Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mózg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mózg. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 stycznia 2018

Mózg rządzi - Kaja Nordengen



Ludzki mózg jest zadziwiający.

Potrafi wykonywać niezwykle skomplikowane operacje, zapamiętywać tysiące wiadomości, wrażeń, reakcji, a przy tym wystarczy jedno drobne jego uszkodzenie – w  zależności od jego lokalizacji – by zaburzyć funkcjonowanie człowieka bądź to odbierając mu sprawność, bądź to zmieniając jego charakter i osobowość.

Od zawsze podziwiałam pracę i odwagę neurochirurgów, w których rękach spoczywa odpowiedzialność za wszystko – każdy, nawet najdrobniejszy błąd w sztuce lekarskiej może prowadzić do tego, że ze stołu operacyjnego zejdzie zupełnie inny człowiek, niż ten, który na niego siadał.

Na temat mózgu, narządu wciąż w pełni niezbadanego, wciąż pozostającego zagadką, powstało wiele mitów – wierzymy, w  czym skutecznie utwierdzają nas media, że używamy tylko jego 10%, próbujemy go trenować, wpływać na IQ i wiele innych.

Od lat zastanawiano się, czy to właśnie mózg jest ośrodkiem duszy, czy to on decyduje o tym, kim jesteśmy i czy są jakiekolwiek szanse, by to zmienić. Mózg umożliwia nam komunikację, mózg odpowiada za emocje, za to, że się uzależniamy i za to, jakie decyzje podejmujemy.

Mózg rządzi to pisana językiem niezwykle przystępnym, opatrzona równie intuicyjnymi rysunkami książka, podejmująca temat niebywale skomplikowany, jakim jest właśnie ów narząd i jego wpływ na życie człowieka. Kaja Nordengen dosłownie wchodzi nam do głowy i prowadzi w jej wnętrzu dochodzenie – sprawdza co i w jaki sposób działa, który element za co ponosi odpowiedzialność i czym skutkowałoby jego ewentualne uszkodzenie. Podpowiada ona również co robić, by wykorzystać potencjał, jaki jest dany każdemu z nas.

Lektura niezwykle zajmująca, kształcąca, zachęcająca do dalszych poszukiwań i pracą nad sobą, a przede wszystkim przypominająca, jak wielkim darem jesteśmy obdarzeni i jak wspaniale możemy go spożytkować, uważając, by nie pozwolić przejąć nad sobą kontroli. Kapitalna rzecz, zaskakująco łatwa w odbiorze (a to wielka sztuka pisać o rzeczach skomplikowanych tak, by przeciętnie inteligentna osoba zdolna była je pojąć), a przy tym szalenie interesująca.


Polecam ogromnie, tym bardziej, że tematyka związana mniej lub bardziej z neurologią jest mi niezwykle bliska.

czwartek, 9 lipca 2015

Słowa pamięci – Rowan Coleman





Tematykę przybliża już sama okładka i wyróżniająca się czcionka – wyraźne słowa i rozmywające się powoli pamięci. Podobnie jak tytuł, tak i bohaterka powoli zanika – nie fizycznie, lecz umysłowo. Jej ciało trawi przekazywana genetycznie choroba Alzheimera, bardzo szybko zbierająca swoje żniwo.

Po diagnozie bohaterka, Claire, sądzi, że będzie miała jeszcze trochę czasu, by powoli oswoić się z  nieubłaganym traceniem pamięci, a wraz z  nią – siebie. Niestety Alzheimer postępuje niezwykle szybko, z  dnia na dzień pozbawiając ją tego, na co pracowała całe życie. Kobieta powoli zapomina, kim jest jej mąż, nie pamięta, że go kocha; nie potrafi wrócić do domu; nie rozpoznaje ludzi, ulic, domów. Każda kolejna czynność jest dla niej niezwykle trudna, tym bardziej, że chciałaby jak najdłużej być ze swoją nastoletnią córką oraz jej ojczymem Gregiem, ze związku z  którym poczęła się malutka jeszcze Ester, nierozumiejąca sytuacji w  jakiej znalazła się jej rodzina.

Kobieta coraz bardziej oddala się od bliskich, czym sprawia im ogromny ból: jej matka opiekuje się nią jak umie, podobnie jak przed laty swoim mężem; Greg robi wszystko, by być blisko żony, która go zapomina; a córka Caitlin przedkłada problemy mamy nad własne, mimo że właśnie dowiedziała się kim jest jej ojciec i dlaczego nigdy go nie poznała, a także, że sama mimo młodego wieku zachodzi w  ciążę.

