zostanie?
Nie ma tu wspólnoty dusz, na próżno jej szukać. Nadal pozostaje książka ta powieścią erotyczną, jednak zdecydowanie mniej intensywną i brutalną. O wiele bardziej kieruje się w stronę psychologizmu, niestety nieumiejętnie wplatanego w akcję.
Mimo wszystko, ciągle mam nadzieję, że część trzecia, finalna, pozytywnie mnie zaskoczy.
Póki co, bardziej podobał mi się tom pierwszy, mimo że od nieporadności językowych roiło się w nim o wiele bardziej, a fabuły… prawie nie było.
Pewnie dlatego, że część druga, mimo że chciała mnie zaskoczyć, to sama tę szansę zmarnowała.


_________________
Recenzja poprzedniego tomu:


środa, 21 listopada 2012

Różowe piórka – Jan Sztaudynger


Tytuł: Różowe piórka
Autor: Jan Sztaudynger
ISBN:978-83-08-04990-7
Wydawnictwo: LIterackie
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 204
Udostępnienie: Sztukater


Jan Sztaudynger, to znany satyryk, który wyspecjalizował się w tworzeniu krótkich, jedno lub dwuwersowych rymowanych fraszkek, lapidarnych, oszczędnych w słowa, ale za to niezwykle humorystycznych.
Jak wielu z nas cytowało i wciąż czytuje mistrza Sztaudyngera, nie mając nawet takiej świadomości!
O czyje uszy nie obiły się teksty takie jak



Apel
Myjcie się, dziewczyny,
Nie znacie dnia ani godziny.
Czy też


Pouczenie
Nie da ci ojciec, nie da ci matka
Tego, co może dać ci sąsiadka

Te erotyczne fraszki na tyle weszły już do obiegu kulturalnego, że nie sposób dziś traktować ich inaczej, jak tylko wytwór masowej popkultury. Sama byłam zaskoczona, że ich autorem jest nie kto inny, jak mistrz miniatur literackich, jakim jest Sztaudynger.
Po części wynika to z tego, ze teksty owe znane i wypowiadane są przez wszystkich: częściej jednak w środowiskach podwórkowych niż w literackim gremium specjalistów. Ich zabawna formuła oraz podtekst erotyczny, stały się nośnikami niezwykle cennymi: teksty owe zyskały niebagatelną popularność, zatraciły jednak swoją pierwotną funkcję i – uśmierciły autora. Ich dzisiejsze funkcjonowanie, w żaden sposób nie przywołuje postaci twórcy. Został on niejako przekreślony, a jego istnienie wręcz zanegowane. Nikomu nie przyszłoby do głowy zastanawiać się nad autorstwem tych krótkich liryków, stanowią one bowiem część kultury masowej, anonimowej, w której to nie autor się liczy, ale tekst właściwy, pozbawiony jakichkolwiek kontekstów. Frywolna forma stygmatyzuje je pozwala zapomnieć, że gdzieś istnieje twórca i to twórca daleki od bylejakości i prostoty w jej negatywnym znaczeniu.
Teksty Sztaudyngera, to mistrzostwo lakoniczności. Są one krótkie i bogate w treść, skrzące humorem i ociekające ironią. Momentami sardoniczne, zawsze z zaskakującą puentą.
Różowe piórka, stanowią zbiór miniatur literackich charakteryzujących się formą libertyńską, figlarną, odrobinę nonszalancką. Te rubaszne tekściki tworzą niezwykły tomik soczystych utworów, mających za zadanie bawić i rozweselać. Wszystkie podejmują tematykę erotyczną, są pieprzne i zmyśle, nie brakuje im pomysłowości i finezji. Większość, to dwuwersy z elementami zaskoczenia, humoru i dosadnych sformułowań.
Tomik ten wzbogacają miniatury autorstwa Mai Berezowskiej – są to współgrające z treścią obrazki erotyczne.
Wielki zachwyt budzi wydanie: różowo-biała szata graficzna, przywodząca na myśl odautorską lekkość i rubaszność, podkreślona została przez różowe piórka doczepione do podwiązki, utrzymanej w tej samej kolorystyce, która to doczepiona jest do każdego egzemplarza książki. Zabieg ten niezwykle przyciągający, dodaje uroku samemu wydaniu, znamionuje pewien literacki dowcip, kokietuje i zaskakuje.
Czytelnik może stać się pąsowy jak sama okładka, gdy zostanie przyłapany na czytaniu tych, stanowiących majstersztyk formalny tekstów, co nie powinno budzić zgorszenia – ich ludyczność przyciągnęłaby każdego. Lapidarne, dosadne, sowizdrzalskie, jowialne – takie właśnie są teksty zgromadzone w tym tomiku.
Ich wybór także nie jest przypadkowy. Stanowią one realizację następujących tematyk: miłość i małżeństwo oraz szumowiny.
Co ważne, orientację w książce ułatwia alfabetyczny spis fraszek, który to unaocznia ich wielość na tak niewielkiej liczbie stron i usprawnia szukanie konkretnego tytułu.
Polecam tę publikację na chłodniejsze dni, skutecznie was rozgrzeje i rozweseli, daleko w tyle pozostawiając chandrę. Złaknieni jeszcze kilku próbek?


Szczęście…
Adam i Ewa,
I drzewa…
Na piękne nóżki
Para ud,
Godna ód.
Gorąco polecam!