piątek, 10 stycznia 2014

Purpurowe gniazdo – Bożena Kraczkowska


Tytuł: Purpurowe gniazdo
Autor: Bożena Kraczkowska
Wydawnictwo: Novae Res
ISBN: 9788377229903
Ilość stron: 126
Cena: 33 zł


Wyobrażacie sobie święta bez świętego Mikołaja?
Nie? A zastanawialiście się kiedyś czy aby Wasz ulubiony, korpulentny dziadek z długą siwą brodą, chodzący w czerwonym płaszczu nie jest już zmęczony corocznym okrążaniem całego świata w celu dostarczenia prezentów? Zastanawialiście się, jak radzi sobie ze swoim (coraz większym) brzuchem podczas wchodzenia kominem? Myśleliście o tym, że on może mieć już po prostu dosyć i w przededniu wigilii zażyczyć sobie urlopu?

Otóż święty Mikołaj miał dosyć. Znudziło go i wykończyło dotychczasowe życie, oparte na spełnianiu cudzych marzeń, w związku z czym wziął urlop na żądanie. Nie spotkało się to oczywiście z aprobatą jego współpracowników, którzy uwijali się jak w ukropie, by już następnego dnia dzieci na całym świecie mogły otrzymasz upragnione prezentu, a którzy teraz postawieni zostali w sytuacji nie do pozazdroszczenia.
Gdy najlepszy przyjaciel Mikołaja – Trolek – zdecydował się wyrazić swój przeciw, Mikołaj wziął nogi za pas i zniknął w Zamrożonym Lesie. Co gorsza – ubrał się niegodnie, wywołując gniew Pięknej Zimy, złoszczącej się na wszystkich, którzy nie mają do niej należytego szacunku. Zaniepokojeni przyjaciele Mikołaja zdecydowali się zorganizować akcję ratunkową, w którą wyruszyli: królik Chrupuś, renifer Ramon i troll Trolek.
W trakcie poszukiwań na ich drodze stanęły leśne zwierzęta, z którymi natychmiast się zaprzyjaźnili, dowiadując się przy okazji gdzie podziały się wszystkie ptaki świata.
Zdeterminowani bohaterowie zdecydowali się nie tylko ocalić świętego Mikołaja, ale też pospieszyć na ratunek uwięzionym zwierzętom. Mając wsparcie we wszystkich napotkanych istotach, głęboko wierzą, że im się to uda.


Bożena Kraczkowska namalowała słowami prawdziwie ciepłą, skrzącą się kolorami opowieść, idealną do czytania w okresie okołoświątecznym.
Jej bohaterowie tworzą prawdziwą rodzinę, dbającą o siebie nawzajem, mającą na uwadze zdrowie i samopoczucie najbliższych, zdolną do wielkich poświęceń, by mimo przeszkód trzymać się razem.
To swoista zimowa baśń, łącząca w sobie świat wyobrażony i rzeczywisty, poprzez prowadzenie dwutorowej narracji: jednej z perspektywy dziewczynki oddającej się upajającej lekturze, drugiej z perspektywy bohaterów. Te dwie rzeczywistości spajają się ze sobą tak silnie, że w krótkim czasie nie wiemy już co dzieje się u bohaterów, a co jest senną projekcją dziewczynki. A może ona wcale nie śpi, tylko tak silnie zatopiła się w lekturze, że została przez nią (dosłownie) wchłonięta? Sprawdźcie;)
Co ciekawe, rzeczywistość Marysi posiada wiele cech wspólnych ze światem przedstawionym – jej sąsiedzi są równie przyjaźni, dbający o dobro, a gdy trzeba także zaniepokojeni i czujni. Jest więc to nie tylko opowieść alegoryczna, ale też przełożenie wartości książkowych do świata rzeczywistego.

Historia została okraszona ilustracjami Kamili Stankiewicz. Obrazki te przywodzą na myśl dziecięce rysunki tworzone przy użyciu kredek pastelowych, przez co całość stanowi jednolitą całość, w której to dziecko wysuwa się na plan pierwszy.

Jedynym co można by książeczce zarzucić (choć dla wielu stanowić to będzie zaletę), to fakt małego skupienia się na samych świętach, przez co charakterystyczny klimat gdzieś się ulatnia (szczególnie gdy na scenę wkraczają żyrafyJ), ustępując miejsca innym wydarzeniom. Zdaje się, że Boże Narodzenie, to jedynie pretekst do zawiązania akcji.
Nikt jednak nie powiedział, że to opowieść świąteczna….:)
http://www.youtube.com/watch?v=GNoXXrXmWFU


czwartek, 9 stycznia 2014

Czas na....