Claire ciężko pogodzić się z postępem choroby – odtąd każdy patrzy na nią właśnie przez jej pryzmat, nieumyślnie sprawiając jej zawód. Jedyną osobą, w  oczach której kobieta wciąż jest sobą, jest nowo poznany mężczyzna – Ryan, w  którym bohaterka stopniowo się zakochuje.
Oprócz potajemnych spotkań z  tymże, Claire postanawia pomóc córce uporządkować jej sprawy, zanim choroba całkowicie pozbawi ją możliwości świadomego uczestniczenia w  życiu najbliższych.
By nie uronić ani chwili z  tego, co minione, cała rodzina postanawia współtworzyć dziennik, w  którym zapisywać będą najważniejsze dla nich momenty, tworząc wytłaczaną miłością kronikę.

Słowa pamięci stanowią propozycję klubu Kobiety to czytają! Powieść po raz kolejny skupia się na tematyce walki z chorobą pochodzenia neurologicznego, sprawiającą, że dotknięta nią osoba powoli traci kontrolę nad własnym życiem i postępowaniem. Mimo mocnego tematu, mam wrażenie, że powieść ta odstaje poziomem od pozostałych klubowych publikacji – jest dobrze, płynnie, ciekawie, ale brakuje tej mocy rażenia, do której tak bardzo przyzwyczaiły mnie należące do serii książki. Autorka, mimo wszelkich starań, mimo wzruszającej historii, zupełnie nie zagrała na moich uczuciach – sfera emocjonalna została niemalże nietknięta, nie potrafiłam poczuć silnej więzi z  bohaterami, nie zżymałam się na ich ciężki los, bo zwyczajnie Rowan Coleman o to nie zadbała – mimo poprawności, brakuje tej powieści polotu, co pozostawia mnie ostatecznie z  tak zwanymi mieszanymi doznaniami czytelniczymi. Wciągnęła mnie bardzo – przeczytałam ją w jedno popołudnie, a mimo to rozstałam się z bohaterami bez większej przykrości. 

Bardziej niż więź z postaciami, istotne okazuje się tutaj śledzenie relacji matka-córka (widoczna zarówno w  postawie Claire jak i jej mamy), żona-mąż, córka-ojciec, pasierbica-ojczym, dziewczyna-chłopak: wszelkich konfiguracji rodzinnych. To one, związki bliskich osób, stanowią jeden z przewodnich wątków. Autorka pokazuje siłę zjednoczenia rodziny w  obliczu choroby i wyższość miłości nad wszelkimi przeciwnościami. I dla tego literackiego świadectwa – warto.


poniedziałek, 16 grudnia 2013

Drugi dziennik – Jerzy Pilch


Tytuł: Drugi dziennik
Autor: Jerzy Pilch
Wydawnictwo: Literackie
ISBN: 978-83-08-05282-2
Ilość stron: 282
Cena: 39,90 zł

