środa, 6 kwietnia 2016

Zimowe panny – Christina Sanchez-Andrade



Zimowe panny to powieść mocno specyficzna, żyjąca własnym rytmem, niespiesznie toczącą się narracją i klimatem nieco magicznym.

Gdy do małej galisyjskiej wioski Tierra de Cha po latach wracają dwie siostry – Saladina i Dolores – mieszkańcy zaczynają czuć się niespokojnie. Ich pojawienie się wzbudza strach i niepewność u ludzi, którzy przed laty spisali z ich dziadkiem umowy, jakich teraz żałują. Nie, nie chodziło bynajmniej o pieniądze. Przed laty ich dziadek don Reinald, którego dom obecnie zamieszkują dorosłe już kobiety, ze wszystkimi mieszkańcami spisał nietypowe dokumenty – za opłatą zgodzili się oni wówczas oddać swoje mózgi do badań naukowych. Don Reinald zmarł, jednak umowy nadal były wiążące…

Mieszkańcy przerażeni podpisanymi umowami dopuścili się także czynu, na skutek którego małe wówczas dziewczynki zmuszone były do ucieczki. Nie dziwi więc, że ich pojawienie stanowiło dla sąsiadów nie lata kłopot czy raczej – niezręczność. Każdy chciał także odzyskać podpisane niegdyś dokumenty i zniszczyć je, by o całej sprawie nikt nigdy się nie dowiedział, a oni mogli spokojnie umrzeć, bez obaw, że ich najcenniejszy organ przekazany zostanie do badań.

Saladina i Dolores nie wiedzą jaki typ umów łączył od czasów wojny ich dziadka z mieszkańcami wioski, stąd ich ciągłe wizyty, przeszkadzające im w snuciu marzeń o karierze aktorskiej i wspaniałym życiu, były dla nich tym bardziej irytujące. Zwłaszcza, że dotąd kobiety wiodły raczej nudne, przeciętne życie, wolne od małomiasteczkowych tajemnic i dziwnych dokumentów, których te miały być nieświadomymi depozytariuszkami. Niepewność wzmaga się tym bardziej, że nikt nie wie, gdzie rzeczone umowy miałyby się znajdować. Ich odnalezienie staje się zatem w wiosce tematem numer 1.

Christina Sanchez-Andrade stworzyła powieść, której nie czyta się z wypiekami na twarzy, lecz przez którą przedziera się uważnie, by nie uronić sensów. Jest to literatura na tyle specyficzna, że nie znajdzie uznania u każdego – jednych może znudzić, innych irytować, jeszcze innym zdawać się pozbawioną sensu. Może także zachwycić, jeśli tylko uda wam się uchwycić specyficzny klimat i czytać między wierszami. Powieść sprawia wrażenie nierzeczywistej, onirycznej, jest zawieszona pomiędzy światami, momentami zakrawa wręcz o irracjonalność.

Ważnym elementem powieści są relacje: zarówno samych sióstr, jak i mieszkańców wioski. Ścisła wspólnota, tak specyficzna dla małych społeczności jest tutaj niezwykle uwypuklona. Każdy z bohaterów ma swoje dziwactwa, które podkreślone zostają przez serię przedziwnych wydarzeń, następujących po powrocie sióstr do Terra de Cha. Oczywiście to w ich powrocie upatruje się ich źródła, jednocześnie złorzecząc im i bojąc się ich. Same bohaterki wydają się nie z tej ziemi. Pojawiają się nie wiadomo skąd, rozmawiają nie wiadomo o czym, zachowują się dość specyficznie, co podkreślone zostaje przez surowość narracji.


Niebywale smaczna i piękna okładka przyciąga wzrok, jednak należy uważać, by nie objeść się figami widocznymi na tejże. W miejsce fig wstawcie sobie dowolne słowo, które przyjdzie wam do głowy po lekturze tego krótkiego omówienia. Wszak nadmiar wszystkiego szkodzi jednakowo. Bohaterowie tej powieści przekonali się o tym niejednokrotnie...

wtorek, 5 kwietnia 2016

Nie patrz w tamtą stronę – Marcin Grygier



Jeśli masz słabą psychikę – nie czytaj!