...BIBLIĘ!
 
 
Nowy portal biblijny: www.czasnabiblie.pl

Idea nawiązuje do rosnącego coraz bardziej – zwłaszcza wśród młodych ludzi - zainteresowania Biblią. czasnabiblie.pl to przestrzeń dla rzetelnego i przystępnego poznania Słowa Bożego, miejsce dla dyskusji i modlitwy, ponieważ jesteśmy przekonani, że właśnie nadszedł Czas na Biblię!

Portal powstał jako odpowiedź na zachętę Jana Pawła II do rodzinnego czytania Pisma Świętego. Obejmuje różne środowiska i łączy je wokół Biblii oraz osoby i nauczania Papieża, który 27 kwietnia 2014 roku zostanie ogłoszony świętym.

Przygotujmy się na to wielkie wydarzenie, czytając w naszych domach Słowo Boże wraz komentarzami autorów, a przede wszystkim bł. Papieża.

Będzie to doskonałe wypełnienie jego życzenia i przyjęcie błogosławieństwa, którego udzielił na dwa tygodnie przed swoją śmiercią:

Z  serca błogosławię rodzinom, które wspólnie czytają słowo Boże - Jan Paweł II, 19 marca 2005 r.

 ***
Drodzy, czytamy wiele, ale czy w naszych lekturach jest miejsce także i na Biblię? Dla chrześcijan powinna być ona pokarmem powszednim, dla innych może stanowić kawał literatury, nie ulega jednak wątpliwości, że chociaż raz w ciągu całego życia każdy powinien ją przeczytać - od deski do deski. Jedni, by pogłębić wiarę i poznać ją, drudzy - by wiedzieć w co nie wierzą i z czego rezygnują, trzeci - by mieć jakiekolwiek obycie. 
Powyższa inicjatywa, to dobra okazja, by zacząć!

Demony miłości – Eve Edwards


Tytuł: Demony miłości
Autor: Eve Edwards
Wydawnictwo: Egmont
ISBN: 9788328100008
Ilość stron: 230


Podczas gdy ostatni dom – Alchemia miłości – opisywał historię zawiłości miłosnych Willa Laceya, Demony miłości osnute zostają wokół uczuciowych perypetii Jamesa i Lady Jane.

Po zerwanych zaręczynach z Willem i popadnięciu w niełaskę rody Laceyów, Jane wychodzi wbrew woli ojca za markiza w podeszłym już wieku. Choć jej małżonek szybko umiera, przekazuje jej dar cenniejszy niż wszelkie kosztowności – tytuł i wolność.
Mimo pozornie dobrej sytuacji, kobieta staje się celem łapczywych mężczyzn, dla których według prawa jest ona macochą. Oskarżają ją oni o bezprawne zagarnięcie majątku ojca i nieskonsumowane małżeństwo, odbierające jej wszelkie przywileje, którymi została obdarzona.
Przeciwnicy knują w zmowie z jej ojcem spisek, mający na celu kolejne intratne zamążpójście, gwarantujące wszystkim stronom korzyści finansowe.
Nieświadoma niczego Lady Jane, dwórka królowej Elżbiety I, oczekuje przybycia na dwór Jamesa Laceya, będącego w ostatnim czasie na wojnie. Ich uczucie dotąd poddawane było wielu próbom, a teraz, gdy wydaje się, że w końcu nic nie stanie na drodze ku ich szczęściu, mężczyzna powraca z Niderlandów zupełnie odmieniony. Jego sercem zawładnęły demony, zabierające mu spokój i pogodę ducha. James pragnący jedynie szczęścia Lady Jane, całkowicie się przed nią zamyka, nie chcąc narażać jej na przekleństwo jego zmiany.
Jane po raz kolejny musi stawić czoła przeciwnościom, uniknąć zaaranżowanego małżeństwa, ostracyzmu i ukoić ból ukochanego zanim będzie na to za późno. W swoich działaniach jest ona niezłomna i nieprzejednana – jako mimo młodego wieku, ale za to doświadczona kobieta wie, że niewiele trzeba by zagrozić szczęściu, a równie niewiele, by je obronić.
Choć spełnienie głównych bohaterów po raz kolejny zostało postawione na szali z trudną obyczajowością, młodzi mają wiele przyjaciół, zdolnych do najwyższych poświęceń, by pomóc im na drodze do wspólnej, szczęśliwej przyszłości.
Jaką intrygę uknują, by wyzwolić się spod jarzma zobowiązań?