O tym, że Jerzy Pilch jest moim polskim pisarzem numer 1, nikogo przekonywać nie muszę.
O tym, że na każdą kolejną jego książkę czekam z utęsknieniem – również. Jednak od czasu, gdy wydał on pierwszy tom swoich diarystycznych zapisków, z większą intensywnością śledzę jego losy – nie, nie dlatego, że mam pragnienie natychmiastowego dowiedzenia się jak sobie radzi z sytuacją chorobową, w której się znalazł, nie dlatego, że mam chroniczną potrzebę wkraczania w czyjeś życie. Dlatego jednak, że o ile dziennik pierwszy jedynie symptomatycznie wspominał o dolegliwości, z którą zmaga się Pilch, o ile był on jedynie sygnałem, wypowiedzią międzywierszową, próbą prześlizgnięcia się przez temat bez konieczności nazywania pewnych zjawisk, bez prób usprawiedliwiania się z przykrej koincydencji objawów chorobowych i typów bohaterów-alkoholików w jego książkach z podobnymi reakcjami organizmu się zmagającymi, o tyle drugi tom jest już jawnym wyznaniem, jest już dziennikiem choroby, powtarzając za Pilchem, w sensie ścisłym.
W nim też to ujawnia się parkinsonik, będący „kronikarzem własnego zaniku”, unaoczniają się neurologiczne zmagania człowieka, którego głównym narzędziem pracy był i jest mózg, tak często teraz wymykający się spod kontroli. Świadomy i o wiele bardziej wyczuwalny dziennik czasu choroby, w którym ta wysuwa się na plan pierwszy, jako czynnik organizujący życie i sprawiający, że zmienił się stosunek Pilcha do świata i życia w ogóle (pozostał Bóg i sport!).
Wiele uwagi poświęca autor rozważaniom o nałogach i człowieczych próbach tłumaczenia się z własnej nieudolności. Ciekawe to refleksje, zastanawiające i jakże trafne. Błyskotliwość i przenikliwość autora tekstu Pod mocnym aniołem, a także niezwykła celność i precyzyjność w nazywaniu omawianych zjawisk zawsze budzi mój największy podziw.
Nie jest Pilch, mimo – jak sądzę – świadomości swoich talentów, napuszonym celebrytą, lecz człowiekiem zdolnym dojrzeć swoją własną ewolucję w obliczu choroby. Widzi, jak bardzo zmienił się jego sposób myślenia, jak przewartościowało się życie, ustaliły priorytety. Ujawnia swoje lęki – wspomina, że boi się utraty polszyczny, jedynego języka jakim się porozumiewa, boi się utraty zachwytu nad literaturą i możności wyrażania go. Wie, że jego przypadłość to nie tylko trzęsące się ręce, w których tak silnie widzą niektórzy efekt ciągłego pisania o alkoholikach (jak sądzą – pisania autobiograficznego). Dziennik z minionego, ciężkiego roku, to już nie zapiski o charakterze społecznym, lecz intymne wyznanie, w którym Pilch wielokrotnie zaznacza swoją obecność i podejmuje walkę z nową rzeczywistością, w której, jak konstatuje, może przyjąć dwie postawy: rezygnacji i obrazy na cały świat lub widzenia dobra w sytuacji, zdawałoby się, bezsensownej. Wybiera opcję drugą, trudniejszą.

Często przywołuje Pilch fragmenty innych dzieł traktujących (nieraz zdawkowo, ale percepcja w obliczu pewnych doświadczeń zostaje na nie jednoznacznie sfokusowana, a domowa biblioteka przez to samoistnie ustala swój profil) o chorobie, przemijalności, nałogach, umieraniu – tym wszystkim, na czym i on zdecydowanie więcej się zastanawia. Choć dziennik ów z całą pewnością pełni dla jego autora funkcję terapeutyczną, jest próbą oswojenia się z nową rzeczywistością chorobową, próbą przepracowania tego doświadczenia, wspomina on jednak, że „rzemiosło nie ocala”. W jego pojmowaniu „choroba po prostu nie lubi, jak się o niej pisze”. Dlatego to robi, dlatego konfesyjnie zwierza się z każdego kolejnego kłopotu z niej wynikającego.

Obok tematu wiodącego, na równych prawach, pojawiają się w dzienniku refleksje o charakterze uniwersalnym – zamyślenia nad literaturą, procesem tworzenia, sytuacją dzisiejszych debiutantów-ignorantów, dialogu między kolejnymi tekstami kultury.

Jak to u Pilcha – mimo gorzkiego i przytłaczającego tematu choroby, na którą wciąż nie wynaleziono lekarstwa, jest dużo prób oswojenia jej ironią, zabawą słowem, a nawet – o bogowie! – kokieterią.

Jak zawsze – czytałam z prawdziwą przyjemnością. Muszę nawet powiedzieć, że większa to była uciecha nawet niż lektura pierwszego tomu jego dzienników.
Cenię Pilcha-diarystę i Pilcha-felietonistę, lubię podglądać jego myśli, śledzić tok myślenia – bardziej nawet niż przy lekturze fikcji. W pisaniu ad hoc jest on mistrzem, a jego inteligencja tak bardzo powala mnie na łopatki, że nie tylko – jak to Pilcha (bardzo Pana, Panie Jerzy przepraszam) obklejam karteczkami tak, że ciężko znaleźć wolne miejsce, ale też śmieję się w głos, budząc tym samym zdziwienie, a nieraz i konsternację towarzyszy podróży komunikacją miejską.
Bawi mnie, rozbraja trafnością spostrzeżeń, nierzadko zmusza do refleksji, poddaje w wątpliwość to w co śmiałam wierzyć, nadbudowuje sensy tam, gdzie ich nie widziałam, uczula na ohydy językowe, a wszystko to robi w sensie ścisłym.

Polecam ogromnie!