Brutalność mordu dokonanego w tej książce zrobiła wrażenie także na mnie – osobie, która rzadko daje się poruszyć krwawym opisom, bo niejeden już czytała, niejedno zabójstwo widziała w tv, a wyobraźnię ma bujną nad wyraz, tak, że nie trzeba jej stymulować dodatkowymi elementami, by potrafiła zdziałać cuda. Marcinowi Grygierowi udało się jednak zjeżyć włos na mojej głowie i sprawić, że książka zaprząta moje myśli na długo po lekturze.

Zaczyna się mocno – oto odnalezione zostaje ciało zamordowanej dziewczyny. Standard, powiedzielibyście. Nic bardziej mylnego – w miejsce głowy, zwłoki mają doczepiony koński łeb, pochodzący prawdopodobnie z jednej z pobliskich licznych stajni. Co symbolizować ma ten bestialski czyn, o czym ma zaświadczać?

Jeśli wydaje wam się, że to makabra, lojalnie uprzedzam – dalej jest już tylko mroczniej i mocniej. Nieobliczalny i wciąż przebywający na wolności morderca dopiero się rozgrzewa. Pierwsza zbrodnia stanowi jedynie przykrywkę do jego pieśni zbrodni, a niezwykły talent do mylenia tropów wskazuje, że nie jest to pierwszy lepszy głupek, lecz ponadprzeciętnie inteligentny zabójca, z którym nie ma żartów i który doskonale wie, do czego zmierza. A zmierza do tego, by zemścić się za piekło, którego doświadczył w przeszłości.

Grygier kapitalnie pokazuje mechanizmy działania zła – wizualizuje to, jak jeden zły czyn prowokuje drugi, jak cierpienie ewokuje cierpienie, jak doznane krzywdy prowadzą do wyrządzania im innym, jak łatwo dać się uwieść żądzy zemsty i jak trudno wydobyć się ze spirali piekła, które gotujemy jedni drugim. Autor uwypukla zasadę kół na wodzie – pokazuje jak drobiazgi mogą zataczać coraz szersze kręgi – w przypadku tej powieści są to drobinki wyrządzonych krzywd, lecz doskonale wiemy, że podobnie działa i dobro – raz rozsiane, rozpromienia się na kilometry. Do nas należy wybór co będziemy wokół siebie roztaczać.

Coraz rzadziej zdarza mi się trafić na kryminał, który od pierwszych stron przyciągałby mnie na tyle, że nie chciałabym się od niego oderwać. Tutaj tak właśnie się stało. Aż dziw bierze, że to debiut, wszak jest kapitalny! Nie mogę się doczekać kolejnych tekstów autora – obok doskonale poprowadzonego wątku głównego, świetnie poradził on sobie również z portretowaniem postaci i trzymaniem w ryzach motywów pobocznych, które znacząco wpływały na linię narracyjną. Świetna robota!

Czytałam dojeżdżając do pracy i za każdym razem, gdy znajdowałam się w miejscu docelowym żałowałam, że pociąg nie jechał dłużej. Z niecierpliwością czekałam też przerwy i powrotu do domu, by móc wrócić do punktu, w którym przerwałam tę pasjonującą lekturę. Polecam ogromnie! Jeśli tylko szukacie dobrego kryminału, zdolnego wstrząsnąć i przerazić, Nie patrz w tamtą stronę będzie doskonałym wyborem, którego na pewno nie pożałujecie. No, chyba że zaczną was nawiedzać senne koszmary.


Czytajcie na własną odpowiedzialność. 

Dotrzymana obietnica - Jill Anderson




Ostatnią rzeczą jakiej spodziewałabym się w klubie Kobiety to czytają jest literatura faktu. Tak mocno przyzwyczaiłam się do powieści obyczajowych, że przez myśl mi nie przeszło, by kolejną książkę w tymże, stanowić będzie tekst, którego lekturę właśnie zakończyłam.