Końcówka powieści, moim zdaniem jest przyspieszona na siłę – niepotrzebnie został dokonany tak wielki przeskok czasowy, który sugeruje, że wyprawa, z której James mógł nie wrócić, okazała się bułką z masłem, formalnością na drodze do kolonizacji, mającą jedynie w sercu Jane zasiać niepewność, nie będącą zaś wcale realnym zagrożeniem.
Choć tom ten charakteryzuje się równą dbałością o szczegóły, co część pierwsza (trudno się dziwić – wszak autorka dołożyła wszelkich starań, by zapewnić swej powieści znamiona realności – oglądała wnętrza z epoki i turnieje rycerskie, uczestniczyła w ucztach w stylu elżbietańskim, opanowała sztukę jedzenia bez widelca znaną w epoce Tudorów – wszystko po to, by duch epoki całkowicie nią owładnął), nie wystarczyło to, by utrzymać intrygę na równie wysokim poziomie.

James jest dla mnie postacią dosyć nijaką, pozbawioną wyrazu. Rozumiem dręczenie go demonami wojny, jednak z bohaterami cierpiącymi z podobnych przyczyn spotkałam się już na kartach literatury nie raz i każdy z nich miał o wiele lepszy rys niż Lacey.  Za mało w nim ponurości, surowości, przemiana jest zbyt szybka i zupełnie pominięta w opisie, przez co traci od na wiarygodności.

Choć Demony miłości wypadły znacznie słabiej niż Alchemia miłości, wciąż seria ta pozostaje cyklem wartym uwagi. Szczególnie przypadnie do gustu fascynatom epoki Tudorów, lubującym się w charakterystycznym dla tego czasu klimatem.

Recenzja poprzedniego tomu:

http://shczooreczek.blogspot.com/2013/09/alchemia-miosci-eve-edwards.html




środa, 8 stycznia 2014

Spróbujmy jeszcze raz – Abbi Glines


Tytuł: Spróbujmy jeszcze raz
Autor: Abbi Glines
Wydawnictwo: Pascal
ISBN: 978-83-7642-229-9
Ilość stron: 336
Cena: 34,90 zł



Pierwsza część historii opowiedzianej przez Abbi Glines zrodziła we mnie mieszane uczucia, przybrała bowiem charakter skamienieliny lub mumii – odgrzewała znane schematy, ścierała makijaż nowatorstwa w zamian za całkowite oddanie się we władanie rozwiązań, które ostatnimi czasy nabrały mocy marketingowej i sprzedają się najlepiej. Autorka skupiła się na sferze emocjonalnej bohaterów, nie kusząc się nawet o głębsze penetrowanie ich psychiki – zatrzymała się na całkowicie podstawowych instynktach, pierwotnych emocjach i towarzyszącym im emocjach.

Po krótkim, choć namiętnym związku i równie spektakularnym rozstaniu, Blaire postanowiła wrócić do rodzinnego miasta, by tam uporać się z (pół)prawdą, którą właśnie poznała.
Zamiast jednak znaleźć należne jej ukojenie, w jej życiu pojawia się ktoś, kto nie pozwala przestać jej myśleć o Rushu i kto na zawsze splata ich losy.
Mimo zranienia, dziewczyna ciągle myśli o ukochanym, z którym wie, że nie ma szans na związek. Staje przed trudnymi decyzjami, od których zależy jej dalsze życie.

O ile w pierwszym tomie swoim zachowaniem irytowali mnie przede wszystkim głowni bohaterowie, o tyle teraz moja szczególna uwaga zwróciła się w kierunku Caina,  byłego chłopaka Blaire, który swoją żałosną nachalnością doprowadzał mnie do wrzenia. Urzeczywistnił on tak znany profil człowieka, który za wszelką cenę chce odwrócić niedawne rozstanie, siląc się na coraz bardziej upokarzające zachowanie i deklaracje – choć to częsty przypadek działań, które są niejako bezwarunkowe, toczą się poza człowiekiem, który gdy tylko ochłonie zaczyna ich żałować – i tak miałam ochotę Caina spoliczkować. Rzadko spotyka się aż tak irytujące postaci.