Paul od wielu lat zmagał się z zespołem ustawicznego zmęczenia. Objawy choroby pojawiły się na kilka dni przed jego ślubem z Jill. Początkowo oboje myśleli, że to zatrucie, zmęczenie lub stres – trzy podstawowe diagnozy każdego lekarza, który nie potrafi znaleźć przyczyny dolegliwości u swojego pacjenta. Z miesiąca na miesiąc jednak stan mężczyzny się pogarszał, czyniąc jego życie nie do zniesienia. Doktorzy, których odwiedzali na próżno szukali organicznej przyczyny. Wielu z nich uważało, że Paul zmyśla, a przyczyny jego dolegliwości należy szukać w umyśle – ot, kolejny hipochondryk, który zajmuje innym miejsce w kolejkach do specjalistów. Podobne wrażenie miała rodzina mężczyzny, z którą ten po śmierci matki prędko zerwał kontakt, nie znajdując u niej pocieszenia i wsparcia. Jedyną osobą, która trwała przy bohaterze była Jill – niezłomna i ufna w  to, że Paul faktycznie jest chory.

Nasilające się dolegliwości mężczyzny i brak zrozumienia ze strony otoczenia sprawiły, że zaczął on miewać myśli i próby samobójcze. Każdą z nich udaremniła jego żona, stale trwająca na posterunku. Do czasu… Pewnego razu, gdy wróciła do domu, Paul oświadczył, że wziął wystarczającą ilość tabletek. Kobieta, która nie raz i nie dwa była świadkiem takich scen, nie zareagowała. Gdy następnego dnia znalazła męża nieżywego, szybko stała się główną podejrzaną w sprawie o współudział w samobójstwie, a później także i w sprawie o morderstwo.

Dotrzymana obietnica to właściwie zapis prowadzonego śledztwa. Obok historii małżeństwa Paula i Jill oraz opisu postępującej choroby mężczyzny, która całkowicie odmieniła życie tej dwójki młodych ludzi, znajdziemy w niej zapisy godzin przesłuchań, którym poddawana była kobieta.

Mimo że początkowo książka wydała mi się nad wyraz frapująca, z każdym kolejnym rozdziałem męczyłam się coraz bardziej. Wydłużające się przesłuchanie, z pewnością szalenie trudne i wycieńczające dla samej Anderson, podobnie wpływało i na mnie – czułam się, jakbym to ja stanęła pod gradem powtarzających się, czekających na moje potknięcie pytań policjantów. Irytowała mnie próba złapania oskarżonej na kłamstwie, mającym wyjść na jaw, gdy będzie już tak zmęczona, że przestanie kontrolować swoje odpowiedzi i zacznie odpowiadać (w zamyśle prowadzących sprawę) zgodnie z prawdą. Nie wiem czy efekt ten był zamierzony (jeśli tak – brawo!), jednak mimo moich przypuszczeń co do tego, owo zmęczenie sprawiło, że przez lekturę brnęło mi się coraz trudniej i z coraz mniejszym zainteresowaniem. W pewnym momencie jedynie czekałam końca, by wreszcie móc odetchnąć pełną piersią i oddać się rozważaniom nad sednem i sensem.

Jeśli chodzi o tematykę do dyskusji – faktycznie jest się nad czym pochylić, jest się o co pokłócić, jest się z czym (nie) zgodzić, jednak sama forma była nieco zbyt męcząca i rozwlekła. Niesłychanie frustrujące były także skoki czasowe – raz znajdowaliśmy się w  teraźniejszości, raz dostawaliśmy suchy zapis przesłuchania, innym razem autorka raczyła nas retrospekcjami, a nad całością – jak się zdaje – nie było żadnej kontroli, wszystko działo się dowolnie i zasadniczo – było tego zbyt wiele, co utrudniało skupienie i wytrącało z rytmu.

Mimo tych uszczerbków, poruszająca to historia. Daleka jestem od osądzania Anderson i badania jej motywacji – tak naprawdę nigdy nie dowiemy się co nią kierowało i czy była w pełni sił psychicznych w dniu śmierci swojego męża. Książka ta jednak zmusza do refleksji, skłania do podjęcia wysiłku w  celu zastanowienia się nad tym, jak bardzo choroba może uprzykrzyć życie – nie tylko samemu chorującemu, ale także jego rodzinie i znajomym. Jakże często dolegliwości ciała powodują niezrozumienie otoczenia i jakże często okazuje się, że nie ma lekarstwa na toczące nasze organizmu bolączki. Publikacja ta, poza zasadniczą kwestią winy i niewinności, a także tego czy mamy prawo decydować o własnej śmierci, nawet w skrajnych przypadkach; każe zastanowić się nad istotą bliskości bez względu na okoliczności.

Polecam do lektury i rozważań.




Inne książki z serii Kobiety to czytają na blogu:

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Skąd się wzięło moje nazwisko? - Henryk Martenka



Zagwozdki językowe to mój konik. Uwielbiam dociekać sensu, znaczeń, etymologii. Intelektualna frajda jakich mało – pewnie też dlatego zabawa z poszukiwaniem znaczenia słów przyświecała mojej pracy magisterskiej i dlatego również wciąż wracam do tematu, szczególnie na co dzień, podczas słownych gier z innymi – lubię to!

Między innymi z tego powodu podwójną radość sprawiła mi wznowiona książka Skąd się wzięło moje nazwisko? Henryka Martenki, będąca kapitalną propozycją dla młodszego czytelnika, w którym ma ona docelowo rozbudzić ciekawość językiem, w szczególności zaś pochodzeniem nazwisk i rodów.

W  ten szczególny sposób odbiorca bawiąc się i czytając, pozna jednocześnie historię swojej rodziny, a być może także rodzin swoich bliskich. Nie tylko za sprawą wyjaśnień wplecionych w opowiedzianą historię, lecz także dzięki inspiracji do dalszych poszukiwań własnych.

Martenka do swojej próby zainteresowania młodego czytelnika językiem podszedł bardzo metodycznie – oto stworzył opowieść, w której słowo staje się głównym motywem przewodnim, opowieść, w której nie ma miejsca na krztynę nudy.

Pewnego lata, podczas wakacji, do rodziny Tomka przyjeżdża w odwiedziny dziadek Antoni, etymolog, którego pasją jest dociekanie pochodzenia nazwisk. Swojemu hobby poświęca wiele wolnego czasu, zarażając nią innych tak subtelnie, jak tylko subtelnie może być przekazywana wiedza przez mądrych i doświadczonych dorosłych. Gdy razu pewnego wraz ze swoim wnuczkiem wdaje się w  dyskusję o nazwiskach, nie przeczuwa jeszcze, że jedna luźna dyskusji przerodzi się w pełnoetatowe zajęcie na całe wakacje. Dziadek Antoni prócz swojego wnuka, zarazi wirusem żądzy wiedzy także jego znajomych – Basię, a później i Ola, kolegę Tomka. Wspólnymi siłami, młodzi odkrywcy bogactwa języka, pozyskiwać będą niezbędną do odsłaniania znaczeń wiedzę.

Książeczka pomiędzy kolejnymi historiami mieni się dziesiątkami przykładów najpopularniejszych nazwisk, zawiera zasady ich tworzenia, które kilkakrotnie – w  celu utrwalenia – przypomina. Trzy mechanizmy tworzenia nazwisk omówione są szczegółowo, choć bardzo przejrzyście i w sposób niezwykle łatwy do przyswojenia. Niby mimochodem, jako dodatek do opowiedzianej historii, a jednak zapadając głęboko w pamięci.

Tak naprawdę, czytając tę książkę, jesteśmy uczestnikami niezwykle frapującej lekcji, która poprzez zabawę wzbogaca naszą samoświadomość i poszerza horyzonty.
Świetna rzecz do podsuwania młodym ciekawskim, a także ich rodzicom, którzy nie zawsze świadomi są tego, skąd wzięło się ich nazwisko i o czym może świadczyć, a także jaką historię rodu za sobą niesie.


Ta publikacja to pretekst do rodzinnej zabawy w poszukiwaniu korzeni. Polecam!

niedziela, 3 kwietnia 2016

Stos (z) marca.