Tym, co jeszcze drażniło, to wulgarne wtrącenia podczas scen erotycznych – zabieg znany już z tomu pierwszego. Choć w normalnych warunkach bohaterowie wypowiadali się z pominięciem przekleństw, gdy tylko znajdowali się w łóżku, z ich ust natychmiast zaczęła spływać cała lista obelżywości, z subtelnym „fuck” na czele. Rola tego słowa jest tu niebagatelna – przypomina mi kultowego już św. Barnabę E.L. James, wtrącanego wszędzie gdzie tylko zaistniała taka możliwość, jednak zupełnie zbędnie, bez jakiegokolwiek umotywowania. Wtrącenia te całkowicie wybijały z rytmu, niczemu nie służyły, chyba że miały pełnić rolę wewnątrztekstowych rozpraszaczy i świadectwa płytkości. Ordynarne wtrącenia zupełnie nie przystawały do reszty wypowiedzi, choć niewątpliwie w jakiś sposób korespondowały z coraz liczniejszymi i śmielszymi scenami łóżkowymi.
Oto z powieści obyczajowej o zabarwieniu romansowym, zrobił nam się erotyk dla młodzieży, tak jednak słaby, że niektóre sceny zamiast ekscytować uchodziły za niesmaczne.
U Glines łożko= nagłe uprzedmiotowienie, pojawianie się słownictwa opisującego szczegóły anatomiczne w sposób daleki od naukowego, wtrącenie określeń nieprzyzwoitych, niestosownych i zupełnie niekorespondujących z językiem występującym w pozostałych scenach. Bohaterowie już nie unoszą się na skrzydłach miłości, lecz nagle stają się wulgarni w nazywaniu tego, co z powodzeniem mogli tytułować zgodnie z dotychczasowymi zasadami. Brakuje tutaj pewnej dyskrecji, niedopowiedzeń, raczeni jesteśmy za to ogromem scen przywołujących na myśl tanią pornografię, opisów poniżej krytyki w tego typu książce, która zupełnie nie zapowiadała podobnych rozwiązań. Daleka jestem od fałszywej pruderyjności, ale wiele scen odrzucało mnie i budziło absmak. Gdyby był to inny typ ksiązki, a całość utrzymana w podobnej stylistyce – nie byłoby problemu. W oczy jednak rzucają się nagłe zmiany poetyki, już nie tyle ze sobą kontrastujące, ile zupełnie nie współbrzmiące.

Przez to, w moim odczuciu, zatraca się główny wątek: historii o docieraniu się, dojrzewaniu do związku, uczeniu się prawidłowych zachowań, ale też o próbie dokonania trudnego wyboru między miłością do dwu kobiet, które nie są w stanie znieść swojej obecności, przez kłamstwa, którymi były karmione przez lata.
Glines stworzyła kronikę wzlotów i upadków, w której bohaterowie miotają się, nie są zdolni do podjęcia ostatecznych decyzji, wciąż kurczowo trzymając się podstawowych emocji.
Jak rozwiąże się ich sytuacja?
Przeczytajcie jeśli nie straszne Wam językowe potworki.


Recenzja poprzedniego tomu:

http://shczooreczek.blogspot.com/2013/11/o-krok-za-daleko-abbi-glines.html



wtorek, 7 stycznia 2014

Alfabet Franciszka


Tytuł: Alfabet Franciszka
Opracował: Piotr Żyłka
Wydawnictwo: WAM
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 978-83-7767-985-2
Ilość stron: 216
Cena: 24,90 zł