Marzec, jak każdy mój miesiąc stał się miesiącem obfitości. Tym razem jako winnego podaję księgarnię Bonito.pl i jej okrutną promocję, która wraz z  moim (naszym:P) dodatkowym rabatem sprawiła, że książek przybyło sporo i to w skandalicznie niskich cenach. Było też Allegro, były konkursy, były łypiące na mnie w miejscu pracy pozycje, które oczywiście kupić musiałam, bo cóż innego mi pozostało.
Pomijam kwestie prezentowe i recenzenckie, które w  marcu też dawały o sobie znać, dzięki czemu mam co czytać na kolejne 20 latJ
Przedstawiam Wam moje wczesnowiosenne radości.



E-booki:

Pojedynek z diabłem
świetna pozycja Skąd się wzięło moje nazwisko [recenzja na dniach]
Pokalane poczęcia




Są ze mną Zimowe panny [recenzja na dniach] - mocno specyficzne, są wygrane Podróże po skryptorium, jest kiepski Wyjątkowy rok [recenzja], świetny Komisorz Hanusik i Sznupok, ukochane Zazdrośnice, czytany na krótko przed smutną dla wielu chwilą Grunt pod nogami, romansowy, na rozluźnienie Układ, czytana przed Wielkanocą Czego najabrdziej żałują umierający [recenzja na dniach], Primabalerina, skłaniający do refleksji Rok magicznego myślenia, śmiesznie tania Anna Jantar. Bursztynowa dziewczyna, przepięknie wydane  Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender, świetnie zapowiadające się Dobry kłamca i Stół króla Salomona, sprezentowany Diabeł stróż, (mam nadzieję) frapujące Niegczeczne księżniczki, Ród wyklętych, z którym wiążę duże nadzieje, Bajki dla dzieci. Stories for kids, intrygujące Zakonnice odchodzą po cichu, oby dobre Drzwi do nieba, czytane w ramach powrotu do młodzieżówek Daj mi odpowieź, wyśniony, wymarzony, wyszperany za prawie darmo na Allegro Firmin, klasyczny już Koszmarny Karolek. Władca mroku, wielokrotnie mi polecany Ross Poldark, wielka nadzieja Kamienna noc, w ramach zwieńczenia serii Before. Chroń mnie przed tym czego pragnę, nowa współpraca i wynikające z niej Wróżenie z  wnętrzności, mocno reklamowana Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie, ponoć doskonały Ślepy trop, dobrze się zapowiadające W dół, najważniejsza lektura marca, czyli Listy, przybyła z dużym opóźnieniem Zjawa, jak zwykle boskie wydanie W  domu, w  dziczy, na ulicy, książka, której uległam dla szaty graficznej, czyli Harry Potter and the philosophers stone i kolejne już wznowienie Zanim zasnę, którym zostałam obdarowana.



Uff! Wybaczcie mi moje ostatnie zaległości w pisaniu i komentowaniu - przyzwyczajanie się do nowego trybu pracy nieco mi zajmie, tym bardziej, że poza kwestiami zawodowymi pojawiły się prywatne, które powodowały, że na blog właściwie nie zaglądałam. Będzie lepiej!

A tymczasem... co polecacie do czytania na już? Bo ja chciałabym wszystko:)

poniedziałek, 21 marca 2016

ŚBK-owe przykurzątka, czyli książkowe wyrzuty sumienia

Marzec to dla Śląskich Blogerów Książkowych czas książkowego rachunku sumienia. Naszym zadaniem było spojrzenie na półkę i wyjęcie z niej pozycji, będących wyrzutami sumienia. Tych, które zalegają na regałach od dawna, a których wciąż z jakichś powodów nie przeczytaliśmy. Moja lista jest żenująca, ale tłumaczę się tym, że czytam wiele także spoza biblioteczki, poza tym czym więcej się ma, tym więcej siłą rzeczy zalega.




988 nieprzeczytanych książek ze zbioru liczącego niemalże 2500 pozycji. Około setka, to pozycje zdobyte na wymianie, w których miejsce pozbyłam się tego, co przeczytałam (tak, próbuję się trochę wytłumaczyć).

Czytam bardzo dużo i bardzo szybko. Problem tkwi w tym, że tak samo szybko kupuję, dostaję, wymieniam, zabieram do domu i wygrywam nowe pozycje, na skutek czego koło się zatacza.
Nie sposób zanudzać Was wymienianiem wszystkich nieprzeczytanych przeze mnie tytułów z  domowej biblioteczki (gdyby ktoś był ciekaw, mogę stosowną listę oczywiście udostępnić), stąd wybrałam 10 tytułów, będących moimi największymi wyrzutami i najdłużej koczującymi na półkach przykurzątkami.


Część moich gwiazd:)


1.       Gra w  klasy – kilka lat temu szalenie się na nią zafiksowałam i wreszcie dostałam jako prezent urodzinowy. Grzecznie odłożyłam na półkę i od tamtej pory ciągle coś przeszkadza mi w  lekturze (nie oszukujmy się, najczęściej są to nowe książki).

2.       Autobiografia Agathy Christie – lata temu, kiedy jeszcze pozycje autorki nie były tak chętnie wznawiane, udało mi się zdobyć dwutomowe wydanie za grosze,  na jednej z nadmorskich wyprzedaży u bukinistów. Emocjom nie było końca, oszalałam z radości!
Po powrocie z  wakacji jednak, książki wkomponowałam w regał i tak już zostały…

3.       Cholonek – oj, nawet nie wiecie jak bardzo, niesiona falą entuzjazmu po kapitalnym spektaklu Teatru Korez chciałam ją pochłonąć. Trudno było zdobyć, toteż samo pozyskanie książki mój entuzjazm pochłonęło i lektura dotąd leży nietknięta, patrząc na mnie z  ogromnym wyrzutem.

4.       Dwa kolejne tomy Jeźdźca miedzianego – po lekturze pierwszego załapałam książkowego kaca i postanowiłam dać sobie czas na złapanie oddechu. Łapię go już trzeci rok. Bez komentarza.

5.       Wahadło Foucaulta – znacie to? – „O matko, MUSZĘ mieć tę książkę NATYCHMIAST!!!!!! MUSZĘĘĘĘ!!!”. A gdy już mam… to mam. I nie ma po co się spieszyć.

6.       Służące – książka nawet nie jest moja. Pożyczona od przyjaciółki 3, a może już nawet 4 lata temu. Czeka. Ciągle na coś innego: na czas, na nastrój, na odpowiednie warunki. Kiedyś przeczytam, obiecuję!

7.       Middlesex – uwielbiam Eugenidesa. Książka długo była nie do zdobycia, udało mi się ją za bezcen zdobyć u katowickich bukinistów. Oczywiście od tamtej pory jej wartość rynkowa spadła, bo zanim zdążyłam ją przeczytać doczekała się wznowienia, co jedynie moje wyrzuty podkreśla i wzmaga.

8.       Moja walka – z  tą książką to było tak. „Błagam, kupcie mi ją na urodziny! Będę czytać natychmiast, obiecuję!”. Oczywiście okazało się, że u mnie czas płynie inaczej, a publikacja cierpliwie czeka aż nadejdzie jej czas.

9.       Norwegian wood – kupiona w  Biedronce, by wreszcie przekonać się o co chodzi z  tym całym Murakamim. Jak się domyślacie – nadal nie wiem.

10.   Opowieść dla przyjaciela – do tej książki tęskniłam długo, wypatrywałam okazji, by kupić ją w atrakcyjnej cenie lub ewentualnie dostać. Kupiłam. Każdego dnia widzę jej grzbiet, który woła do mnie z  wyrzutem. I każdego dnia mówię: „jeszcze tylko dokończę tę jedną i już się za Ciebie biorę”. Never ending story.

Listę mogłabym wydłużać i wydłużać, powiem Wam jednak, że aż mi się robi przykro. Dlatego przestaję, obiecując sobie i Wam, że w tym miesiącu przeczytam jedną książkę z listy. Niech to ŚBK-owe wyznanie ma jakieś pozytywne skutkiJ

A Wy? Macie swoje przykurzątka, swoje książkowe wyrzuty sumienia?
Czekam na Wasze wyznania i tytuły!