Pontyfikat Ojca Świętego, Franciszka przyniósł całemu światu spore zaskoczenie.
Ten pokorny i uniżony Sługa Boży swoimi przemówieniami co rusz porusza serca milionów, choć na siłę jego przekonywania nie wskazywałaby postawa: pełna skromności, jakiejś pozornej delikatności i… zwyczajności. Nikt nie śmiałby przypuszczać, że w tak ubogim, początkowo lekko wstydliwym człowieku, kryje się tak wielki duch, objawiający się właśnie poprzez bezpretensjonalność i luz, nadając nauczaniu Głowy Kościoła zupełnie nową jakość.
Prostota i stanowczość i zdecydowanie z jakimi płyną jego pełne mądrości słowa, nie pozwalają pozostać obojętnym nawet najbardziej zatwardziałym przeciwnikom hierarchii kościelnej, a środki jakimi dociera do ludu są godne podziwu. Mając świadomość wpływu Internetu na młodego człowieka, nie wahał się Ojciec Święty ulec modzie na Twittera, za pośrednictwem którego wysyła w świat minisygnały swojej wiary, mające rozniecać w młodych ogień Bożej miłości.
Jego wypowiedzi cytowane są na wszelkiego rodzaju forach, stanowiąc inspirację do tworzenia nadruków na koszulkach, stały się także podstawą do budowania wokół nich serii internetowych obrazków. Przekaz niesiony przez Ojca Świętego działa jak samonapędzająca się maszyna: słowa raz puszczone w świat same robią sobie promocję, dbają o swój PR.
Franciszek ma fanów – fanów, którzy zgodnie propagują jego wypowiedzi w sieci, dzięki czemu przekaz Kościoła zdołał osiągnąć niespotykany dotąd zasięg na całym świecie.
Często przypadkiem, wiele razy specjalnie, wypowiedzi jego trafiają do konkretnych środowisk, których temat porusza, dotykając tym samym często nieprzejednanych serc.
Jego słowa są szeroko komentowane medialne, a kolejne fotografie, na których Ojciec Święty robi rzeczy bezpardonowe obiegają cały świat w zawrotnym tempie.

Franciszek stał się zjawiskiem – jego wpływ na ludzi całego świata określa się różnorako: od fenomenu Franciszka, poprzez efekt Franciszka aż do franciszkomanii. Pewnym jest, że posiadł on niewiarygodną zdolność docierania do tłumów, a swoimi bezkompromisowymi i nie oszczędzającymi nikomu wypowiedziani, gromadzi sobie tyleż samo poparcia ile chłodu, a często i wrogości.
Papież przyciągnął uwagę rzeszy ludzi ze zróżnicowanych grup wiekowych, środowisk, o różnym podejściu do religii oraz zabrał udział w dyskusji na najbardziej aktualne i kluczowe dla świata tematy, zajmując w nich zdecydowane stanowisko.
Od marca z Watykanu płyną wypowiedzi poruszające serca, wytykające błędy, rozdrapujące rany, demaskujące bolączki, które wielu chciało dotąd ukryć i przemilczeć.
Nie dziwi więc przyznanie Franciszkowi tytułu osobowości roku przez magazyn „Time”, ani też prześciganie się w drukowaniu publikacji dotyczących tego niezwykle charyzmatycznego człowieka.

Publikacja Alfabet Franciszka, stanowi zapis wybranych wypowiedzi Franciszka z pierwszych kilku miesięcy jego pontyfikatu. Otwiera je dzień wyboru na Stolicę Piotrową, a zamykają Światowe Dni Młodzieży w Rio.
Zebrane w książce tej słowa uporządkowane zostały w porządku alfabetycznym. Wśród haseł znajdziemy między innymi, takie jak: adoracja, adwokat, aktywność, bezinteresowność, bieda, bogactwo, bogaty Kościół, boże niespodzianki, Bóg-człowiek, ekologia ludzka, efekt przypadku, karierowicze, Kościół i biurokracja, kultura odrzucania, narzekanie, Nobel za świętość, nielubiane słowo, part-time, przeciętność, problem z Duchem Świętym, rodzina Jezusa, rodzina, solidarność, słodka radość, zgorszenie, zawierzenie i wiele, wiele innych.
Część z nich pochodzi ze wspomnianych już wpisów na Twitterze, wyimek to fragmenty kazań, jeszcze inne to słowa wypowiadane podczas audiencji.
Każde charakteryzują się wielką prostotą i zdecydowaniem, wiele w nich emocji, aktywności i zachęty do działania.
Różnorodność podejmowanej problematyki sprawi, że każdy w zbiorze tym, znajdzie fragment dla niego interesujący. Co więcej, jest to dobra forma gromadzenia wypowiedzi o największym znaczeniu i największej sile rażenia – polecam ją więc każdemu, któremu nieobojętne są losy współczesnego Kościoła, jak i sama postać Ojca Świętego.

A więc, niesieni franciszkomanią, działajmy!

niedziela, 5 stycznia 2014

Szukając Alaski – John Green


Tytuł: Szukając Alaski
Autor: John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las
Udostępnienie: Sztukater
ISBN: 9788362478934
Ilość stron: 320
Cena: 34,90 zł
John Green cieszy się ogromną popularnością oraz serią hurraoptymistycznych recenzji w sieci. Gwiazd naszych wina oraz Papierowe miasta wzbudziły prawdziwą eksplozję pozytywnych doznań czytelniczych, przeniesionych na testy opiniotwórcze, a te kolejno – na wzrost i tak ogromnej sprzedaży.
Takie literackie fenomeny zawsze mnie ciekawią – co sprawia, że tysiące ludzi sięga po tę, a nie inną książkę i odnajduje w niej dokładnie to, czego wymaga od literatury?
Zaintrygowana dałam się ponieść fali entuzjazmu i pochylić nad najnowszym wydanym w Polsce „dzieckiem” Greena – tekstem Szukając Alaski.

Miles Halter to typowy nastolatek, mający jednak nietypowe hobby – nie słucha głośnej muzyki, nie ugania się za dziewczynami, nie spędza nocy na imprezach ani nie szuka tanich rozrywek – jego pasją jest zapamiętywanie ostatnich słów ludzi.
Chcesz wiedzieć co na łożu śmierci powiedział Walt Diney czy Araham Lincoln? Nie daje Ci spokoju myślenie o ostatnich wypowiedziach Picassa? Zwróć się do Milesa – na pewno zna odpowiedź.
Życie bohatera było do tej pory naznaczone nudą, która w jego przekonaniu miała się zmaksymalizować po wstąpieniu do szkoły z internatem. Tam jednak spotyka on Alaskę Young – dziewczynę tyleż energiczną, co nieprzewidywalną.
Ta niewyobrażalnie smutna i głęboko nieszczęśliwa osoba, skrywająca się za kpiącym uśmieszkiem, stała się ilustracją jego wyobrażeń o pięknie, inteligencji, zabawności i seksowności. Nie trudno było jej sprawić, by Miles robił wszystko, o co tylko go poprosi.
Ten z kolei, nie myślał wcale o tym, co dzieje się naprawdę w sercu jego nowej towarzyszki – skupiony był bowiem na poszukiwaniu Wielkiego Być Może oraz znalezieniu odpowiedzi na pytanie dręczące Alaskę, wywiedzione z jednego z dzieł Marqueza – I jakże ja wyjdę z tego labiryntu?

Green prezentuje swoim czytelnikom opowieść o nastolatkach poszukujących szczęścia i odnoszących się do zastanej rzeczywistości z czujnością i ostrożnością. Nie byli oni ślepymi biorcami tego, co przynosi los, lecz myślącymi istotami, pragnącymi poznać sens istnienia i zgłębić odpowiedzi na pytania od stuleci dręczących ludzkość: czym są prawdziwa miłość i przyjaźń, jak odnaleźć szczęście i dokąd tak naprawdę zmierzamy.
W ich poszukiwaniach nie brakowało manifestacji przeciwko władzy i ograniczeniom, bohaterowie byli bowiem mistrzami w robieniu internatowych „akcji”, mającymi być zapamiętanymi i wspominanymi przez kolejne pokolenia uczniów, pragnących wydobyć z życia jego esencję i moc wrażeń, wyrywających ich z codziennej nudy i zogniskowaniu na tym, co przyziemne.

Autor stworzył powieść pisaną językiem współczesnych nastolatków, wolną od narzucających się wulgaryzmów i języka troglodytów. Wydobył za to na światło dzienne przemyślenia grupy dorastających ludzi, negujących wszelkie wyobrażenia o współczesnej młodzieży: zarysował uniwersum osób zdolnych do głębokich refleksji i wzniosłych uczuć, w którym niejeden młody człowiek będzie potrafił się odnaleźć i znaleźć odbicie własnych myśli.


Choć lektura, była dla mnie ciekawym doświadczeniem, obyło się bez fajerwerków, a sam autor nie stał się nagle moim nowym ulubieńcem, deklasując tym samym z podium, okupujących je twórców. Nie czuję się porwana ani niesiona falą wszechobecnego rozgorączkowania na myśl o kolejnych tekstach Greena. Sądzę jednak, że mogłam trafić na złą książkę, której zapowiadana moc na mnie nie podziałała, dlatego z równie wielką ciekawością co początkowo, zwrócę się ku dwu poprzednim znanym polskim czytelnikom tomom, mając nadzieję na to, o czym zapewniają ich okładkowe rekomendacje – geniusz i poruszenie, tak rzadkie dziś w świecie odgrzewanej raz po raz literatury.